Za: Odrodzenie cywilizacji chrześcijańskiej (Londyn: Allen & Unwin, 1922, z epilogiem G.K. Chestertona).

Spis rzeczy

Dysproporcja między materialną a duchową stroną życia współczesnego. – Konflikt wartości duchowych i materialnych. – Luksus jako czynnik dezintegracji społecznej. – Nieunikniona katastrofa gospodarki luksusu. – Luksus i bezrobocie. – Standard ilościowy i jego sprzeczność z chrześcijaństwem. – Obecne błędy ekonomiczne wynikające z błędnej filozofii życia. – Autoekspresja w dziele jako konieczność duchowa. – Maszynizm i podpodział pracy. – Przesadna specjalizacja jako klątwa świata współczesnego. – System przemysłowy załamie się pod własnym ciężarem. – Problem bezrobocia. – Konieczność zmiany wizji życia. – Cechy i cena sprawiedliwa. – Regulacja produkcji maszynowej. – Maszyny nie mogą zastępować rzemiosła. – Zależność kompozycji od rękodzieła. – Sztuka i industrializm. – Sprzeczność standardów jakości i ilości. – Błąd: przekonanie o spontanicznym pojawieniu się nowego rodzaju sztuki. – Jak dokona się zmiana. – Kształtowanie gustu. – Usposobienie chrześcijańskie a twórczość. – Modernizm i akademizm. – Konieczność inspiracji religijnej w sztuce.

—–

Jedną z największych przeszkód stojących na drodze do odrodzenia cywilizacji chrześcijańskiej stanowi potworna dysproporcja zachodząca obecnie między materialną a duchową stroną życia. Od wieków, szczególnie od czasów rewolucji przemysłowej, coraz więcej energii wkładamy w pomnażanie i udoskonalanie materialnych środków życiowych, skutkiem czego równowaga między materią i duchem, rzecz w każdej zdrowej i normalnej cywilizacji niezbędna, została kompletnie zniszczona, a wartości wyższe omalże całkiem zniknęły ze świadomości ludzi, zepchnięte w cień intensywnością materialnej gorączki.

Jezus Chrystus wielokrotnie podkreślał fakt, że przesadne skupienie się na rzeczach materialnych to rzecz zabójcza dla życia duchowego. “Nie troszczcie się zbytnio i nie mówcie: co będziemy jeść? co będziemy pić? czym będziemy się przyodziewać? Bo o to wszystko poganie zabiegają. Przecież ojciec niebieski wie, że tego wszystkiego potrzebujecie. Starajcie się najpierw o królestwo i jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane”. Oto prawdziwa ekonomia polityczna; ekonomia polityczna chrześcijaństwa – i dokładnie z tego względu, że w pewnej mierze dochowała jej wierności, dla większości mediewistów problem bogactwa i ubóstwa nie przedstawiał tak ogromnej wagi, jak dla nas. Industrializm natomiast, to system organizacji społecznej oparty na maksymie przeciwnej: “Szukajcie najpierw bogactw materialnych, a wszystko inne będzie wam dodane”. A jednak – tak się nie dzieje. Cała reszta nie zostaje dodana, a na dłuższą metę pogoń za zyskiem nie zapewnia nawet finansowego dobrobytu. Moralna i mentalna koncentracja na zarabianiu niweczy równowagę duchową społeczeństwa. Powoduje rozwarstwienie, z którego biorą się zazdrość, nieufność, nienawiść klasowa, konflikty gospodarcze i militarne, a w ostatecznym rozrachunku zupełne roztrwonienie tak ciężko wypracowanych zasobów. Bo społeczeństwo zbudowane na kłamstwie nie może się ostać.

Nasze współczesne społeczeństwo przemysłowe przesycone jest duchem wrogości do wszelkich wyższych aspiracji człowieka i wszyscy, którym bliskie są wartości ducha, zdają sobie sprawę z tego antagonizmu. Lecz jako naród wciąż nie umiemy jeszcze zdobyć się na odwagę i spojrzeć w oczy prawdzie, że industrializm i życie duchowe wzajemnie się wykluczają. W wiekach średnich, gdy materialny rozwój ludzkości był jeszcze w powijakach, nie brakowało takich, którzy głośno przestrzegali przed zgubnym wpływem bogactw i luksusu. Już w wieku trzynastym św. Franciszek próbował stawić czoła zagrożeniu głosząc ewangelię ubóstwa, później zaś wędzidło na niebezpieczny wzrost osobistej zamożności i rozrzutności nałożono metodami legislacyjnymi – tak głęboka była świadomość niebezpieczeństw związanych ze wzrostem społecznego poziomu luksusu. W Niemczech, w średniowieczu najzamożniejszym kraju Europy, luksus i rozrzutność upowszechniały się jednak w zastraszającym tempie do końca wieku piętnastego. Wielu kupców stało się bogatszych niż królowie i cesarz, próżność zaś popychała ich do demonstrowania swej pozycji przez przyjmowanie coraz wyższych i wyższych standardów życia. Uczty i hazard stały się najpowszechniejszą formą rozrywki, a zbytkowność stroju codziennością. Komentując to zjawisko, Wimpfeling, [Jakob Wimpeling (1450-1528) – niemiecki duchowny, kanonista, profesor, pisarz; orędownik odnowy moralnej Kościoła. Po krótkim flircie z luteranizmem podporządkował się papieżowi i do końca życia zdania nie zmienił. Autor wielu cenionych rozpraw i rozchwytywany nauczyciel. – wyj. tłumacza] jeden z najbardziej poczytnych autorów epoki, stwierdza: “Bogactwo i powodzenie materialne to źródła ogromnych niebezpieczeństw, jak dziś widzimy aż nadto wyraźnie: owoc ich stanowi zbytkowność stroju i zabaw, a przede wszystkim – co gorsza – stale wzrastające pragnienie posiadania więcej. To właśnie pragnienie zatruwa umysł człowieka i z czasem przemienia się w pogardę dla Boga, Jego Kościoła i Jego Przykazań”. Doświadczenie miało wykazać, że prócz tego prowadzi i do katastrofy materialnej.

