Na ile śledzę polską sferę publiczną, to rozgorzał w sieci za pośrednictwem posła Gduli kolejny już w naszych dziejach spór o Sienkiewicza. Generalnie mnie to wszystko już coraz mniej obchodzi, niemniej że na literaturze się akurat trochę znam, to się wypowiem. Najbardziej charakterystyczną cechą tego sporu jest zatem to, że – jak zwykle – obydwie strony się mylą.

O co chodzi? Poseł Gdula wyczytał we „W pustyni i w puszczy” rasizm, kolonializm i patriarchalizm, w związku z czym domaga się usunięcia tej powieści z kanonu lektur szkolnych. Motyw podchwycił chór etatowych „lewicowców”, którzy co prawda „W pustyni i w puszczy nie czytali”, ale ilekroć słyszą „rasizm i patriarchalizm”, to muszą się wypowiedzieć. Na to jojczenie odpowiedziała z kolei z mocą prawica, wyzywając oponentów od idiotów, imputując totalną ignorancję we wszystkich możliwych dziedzinach i udowadniając, że w rzeczonej książce wcale rasizmu nie ma. Czyli jak zwykle, mamy dwa skrajne stanowiska, których zwolennicy usiłują przekrzyczeć się wzajemnie. I jak zwykle jest to po prostu głupie i zasadniczo skutkuje robienie z igły wideł, bo sprawa z Sienkiewiczem jest prosta i można ją rozstrzygnąć w jednym akapicie, dość długim co prawda, ale jednak jednym. Nie? Śpieszę udowodnić.

No więc jak – jest ten rasizm u Sienkiewicza, czy go nie ma? Jest. Tego nie da się podważyć. Kali, istotnie, jest wyraźnie istotą ludzką na niższym szczeblu rozwoju. Nie ma nawet moralności (wybitny kolonializm, bo przecież wiemy, że moralność plemion afrykańskich bywa bardzo zaawansowana). Ładnie to ne wygląda i nie ma co udawać, że jest inaczej. Ale – czy z tego powodu należy usuwać tę książkę z kanonu lektur? Oczywiście, że NIE. Stanowisko Sienkiewicza nie wzięło się z niczego, więcej: było ono przeważające, zupełnie normalne, przyjęte przez większą część ówczesnej inteligencji. Nawet Bolesław Prus, to „serce serc”, pisał w swych niedokończonych „Notatkach o kompozycji”, że umysł Murzyna odpowiada możliwościami umysłowi dziecka europejskiego. Czemu? Ponieważ, proszę wierzyć lub nie, takie było oficjalne stanowisko ówczesnego europejskiego establishmentu naukowego. Pisano o tym prace i znajdowano „dowody”. Jak ktoś nie wierzy, niech sobie sprawdzi (podpowiadam: frenologia, to taka kropelka, która uniosła się z oceanu). Cała niemal europejska antropologia przełomu XIX i XX wieku jest rasistowska od góry do dołu. Warto przypomnieć, że w tamtych czasach nie istniały tak zawrotne możliwości weryfikacji różnych tez, jak obecnie. Inteligenci europejscy przyjmowali zatem, z małymi wyjątkami, na przykład w postaci Gilberta Keitha Chestertona, który zawsze powtarzał, że teorii rasowych nie uznaje a priori (za coś dzisiaj nazywa się go z pozycji scjentystycznych obskurantem i wstecznikiem – pewne nawyki się nie zmieniają), ustalenia swoich naukowców po prostu na wiarę – z autorytetu. I teraz tym, co trzeba zrobić w ramach kursu z literatury rodzimej (bezsprzecznie najważniejszego w całym programie edukacji średniej) to po prostu pewne miejsca, w których ten fakt jest widoczny, młodzieży pokazać i WYJAŚNIĆ dlaczego są one takie, jakie są. W ten sposób nauczy się ją myśleć logicznie i przyczynowo, da podstawy do własnej i dojrzałej interpretacji tekstów kanonu, a przede wszystkim: zacznie rozwijać w niej zmysł krytyczny, bo TO właśnie, a nie jakakolwiek ideologizacja, czy „w prawo” czy „w lewo” stanowi sens, rację, istotę i największą wartość kursów literackich, czego najwyraźniej nasza obecna „inteligencja”, zachwycająca się głównie tym jak pięknie inżynierowie i budowlańcy budują mosty, no i rzecz jasna swoim niesamowicie wysokim w porównaniu do młodych pokoleń poziomem humanistycznego wykształcenia, zdaje się nie pamiętać. Tyle.

Nawiasowo można dodać, że nie jest to żadna rewelacja. Ekspertem od marksistowskiej krytyki literackiej nie jestem, ale na ile mi wiadomo na przykład György Lukács (1885–1971), członek Komunistycznej Partii Węgier, pisał o reakcjoniście Balzacu monografie, uważając go bodaj za najlepszego francuskiego powieściopisarza, a nie chciał go wyrzucać z kanonu lektur. To jest oczywiście pewien symbol. Istnieją, we wszystkich grupach politycznych, ludzie myślący i rozsądni, którzy mogliby się między sobą dogadać, przynajmniej „prowizorycznie”, na wiele tematów, nie tylko literackich. Niestety, nie są oni w większości, bo większość ludzi, pasiona propagowanym przez turbokapitalistyczną kulturę samouwielbieniem i przekonaniem o własnym geniuszu, woli całe życie siedzieć w piaskownicy fanatyzmu i upajać się poczuciem moralnej wyższości. I potem obraca się to koło, przez kolejne stulecie, i kolejne, i kolejne: „raz my was, raz wy nas”.Wszystko podporządkowane jest tej siłowej licytacji. Z takim „myśleniem” w społeczeństwie, nie da się zrobić zupełnie nic. No, ale śmiem zaryzykować tezę, że wszyscy ci, którzy umieją wystawić głowę ponad tę obłąkaną dialektykę, mają jedną wspólną cechę: umieją krytycznie czytać dobre książki. Czyli że, niech nam będzie wolno skonkludować, koło się zamyka.

Maciej Sobiech