Bierze się to stąd, że w miarę wzrostu zamożności pojawia się w społeczeństwie swego rodzaju przymus psychologiczny, by żyć z rozmachem, nieważne, czy ma się na to pieniądze, czy nie, a ponieważ w ostatecznym rozrachunku stać na to tylko bogatych, niedobór siły nabywczej szybko zaczyna być powszechnie odczuwalny. Gdy średniowieczne Niemcy osiągnęły ten etap, stało się dokładnie to samo, co dzieje się dzisiaj. Nikt nie chciał wykonywać realnej i prostej pracy, za to wszyscy pchali się do handlu czyli tam, gdzie były prawdziwe pieniądze. Domy towarowe, sklepy i tawerny pączkowały w tempie geometrycznym, a w społeczeństwie jęły się podnosić skargi, że ludzie nie mają już pieniędzy, tylko same długi i że całe prowincje schną w nędzy przez lichwę. Wobec takiego stanu rzeczy każda klasa z osobna zaczęła podejmować starania o ocalenie się przed bankructwem przerzucając ciężary na barki klasy bezpośrednio niższej, co doprowadziło rzecz jasna do stopniowego ubożenia klas pracujących, najniższych, a więc i niemogących na nikogo przerzucać kosztów. Między posiadaczami a nieposiadaczami zaczęły pojawiać się ostre animozje i wrogość klasowa rosła aż do roku 1524, w którym kulminowała w wojnie chłopskiej, przez którą niemal całe Cesarstwo, od Bałtyku po Alpy, stanęło w ogniu.

Widzimy zatem, że atakując rozrzutność i luksusy, Kościół wykazywał się po prostu znakomitym instynktem społecznym. Z dnia na dzień wszakże coraz bardziej i bardziej wyraźnie okazuje się, że samo potępienie rozrzutności i luksusów to sporo za mało. Należy bowiem uderzyć przede wszystkim w ogólne zasady, na których na których opiera się przemysłowy system społeczeństwa, i które z samej istoty sprzyjają rozwojowi tych przywar. Od pewnego czasu Kościół działa w sposób wskazujący na pewien przynajmniej poziom rozumienia tego faktu. Niedawny raport komisji biskupiej pt. “Chrześcijaństwo a problemy gospodarki przemysłowej” to znak wyraźnego rozwoju myśli – przynajmniej w tym sensie, że udało się wyjść poza horyzont czysto osobistego wyjaśniania zjawisk społecznych, któreż to wyjaśnianie jeszcze do niedawna zupełnie jeszcze duchownych zadowalało, i rozpoznania, że miłosierdzia i dzieł miłosierdzia nie interpretowano dotąd (jak się powinno) jako swego rodzaju “wyższej sprawiedliwości”, którą “interesuje w takim samym stopniu zapobieganie złu, co jego usuwanie. Przeciwnie: zbyt często uznawano je za coś w rodzaju szpitala polowego dla ludzkości, do którego zwozi się tylko tych, którzy odnieśli rany na polu bitwy”. “Zlekceważyliśmy”, mówi dalej raport, “ataki ze strony sił występku. Zadowoliliśmy się rolą szpitala polowego, gdy powinniśmy byli stać się armią, zdolną dobyć twierdz nieprzyjaciela”.

Jeśli chodzi o nakreślenie zasad ogólnych, jakie powinny przyświecać chrześcijanom w ich pracy społecznej, żaden dokument nie mógłby zrobić tego lepiej. W szczegółach wszakże, treść się rozmywa i autorzy gubią się w pokrętnych próbach obrony obecnego systemu. Pierwotny protest milknie ostatecznie wobec standardowych argumentów z “konieczności ekonomicznej”, za którymi zawsze ostatecznie chowają się beneficjenci gospodarki przemysłowej. Stąd też choć z jednej strony luksus otwarcie uznaje się za zło, z drugiej teza ta nie zostaje doprowadzona do swej logicznej konsekwencji, jaką stanowiłoby całościowe potępienie myślenia w kategoriach ilościowych, na którym opiera się nasza struktura społeczna. Nie ma wszak żadnych wątpliwości, że stopniowy przyrost luksusu stanowi konieczny skutek funkcjonowania systemu opartego na pojęciu nieskończonej ekspansji rynku. Bez przesady możemy zatem powiedzieć, że luksus opiera się na kłamstwie, a główną odpowiedzialność za rozpowszechnianie tego kłamstwa ponoszą reklamiarze. Istotnie, o ile nie jest się zupełnie ubogim, rozrzutności niezmiernie trudno uniknąć, bo niemal wszystkie okoliczności świata współczesnego wpychają w nią jednostkę czy jej się to podoba, czy nie, i tak też ulegamy ostatecznie temu wpływowi bojąc się wyjść na skąpców. Można twierdzić, rzecz jasna, że wydawanie ponad konieczność nie stanowi jeszcze rozrzutności jako takiej. Wydatki na sztukę, choćby, dostarczają tutaj dobrego przykładu. Ale to nie taki kierunek wydatków promuje się w warunkach nieustannej ekspansji przemysłowej. Przeciwnie: raczej wyrzucanie pieniędzy na wszelkiego rodzaju bezużyteczne zabawki, bez których ludzie spokojnie mogliby się obejść; problem polega jednak na tym, że podobnie bezsensowne wydatki są w obecnym systemie naprawdę konieczne. Bezrobocie i tak jest wysokie, a gdyby zaprzestać produkcji towarów luksusowych, stałoby się jeszcze wyższe. Wynika stąd jasno, że dopóki nie znajdziemy w sobie dość odwagi, by uderzyć, jak powiedziałem, w same zasady, na których nasz system się opiera, pozostaniemy w błędnym kole.

Ten rodzaj niekonsekwencji musi się skończyć. Trzeba nam jasno rozpoznać, że standard czysto ilościowy to rzecz sprzeczna ze wszystkim, co chrześcijaństwo sobą reprezentuje, bo dopóki tego nie zrobimy, nie uda nam się przetłumaczyć naszych ideałów na język zrozumiały we współczesnych warunkach. Koncepcji “produkcji maksymalnej” przeciwstawić musimy koncepcję “produkcji optymalnej”. W pewnych proporcjach rzecz jasna zawsze trzeba myśleć ilościowo, ale przyjąwszy ilość za ostateczne kryterium “ekonomicznej prawości”, nigdy nie można powiedzieć, że zrobiło się dosyć. Pozory zawsze świadczyć będą o rzekomym “utopizmie” powrotu do normalności, bo gdy produkcja przekroczy pewną racjonalną miarę, rozregulowuje dystrybucję; wraz z wadliwą dystrybucją pojawiają się bezrobocie i nędza. Powszechność nędzy zaś, pozornie przynajmniej uzasadnia dążenie do dalszej dynamizacji produkcji, i tak też spadamy coraz niżej i niżej, czepiając się coraz bardziej desperackich środków zaradzenia temu, co stanowi po prostu logiczny skutek kwantytatywnego bałwochwalstwa. Rozwiązanie jest jedno: przestać wreszcie poświęcać wartości chrześcijańskie w imię ekonomii. Dobrze wiemy, co w działaniach gospodarczych moralne, a co niemoralne; ci zaś profesorowie, którzy utrzymują odwrotnie, czynią tak wyłącznie z wrodzonej niezdolności odróżnienia pozorów od istoty rzeczy.

Szukając wyjaśnienia dla błędów współczesnej nauki o gospodarce nieodmiennie przekonujemy się, że w ostatecznym rozrachunku wynikają one z błędnej filozofii życia – z przekonania, że praca stanowi w najlepszym wypadku przykrą konieczność, której udział w ludzkiej egzystencji zredukować należy do niezbędnego minimum. W przeszłości ludzie powszechnie czerpali z pracy przyjemność i satysfakcję. Dziś już tak nie jest. Przyjemność i satysfakcja to w tym kontekście dla większości współczesnych język obcy. Pracują tylko po to, by zdobyć pieniądze na utrzymanie. Nie wkładają w pracę serca i sensu szukają w czym innym – albo w chorobliwej pogoni za rozkoszą albo w jakimś hobby czy innych tego typu zainteresowaniach, całkowicie zewnętrznych wobec ich codziennego zajęcia. Nie tylko robią najmniej jak się da, to jeszcze w sposób niedbały i nieuczciwy. Żal, pretensje i zgorzknienie, jakie rodzą się naturalnie z takiego stanu rzeczy, zatruwają całe ich życie. Charakter się psuje: ludzie stają się niespokojni i nieszczęśliwi. Pozostają bowiem w błędnej, nieludzkiej relacji do świata – i nawet największa możliwa ilość wolnego czasu na dzień nie mogłaby przynieść im szczęścia. Człowiek staje się człowiekiem dopiero, gdy znajdzie swe prawdziwe miejsce i powołanie. Gdy Carlyle napisał: “Błogosławiony, kto zrozumiał swe zadanie – niech nie prosi o nic innego”, wyraził po prostu jedną z podstawowych prawd etyki chrześcijańskiej.

Każdy chrześcijanin musi brzydzić się zepsuciem, jakie spadło na świat współczesny i, istotnie, wielu chrześcijańskich moralistów, rozpoznając naturę zła, próbowało mu się przeciwstawić. Nic jednak nie wskórali. Nie udało im się odnaleźć ze światem punktów kontaktu, a to z tej prostej przyczyny, że zdecydowali się nie zwracać uwagi na najważniejsze fakty w sprawie. Dla ludzi współczesnych, podobnie jak tych z epok przeszłych, czerpanie radości z wykonywanej pracy byłoby czymś zupełnie normalnym i naturalnym, gdyby tylko nie uniemożliwiały tego okoliczności. Bo praca współczesna nie daje radości z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że pracujemy pod dyktando chciwców, ludzi wyzutych dokumentnie z poczucia misji; po drugie zaś, ponieważ w warunkach systemu przemysłowego stała się ona tak monotonna, że wszyscy się przy niej po prostu śmiertelnie nudzą.

Przy uznaniu tych faktów, wszelka realistyczna analiza problemów pracy i produkcji musi oprzeć się na odzyskaniu dla człowieka praw wytwórcy. Może i prawdą jest, że to potrzeby konsumenta stanowią naczelne zmartwienie każdego systemu ekonomicznego. Niemniej, prawa producenta są równie istotne, szczególnie że każda analiza oparta wyłącznie na potrzebach konsumenta prowadzi logicznie do zniewolenia i degradacji wytwórcy, bo zamiast jak istotę ludzką, zaczyna się traktować go jako środek zarabiania pieniędzy. W przemyśle przechył ten zaznacza się do tego stopnia, że jedyny sposób powrotu do normalności stanowi właśnie upomnienie się o prawa producenckie – jasna afirmacja prawdy, że wyrażanie się w pracy to konieczność duchowa. W tej samej chwili zaś, gdy to uznajemy, znajdujemy się z industrializmem na kursie kolizyjnym, bo industrializm to po prostu maszyna drukująca pieniądze, która z samej natury rzeczy nie zapewnia żadnej przestrzeni dla autoekspresji.

Industrializm niszczy radość z pracy, ponieważ z konieczności wymusza nadspecjalizację. Oto klucz do rzeczy. Zło tego systemu przyjęło się utożsamiać z upowszechnieniem się produkcji maszynowej, lecz ściśle mówiąc problemem nie są maszyny, ale podpodział pracy, którego stosowanie uprzedziło mechanizację produkcji i jest powodem tegoż umaszynowienia błędnej aplikacji. W związku z tym zaś, koniecznie odróżnić należy podział pracy, rzecz zupełnie uzasadnioną, od jej podpodziału, który już zasadny nie jest. Pierwszy stanowi konieczność życia wspólnot cywilizowanych, bo skoro w oczywisty sposób nikt nie może zaspokoić wszystkich swych potrzeb, w pewnej mierze musi polegać na innych. Gdy tylko cywilizacja zaczęła się rozwijać, pojawiło się w raz z nią zjawisko specjalizacji w danym zawodzie. Ktoś zostawał tkaczem, ktoś cieślą i tak dalej. Do tego momentu podział pracy to rzecz zupełnie normalna, nie tylko ze względu na swój naturalny związek z cywilizacją, ale przede wszystkim dlatego, że zwiększa on zdolność jednostek do samorealizacji. Podpodział pracy wszakże, jak go tutaj rozumiemy, to proces rozbijania zawodów na wiele odrębnych procedur produkcyjnych, przeprowadzany wyłącznie celem zwiększenia zysków ludzi interesu. To zaś na pewno nie jest godziwe, bo redukując ludzi do funkcji automatów, proces ten niszczy życie moralne i duchowe oraz dezintegruje osobowość, co w logiczny sposób prowadzi do wyzysku i niepewności materialnej. Podpodział pracy pojawił się na początku wieku siedemnastego, a jego przykład klasyczny stanowi ten wychwalany przez Adama Smitha w Bogactwie narodów, tj. organizacja procesu wytwarzania pinesek, w którym to procesie – tłumaczy Smith – jedną pineskę produkuje dwudziestu ludzi, z których każdy specjalizuje się całe życie w wykonywaniu jednej, jedynej czynności.  W naszych czasach system ten osiągnął swe logiczne zwieńczenie w tzw. “naukowym zarządzaniu pracą”. Podpodział pracy niszczy rzemiosło, naukowe zarządzanie pracą – człowieka. Cel, który sobie otwarcie stawia, to wyeliminowanie wszelkich ruchów ramion, palców i tułowia, które nie uczestniczą bezpośrednio w procesie produkcji danego artykułu. Oto właśnie zwieńczenie procesu dehumanizacji i despirytualizacji pracy, zapoczątkowanego przez jej podpodział.

Jasne wydaje się, że ocena takiej właśnie organizacji pracy zależy w całości od filozofii życia. Jeśli jesteśmy materialistami i z naszej perspektywy wielkim sensem człowieka jest przyrost bogactwa – pieniądza i towarów – niezależnie od tego, czemu służą czy od degeneracji pracowników, którą nasze metody mogą spowodować, nawet coś takiego jak naukową organizację pracy uznawać będziemy za dowód postępu. Jeśli wszakże wierzymy, jako chrześcijanie, w pierwotną i niezbywalną godność jednostki, potępimy to zjawisko jako rzecz skrajnie sprzeczną z religią. Utrzymywać będziemy, że każdy przyrost bogactwa osiągnięty właśnie takimi środkami przynosi przekleństwo, ponieważ gwałci świętość ludzkiej osobowości i sprowadza człowieka na poziom maszyny.

Zasada podpodziału pracy przeniknęła do wszystkich dziedzin ludzkich aktywności. Nadspecjalizacja to klątwa współczesnego świata. Wywiera wpływ nawet na świat intelektualny, być może nie w takim samym stopniu, ale ze skutkiem potencjalnie równie śmiercionośnym, co w produkcji. Bo tak jak człowieka zajmującego się całe życie obsługą jednej maszyny z czasem dotyka atrofia, tak inteligent-specjalista rozwija tylko jeden aspekt swojego umysłu kosztem wszystkich innych, tracąc z wolna ową równowagę i zdolność sądu niezbędną dla tworzenia dzieł ponadczasowej jakości. Mówi się, że w przedwojennych Niemczech specjalizacja pracowników intelektualnych zaszła tak daleko, że każdy stawał się praktycznie monomanem jednego przedmiotu, a nawet ledwie ograniczonego aspektu tego przedmiotu, z opłakanym skutkiem dla kultury ogólnej. To właśnie była ta słynna Kultur, która dała Niemcom tak ogromne poczucie wyższości nad innymi narodami i przyczyniła się również sporo do wybuchu wojny. Rozsądna specjalizacja to rzecz konieczna dla istnienia cywilizacji. Lecz jeśli cywilizacja ma nie rozchwiać się w posadach na skutek moralnej, intelektualnej i duchowej i duchowej dezintegracji społeczeństwa, gdzieś trzeba postawić granicę. Między współczesnym kryzysem cywilizacyjnym a nadspecjalizacją istnieje intymny związek; ponieważ gdy proces specjalizacji osiągnie extremum, społeczeństwo rozpada się na części, pozbawione idei naczelnej, która je dotąd spajała. To naturalny korelat owej izolacji ducha, którą pan Belloc słusznie identyfikuje jako owoc reformacji.

Powiedziałem, że procesowi specjalizacji trzeba postawić granicę. Granicę ową, moim zdaniem, stanowić powinien poziom rozwoju rzemiosła osiągnięty w Europie zanim podział pracy zdegenerował się w jej podpodział. Pozwolić jej postępować dalej to, w języku inżynierów, “balansowanie na granicy ryzyka”. Oceniając trwałość używanego materiału, inżynier trzyma się od tej granicy jak najdalej, rozumie bowiem, że każda tworzona przezeń struktura degeneruje się z czasem i niszczeje, i może pewnego dnia stać się z tych lub innych przyczyn przedmiotem działania nadzwyczajnie dużych sił, w związku z czym ze zwykłej roztropności rozróżnia “obciążenie dopuszczalne” i “obciążenie niszczące”. Zdrowa socjologia czyniłaby podobnie. Rozumiałaby, że zwiększenie produktywności ponad pewien limit grozi zniszczeniem równowagi struktury społecznej. Potępiałaby podpodział pracy, ponieważ jako taki stanowi on balansowanie na granicy ryzyka psychologicznego – oraz nieskończoną ekspansję przemysłową jako balansowanie na granicy ryzyka ekonomicznego. Nieumiejętność rozpoznania tej prawdy to główna przyczyna współczesnej dezintegracji społecznej. I choć na serio zaczęto poświęcać temu zjawisku uwagę dopiero od czasu wojny, trwa ono już bardzo długo, od siedemnastego wieku, to znaczy od wprowadzenia podpodziału pracy. Jeśli, zatem, rekonstrukcja społeczna ma przynieść nam trwałą stabilność, produktywność nie może przekroczyć granicy ryzyka; innymi słowy: trzeba nam wyplenić podpodział pracy i na powrót uczynić rękodzieło podstawą wytwórstwa, produkcję maszynową stosując wyłącznie w charakterze środka pomocniczego.

Minęło już siedemdziesiąt lat odkąd Ruskin podniósł swe namiętne protesty przeciw degradacji człowieka wywoływanej przez podpodział pracy. I dopiero od niedawna dostrzec można pewne znaki świadczące, że nie pisał na próżno. Tak też w raporcie amerykańskiej komisji pt. “Kościół i rekonstrukcja przemysłowa” czytamy: “Ogólną tendencję uznawania pracy za ledwie środek produkcji wzmocnił znacząco współczesny maszynizm, w którym człowiek sam często sprowadzony zostaje niemal do roli maszyny właśnie. Pozostaje mu tylko rola drugorzędna, ‘uzupełnianie’ procesów produkcyjnych w tych szczegółach, których geniusz wynalazczy naszych czasów nie zdołał jeszcze zmechanizować. Proces wytwórczy osiąga coraz wyższy i wyższy stopień specjalizacji, aż praca robotnika staje się ogłupiającą rutyną, on sam zaś – praktycznie pół-mechaniczną częścią fabryki. Warunki te w niemal nieunikniony sposób skutkują utratą osobistej twórczości i czucia wysokiego rzemiosła. W prostych czasach przed rewolucją przemysłową, robotnik uczestniczył już w procesie projektowania, a potem osobiście, z wykorzystaniem własnych sił i talentów, zajmował się realizacją projektu. W takich warunkach dysponował realną możliwością samorealizacji. Obecnie natomiast jest od projektowania zupełnie odcięty, w wytwórstwie zaś, wszystko poza nudnymi szczegółami wykonują maszyny. Produkcja fabryczna przynosi zatem jałową monotonię życia milionom ludzi, otępia ich wyobraźnię, pozbawia ich najmniejszych iskier twórczej radości, społeczeństwo zaś toleruje te zjawiska z przygnębiającym samozadowoleniem. Jeśli faktycznie zależy nam na rozwoju ludzkiej osobowości, powinniśmy wszelkimi dostępnymi środkami próbować zapewnić robotnikom możliwość wyrażania się we własnej pracy przez edukację i uczestnictwo w kierowaniu procesem produkcyjnym. Najmniej co można zrobić to zapewnić im dość czasu wolnego i liczne zajęcia sprzyjające samorozwojowi. Jako zbiorowość wykazaliśmy się w sprawie tej postępującej dehumanizacji pożałowania godną biernością. Interesowały nas głównie korzyści bezosobowe, zyski i dywidendy, w perspektywie których zapomnieliśmy kompletnie o tym, że to, co w języku ekonomicznym nazywa się ‘pracą’, to nieśmiertelne ludzkie dusze, za które Pan nasz, Jezus Chrystus, poniósł śmierć krzyżową” (s. 38-39).

Raport zwraca istotnie uwagę na pewne kwestie – i to bardzo dobrze, natomiast środki zaradcze, które proponuje – obawiam się – nie zdadzą się na zbyt wiele, bo autorzy autorzy nie stawiają czoła prawdziwemu problemowi. Uznają industrializm za nieodwracalne status quo, jego ogrom zaś przejmuje ich bojaźnią i drżeniem na podobnej zasadzie, na jakiej mieszkańcy tropików drżą wobec ogromu otaczającej ich przyrody. Tak więc miast spojrzeć faktom w oczy, miast jasno stwierdzić, że system oparty na odczłowieczeniu robotników należy bezwzględnie zlikwidować, lawirują i w typowo współczesnym stylu proponują stosowanie rozlicznych środków paliatywnych, które – jak doświadczenie wykazuje aż nadto dobitnie – w praktyce nic nie przynoszą.

Jeśli wolno nam potraktować wybraną bibliografię dołączoną do wspomnianej rozprawy jako wskazówkę co do ogólnego charakteru jaki według jej autorów powinny przybrać reformy ekonomiczne, to cóż – zamysł ogólny jest najwyraźniej taki, by rozpoznać i uznać charyzmat prorocki Henry’ego Forda, z jego słynną koncepcją jakoby zło  nadspecjalizacji dało się usunąć nie poprzez jej zniesienie, ale nieustanne przesuwanie pracowników z jednego sektora do drugiego, tak by miast całe życie wykonywać jedną, jedyną czynność przechodził po prostu z jednej dziedziny specjalizacji do drugiej – a także przez zapewnienie im ogólnego wykształcenia technicznego, które pozwoliłoby im ogarnąć proces produkcji jako całość. Takimi środkami, mówi się nam, impuls twórczy w produkcji uda się przywrócić i wszystko będzie dobrze. Koncepcja niniejsza, jak można sobie wyobrazić, cieszy się obecnie sporym poparciem, bo wszystkie plany reformy niewymagające od człowieka żadnych poświęceń są popularne – przynajmniej dopóki wszyscy nie przekonają się o ich nieskuteczności. To nie wystarczy. Impulsu twórczego nie uda się uwolnić systemem zmianowym, nie bardziej niż więźnia dałoby się “uwolnić” przenosząc go co jakiś czas z jednej celi do drugiej. A to z bardzo prostego powodu – z powodu braku elementu wyboru w procesie wykonania, wolność wyboru zaś, to nieodłączny korelat prawdziwej twórczości. Widzimy więc jasno, że podobne kompromisy w gruncie rzeczy niczego nie wnoszą i społeczne wyzwolenie impulsu twórczego może dokonać się wyłącznie wraz ze zniesieniem podpodziału pracy.

Problemy z powszechnym uznaniem tej prawdy, dla ludzi z doświadczeniem w kwestii zupełnie oczywistej, biorą się z faktu, że większość pisarzy takiego doświadczenia nie ma. Gdy wpływ systemu przemysłowego na funkcjonowanie społeczeństwa staje się coraz większy i dotyka ich własnego życia, pośrednio przynajmniej zaczynają rozumieć, że z istoty swej niweczy on impuls twórczy w człowieku, w związku z czym podnoszą sprzeciw. Niemniej o naturze podobnych instynktów oraz o warunkach gospodarczych, które sprzyjałyby ich ekspresji, nie mają zielonego pojęcia, bojąc się zatem – wobec braku wzorców empirycznych – uderzyć w coś tak kolosalnego, jak system industrialny jako całość. Tragizm sytuacji polega jednak na tym, że intelektualiści owi, niemający pełnego obrazu rzeczy ze względu na brak koniecznego doświadczenia, pozostają też zupełnie głusi na radę rzemieślników i artystów – ludzi, którzy doświadczywszy pewnych zjawisk na własnej skórze mają chyba jakieś przynajmniej prawo głosu w sprawie. Tymczasem, system przemysłowy rozwija się stosownie do swych wewnętrznych praw bez względu na konsekwencje. Garstka kompetentnych ludzi potrzebna, by nim kierować, kurczy się z dnia na dzień, a że w jego warunkach nie może ona wyszkolić następców jasne jest, że już w niedalekiej przyszłości zabraknie głów mogących sprawować tutaj jakąś kontrolę. Industrializm runie pod własnym ciężarem.

Oto właśnie, jak widzimy, logiczny skutek odmowy wysłuchania tego, co mają do powiedzenia na temat ludzie doświadczeni. Jeśli świat współczesny kiedykolwiek dojdzie do zrozumienia swych błędów, to chyba tylko po ścieżce cierpienia. Nasi politycy i publicyści przez wieki chowali głowę w piasek. Ich jedyną receptę na problem stanowiło po prostu oddalanie w czasie dnia katastrofy, aż przyszedł moment, w którym nie da się już tego zrobić. Ulice angielskich miast pełne są bezrobotnych – i śmiem twierdzić, że będą takie dopóki kraj nie zmierzy się z faktami. Nasze rynki zbytu kurczą się i to się nie zmieni, gdyż podczas wojny większość naszych partnerów handlowych zaczęła – wobec braku dostaw z naszej strony – produkować różne towary na własną rękę i nie zamierza przestać tego czynić. Jednocześnie, automatyzacja i maszynizm opanowują coraz to nowe gałęzie produkcji i robotnicy coraz wyraźniej zaczynają zdawać sobie sprawę z istnienia problemu mechanizacji gospodarki. Bezrobotni mówią już o tym głośno. Widzą, że wobec kurczących się rynków, postęp tego procesu uniemożliwia im powrót do pracy. W gazetach nie pisze się o tym jeszcze zupełnie bez ogródek, ale jasne jest chyba, że system nie spojrzy prawdzie w oczy dopóki nie wyczerpie do ostatka swego asortymentu półśrodków.

Moje przeświadczenie o nieuniknionym końcu systemu industrialnego nie opiera się zatem na wierze w rozsądek większości – bo większość będzie unikać tej zmiany tak długo, jak tylko będzie mogła – ale na prostym fakcie, bo wobec kryzysu tego systemu już wkrótce staniemy przed wyborem: zmienić się czy zginąć. Gdyby udało się nam do tego nim to nastąpi wykrzesać w społeczeństwie choćby iskrę logicznego myślenia, zyskalibyśmy przynajmniej jeden stabilny punkt odniesienia, wokół którego mogłyby krystalizować się w tych trudnych dniach nasze myśli i działania, w tym zaś kontekście niech będzie wolno nam zauważyć, że nawet najbardziej subtelne rozwiązanie, jeśli nie docierają do istoty rzeczy, na nic się nam nie zdadzą. System obecny opiera się w ostatecznym rozrachunku na pewnej koncepcji życia – na przekonaniu, że życie w luksusie stanowi naczelny cel człowieka. To właśnie kulturowy tryumf tego ideału stanowi źródło współczesnego wyścigu po pieniądze i przyczynę chaotycznych metod umaszynowienia, jakie się podczas tego wyścigu stosuje. Gdy zdamy sobie sprawę z tych podstawowych faktów, zrozumiemy również, że w takim wypadku każda skuteczna reforma gospodarcza wymaga jako korelatu zmiany obowiązującego społecznie podejścia do życia. Miejsce ideału lenistwa zająć powinien ideał pracy, służby i funkcjonalności. Konsekwencje podobnej zmiany byłyby kolosalne. Po pierwsze, wartość zawodu oceniałoby się nie według wysokości zarobków, nie według tego, na ile zapewniają wygodę i czas wolny, władzę i pozycję społeczną, ale tego, na ile pozwalają jednostce wykonywać pracę ważną i użyteczną z punktu widzenia życia ludzkiego. Po drugie zaś, to już nie handel – kosztem rolnictwa i produktywnego rękodzieła – zajmowałby w percepcji generalnej pozycję uprzywilejowaną, ale przeciwnie: rolnictwo i rękodzieło znów zaczęto by uważać, jak w przeszłości, za fundament dobrobytu i bezpieczeństwa narodu, a pracujących w tych sektorach chronić przed zagrożeniem ze strony finansowych spekulantów przez wprowadzenie instytucji stałej i sprawiedliwej ceny oraz budowę powszechnego systemu korporacji zawodowych.

Dodatkowo, konieczna byłaby redukcja produkcji maszynowej, po pierwsze dlatego, że nie można mówić o stabilności życiowej w sytuacji, w której robotnik może stracić pracę wraz z pojawieniem się jakiegokolwiek nowego wynalazku; po drugie zaś, ponieważ jednym z podstawowych warunków istnienia zdrowej i stabilnej struktury społecznej jest wyeliminowanie z wytwórstwa wszystkich maszyn generujących podpodział pracy, a to samo przez się oznacza regulacje. Ci moraliści, którzy utrzymują, że podobna procedura nie byłaby potrzebna, ponieważ maszyny same w sobie nie są ani dobre, ani złe, więc wszystko zależy wyłącznie od sposobu ich użytkowania, chcąc zachować konsekwencję musieliby zaprzeczyć konieczności regulowania jakiejkolwiek innej dziedziny życia, bo postulat regulacji produkcji maszynowej opiera się w ostatecznym rozrachunku na dokładnie takich samych podstawach, jak wszystkie inne tego typu urządzenia: chodzi o wyeliminowanie działań społecznie szkodliwych, nieważne, czy pochodziłyby one ze złej woli, czy z dobrych intencji i ignorancji.

Przy przestrzeganiu niniejszych zasad, udział maszyn w produkcji będzie, w porównaniu do warunków obecnych, zupełnie śladowy, a że wobec tego nareszcie zaczną one pełnić w społeczeństwie tę funkcję, którą dziś pełnią tylko nominalnie, oczywistym jest, że nie będzie się już dało sformułować pod adresem ich stosowania żadnego zarzutu. Chodzi tylko o to, żeby produkcja maszynowa nie wchodziła w paradę rzemiosłu – można natomiast z powodzeniem wykorzystać ją choćby przy tak zwanej “robocie głupiego”, stanowiącej bazę produkcji. Granicą byłby moment, w którym pracownik zaczyna myśleć bardziej o maszynach niż pracy, którą wykonuje, a właściciel troszczy się bardziej o to, jak utrzymać fabrykę na chodzie, niż o służbę społeczną. Stosowanie tej zasady wymaga jednak kilku innych czynników. Zakłada bowiem jednoczesne starania o odrodzenie ustroju cechowego i wspólnych tradycji sztuk i rzemiosł, ponieważ bez wartości pozytywnych, które takie tradycje przechowują, problem określenia granicy stałby się niezmiernie trudny do rozwiązania. 

W tym punkcie zaś, chcąc nie chcąc włączamy się w spór na temat odrodzenia sztuk pięknych. Dwadzieścia lat temu jeszcze, wszyscy jego uczestnicy zgadzali się przynajmniej co do tego, że zależy ono bezpośrednio od odrodzenia rzemiosła. Za Ruskinem i Morrisem powszechnie przyjmowano, że jedno bez drugiego nie istnieje, w tym sensie, że nowe pomysły kompozycyjne rodzą się wyłącznie w eksperymentalnym rękodzielnictwie, podobnie jak nowe idee naukowe rodzą się na skutek swobodnego eksperymentowania z materiałem. Ostatnimi laty wszakże, ze względu na to, że Ruch Sztuk i Rzemiosł nie zdołał poradzić sobie z trapiącymi go problemami ekonomicznymi, podjęto próby dostosowania sztuki do warunków wytwórstwa mechanicznego. Wszyscy zwolennicy podobnego kompromisu otwarcie przyznaliby, jak mniemam, że taka “sztuka mechaniczna” będzie stać wyraźnie niżej, niż ta sprzężona z pracą ręczną. Nie widząc jednak innego wyjścia, powołano Towarzystwo Kompozycyjno-Przemysłowe i starano się z jego pomocą ugrać w tej beznadziejnej grze ile się tylko dało i znaleźć inspirację dla twórczości artystycznej w produkcji masowej. Ciekawe, że zakończyło się to takim samym fiaskiem, jak działalność Ruchu Sztuk i Rzemiosł. Podobnie jak Ruch, Towarzystwo również poczyniło z początku pewne postępy. Udało się mu się wypuścić na rynek kilka utylitarnych produktów bardziej estetycznej natury, w ostatecznym rozrachunku nie można jednak zaprzeczyć, że w próbach zreformowania systemu industrialnego zawiodło ono równie boleśnie, jak środowisko Morrisa, bo i duch tego systemu jest sztuce kwintesencjalnie wrogi – i trudno się dziwić, skoro potrzeby sztuki i przemysłu mechanicznego wzajemnie się wykluczają. Najbardziej podstawową potrzebę sztuki stanowi stały i ukierunkowany rozwój. Tradycja to wzrost, którego siła i pełnia polega na zdolności do generowania dzieł określonego typu i stylu. Industrializm jest z tym całkowicie sprzeczny. Dążenie do maksymalizacji produkcji wyklucza ciągłość pracy. Przeciwnie: mody muszą się zmieniać, aby wytwarzać popyt. Zmiana mody zaś, co chyba jasne, oznacza coroczną zmianę punktu odniesienia – niszczy więc ciągłość, a z ciągłością wzrost. Prócz tego występują tu jeszcze setki innych czynników sprawiających podobne skutki. Niniejsze dane doświadczenia w sposób konieczny prowadzą nas do wniosku, iż standard kwantytatywny i kwalitatywny to ścisłe przeciwieństwa, między którymi nie ma miejsca na kompromis. 

Niemniej, mało kto chce to dzisiaj przyznać – bo spojrzenie w oczy faktom wydaje się większości społecznej ewangelią rozpaczy.W związku z czym w ostatnich latach, częściowo ze względu na opisane wyżej porażki ruchów reformistycznych, a częściowo z błędnego rozumienia demokratycznej natury sztuki, pojawiła się teoria, jakoby odrodzenie artystyczne przyjść miało nie ze strony zawodowych twórców i rzemieślników, tj. tych, którzy mają jakieś pojęcie o problemie, ale przeciwnie: tych właśnie, którzy pojęcia o problemie nie mają – mas, których impulsy twórcze miałyby rzekomo spontanicznie znaleźć dla siebie odpowiednią formę wyrazu gdy tylko wyswobodzi się je, tj. wspomniane masy, z gospodarczej niewoli. Nie trzeba chyba mówić, że nie wyznaje jej nikt, kto samemu przejawia pewne zdolności kreacji estetycznej. Cieszy się ona jednak dużą popularnością wśród ludzi szczerych acz niedoświadczonych, a że to ci właśnie ludzie, choć sami o tym nie wiedzą, mają w rękach klucz do rzeczy, koniecznie należy się jej przeciwstawić.

Załóżmy zatem, że wspomniane wyzwolenie nadeszło. Jaką sztukę zaczęłyby tworzyć nowe, wyemancypowane masy? Sądzą, że możemy przyjąć za pewnik, że wcale niekoniecznie kiczowatą i tandetną; lecz jednak, w mojej opinii przynajmniej, prawdopodobnie – przynajmniej jeśli chodzi o sferę czysto estetyczną – bardzo podobną do tej, którą znamy dzisiaj; a to z tego powodu, że by stworzyć coś nowego musiałyby, w sensie duchowym i artystycznym, narodzić się na nowo. Sama emancypacja ekonomiczna nic tutaj nie zmieni.

Jakimikolwiek aluzjami karmilibyśmy się w kwestii spontanicznego, demokratycznego odrodzenia sztuki, jedna rozmowa z tzw. “szarym człowiekiem” wystarczy, by nas z nich definitywnie wyleczyć; już po kilku pierwszych zdaniach okazuje się bowiem, że przeciętny Anglik nie uznaje żadnych trwałych standardów myśli czy smaku. Ktoś lubi jedno, inny drugie – i tyle na temat, bo o gustach się nie dyskutuje. Organicznie nie potrafi zrozumieć, że gust – podobnie jak wszystko inne – może być dobry lub zły, a nie rozumiejąc, musi – samemu niezdolny do przywództwa – zdać się na innych. A skoro jednostki generalnie nie są obdarzone wrażliwością emancypacji estetycznej, możemy mieć pewność, że masy en bloc również nie, bo tyrania większości nieodmiennie, jak wiemy z historii, sprzyja utrzymaniu status quo. Widzimy zatem, że odrodzenie sztuki nie będzie zależeć od akcji masowej, ale od jednostek obdarzonych dość wysokim czuciem estetycznym, by wskazać drogę – czyli, inaczej mówiąc, przez stopniowe poszerzanie środowiska osób pojmujących, czym czucie estetyczne właściwie jest. Wraz z rozwojem tegoż środowiska, sztuka istotnie stanie się bardziej demokratyczna – w tym sensie, że coraz mocniej społecznie obecna, że zacznie stanowić środek wyrazu, z którego mogą czerpać wszyscy. Mówiąc zatem o demokratyzacji sztuki nie mamy wcale na myśli jakoby miała się ona narodzić z kaprysów wyobraźni i nieokrzesanych gustów ludu, ale że ta sztuka, której rozwój chcielibyśmy wspierać, będzie mogła stać się trwałą częścią życia i myślenia ogółu. Słowem, chodzi o koncepcję aktywności estetycznej, która przemówi do społeczeństwa szukającego odnowy, nie zaś o ewangelię rozpaczy i osobliwy postulat, by niewykształceni ocalili kulturę dla wykształconych.

Nie brak przy tym znaków nadchodzącej zmiany. Mówimy, że Ruch Sztuk i Rzemiosł zawiódł – i w tym sensie, że zaangażowani w jego działania nie osiągnęli wszystkiego, na co liczyli, jest to zupełna prawda. A jednak, nie była to porażka całkowita. Rozwój, jaki nastąpił w ciągu ostatnich dwudziestu lat jeśli chodzi o wystrój mieszkań czy modę kobiecą, na przykład, zakrawa na rewolucję, a moim zdaniem przynajmniej stanowi również w znacznej mierze konsekwencję działalności Morrisa i jego zwolenników. Zmiana ta dokonuje się głębinowo, nie zwracając uwagi krytyków. Początek wszakże, naprawdę napawa optymizmem. Jeszcze dwadzieścia lat temu praktycznie niemożliwe było znaleźć mieszkanie przeciętnego inteligenta, które byłoby urządzone z jakim-takim gustem. Dziś – trudno znaleźć jakiekolwiek inne. Proces ten będzie trwał dalej, dopóki nie obejmie wszystkich, co stanie się niechybnie wraz ze zniesieniem tłamszących go obecnie barier ekonomicznych.

Nie ma większego złudzenia na przekonanie, że gustów nie można kształtować. Oczywiście, nie da się tego zrobić w wypadku kompletnie niezdolnego, ale o ile człowiek ma w sobie choćby iskrę wrażliwości estetycznej (a w większym lub mniejszym stopniu większość ludzi ją ma), wtedy pewnych rzeczy naprawdę można nauczyć. Gust zresztą kształtuje się sam, w kontakcie z ludźmi większego pojęcia. Pamiętam dokładnie moment, w którym było mi dane to zrozumieć, około dwadzieścia siedem lat temu. Wydawało mi się, że nie mam najmniejszego wyczucia koloru, aż wybrawszy się jednego dnia do Galerii Narodowej spotkałem tam pewnego malarza, który podzielił się ze mną swymi opiniami na temat znajdujących się w niej obrazów. Powiedział mi, które kolory dobrane są dobrze, a które źle; w tamtym momencie nie potrafiłem zrozumieć zasady, na której formułował swoje oceny. Słuchałem go po prostu i sam niewiele mówiłem – i dopiero jakiś czas później zaczęło mi świtać, co dokładnie miał na myśli. Minęło jeszcze kila lat i proszę bardzo, orientuję się w sprawie równie dobrze, co on. 

Dochodzimy tutaj do punktu kluczowego. Największy problem związany z kształtowaniem gustów stanowi fakt, że większość nienawidzi krytyki. Ludzie odrzucają dogmatyzm artysty ze strachu, że ich zmiażdży. To zupełna iluzja, bo – gdyby tylko chcieli to zrozumieć! – to właśnie on mógłby przynieść im wyzwolenie. Wykształcenie artystyczne, podobnie jak każde inne, to kwestia pewnej pokory, pozwalającej nam podporządkować się komuś, co do którego czujemy, że wie więcej. Jeśli uda nam się to zrobić, wkrótce wyjdziemy z okresu uczniowskiego i zaczniemy czuć grunt pod nogami. Niewielu wszakże jest dziś w stanie to zrobić. Ludzie chcą biegać zanim nauczą się chodzić. Wszystko zatem zależy od kształtowania charakteru. Pycha czyni w sztuce takie same spustoszenia, jak w życiu.

Rozważania te prowadzą nas do wniosku, że choć rozwiązanie problemów ekonomicznych to konieczny warunek ponownego tryumfu sztuki, to jednak w istocie swej zależy on nie od niego, ale raczej od czynników psychicznych czy moralnych – od społecznej dominacji tego typu osobowości, który można nazwać chrześcijańskim. Chodzi o szacunek do mistrzostwa i zdolność podporządkowania się lepszym, które niweczy obecnie wszędzie głupia pewność siebie – zarówno artysty, rojącego sobie, że jest “oryginalny”, jak i “człowieka z ulicy”, który “wie, co lubi” i nie chce się dokształcać. Prawda jest taka, że wszyscy wielcy mistrzowie byli pilnymi uczniami, ich dogmatyzm zaś nie bierze się wcale z pychy i egotyzmu, ale z tej pewności siebie, którą zapewnia rzetelne studium – świadomość, że rozumie się pewne rzeczy i pragnienie przekazania swej wiedzy innym. Wielki artysta zawsze zaczyna od podporządkowania się wspólnej tradycji, by na koniec ją przekroczyć. Mały artysta tego nie potrafi. Nigdy nie zdobędzie się na taki poziom dyscypliny. Tak bardzo zależy mu na własnej indywidualności, że ostatecznie w niczym nie osiąga wysokiego poziomu. Kto chce zyskać życie, musi jest stracić – jest to tak samo prawdziwe w wypadku artysty, jak świętego. 

Powiedziałem, że wielki artysta umie podporządkować się wymaganiom wspólnej tradycji. To właśnie czyni go prawdziwym demokratą, bo i też istota demokracji nie polega wcale na dawaniu ludziom tego, czego chcą – ale tego, czego potrzebują, a to dwie zupełnie różne rzeczy. Współcześnie wszakże, wspólna tradycja sztuki nie istnieje. Czemu więc podporządkować musi się wieli artysta? Tradycjom przeszłości. Nie w sensie prymitywnym i antykwarycznym, ale żywym i prawdziwym, jako źródłu autentycznej inspiracji; bo dla nas, żyjących w epoce bez własnej tradycji, źródłem inspiracji może być wyłącznie przeszłość. Nawet modernistyczny bunt przeciw obowiązującym standardom akademickim wymierzony jest nie tyle w przeszłość, co raczej w konkretny sposób jej rozumienia i oceny, bo moderniści tym tylko różnią się od profesorów, że drążą głębiej. Akademiści chcieli korzystać z wzorców późnej sztuki greckiej i gotyckiej, moderniści przeciwnie – zwracają się w kierunku form bardziej prymitywnych, poruszając się wszakże w dokładnie tym samym kręgu kultury. W każdym razie najlepsi spośród nich.

Jednocześnie, wszystkie tendencje życia społeczno-ekonomicznego pracują w kierunku wyrzucenia sztuki poza nawias społeczeństwa. Resztki sztuki, które nam dzisiaj zostały, to ostatnie owoce starego ustroju, który na naszych oczach z dnia na dzień niszczeje – czy uda się go zniszczyć do szczętu czas pokaże. Nie ma wszakże żadnych wątpliwości, że mielą go na proszek potężne turbiny plutokracji i industrializmu, bo doświadczenie jasno wykazuje, że wszelkie próby przeszczepienia wrażliwości estetycznej na grunt nowego świata skazane są na porażkę. Coraz powszechniejsza staje się wobec tego myśl, że jedyną nadzieją sztuki stanowi odrodzenie religijne – powrót do wiary, z której czerpią wszystkie wielkie tradycje artystyczne przeszłości. I bardzo prawdopodobne, że gdyby nasze marzenia się spełniły i cywilizacja chrześcijańska powstała na nowo, sztuka odzyskałaby należna sobie miejsce w społeczeństwie, stając się doskonalszą i pełniejszą niż kiedykolwiek dotąd.

Tłm. Maciej Wąs

Zawarte w eseju idee pełniejszy i bardziej systematyczny wyraz znalazły z dziele Post-industrializm tego samego autora, dostępnym w naszej bibliotece. Zachęcamy do lektury.