Hilaire Belloc

Cisza morza (1941)

Rozdział I – Cisza morza

Najbardziej kocham w morzu jego ciszę: zdanie, które może brzmieć osobliwie dla niektórych uszu, jeśli się go bliżej nie rozważy. Bo głośne dźwięki, które niechybnie pamiętać musi każdy, kto kiedykolwiek był na okręcie, to nie dźwięki morza jako takiego – nie, nawet podczas wichury – ale dźwięki zmagań wiatru z tym, co napotka na swojej drodze: takielunkiem czy burtą, czy płótnem żagla, odgłos tańca nieprzywiązanej liny; plusku wody przelewającej się przez pokład, czy jęku desek pod uderzeniem fali. Morze – jako takie – przemawia znacznie spokojniej i, jeśli tylko nie zakłóca się jego naturalnej samotności, spokojnego obcowania z własnym ogromem, żyje w doskonałej komunii z sobą.

Ale ponieważ morze żyje (tylko ziemia spoczywa w bezruchu), nie da się myśleć o nim jako o niemym: i takie nie jest. Ale przemawia ono do nas w sposób ukryty, niczym wyrocznie bogów, stanowiąc naraz najbardziej zrozumiałą i najbardziej majestatyczną spośród wyroczni świata: i istotnie, tajemnicze świątynie, o których czytamy w zapisach historycznych, zawsze wznoszono w takich miejscach, by dało się w nich poczuć słone tchnienie fal.

*****

Wybrzeża są pełne dźwięku; ale tylko dlatego, że stanowią granice – więzy – nie zaś część naturalnej siły oceanu. Jako stworzenia ziemi, znamy ocean w głównej mierze z jego plaż, czy głośniejszych jeszcze urwisk i skał; wysokich klifów, które opierają się twardo sile żywiołu, i niosą głośnym echem spokojny rytm przyjścia i odejścia krętych prądów, gasnących na gładkiej powierzchni przybrzeżnych kamieni, czy też (zjawisko najrzadsze, ale najmocniej zapadające w pamięć), niesamowitego huku fal, przetaczających się przez na wpół zalane jaskinie, biorące w siebie całą moc wzbierającego przypływu. Lecz morze, absolutne w swym niezrównanym majestacie, gardzi zgiełkiem i wrzawą; nie w okrzykach bojowych objawia się jego siła, wielkość, potęga jego ramienia. Grzywacz na głębokich wodach, nie tak znów daleko od lądu przecież, to rzecz niemal odejmująca mowę niepowstrzymaniem swojego ruchu; wzbija się wysoko w niebo i wypełnia je, zawisłszy nad przestrzenią jak groźba zagłady; ale tej groźby nie da się usłyszeć. Jego potężny grzebień idzie naprzód niczym szarża kawalerii, ale bez gromu; gaśnie w łagodny przybój, z ledwo uchwytnym sykiem spływając po krzywiźnie, nad którą przed chwilą jeszcze wznosił się całym całym swym strasznym ogromem, i znika pośród bezgłośnie niemal wykwitających na powierzchni, zwiewnych smużek piany.

Gdy ktoś, kto sztormując, czy też może raczej dryfując bezradnie i starając się ze wszystkich sił utrzymać dziobem do wiatru, doświadczył coś niecoś z tej ogromnej siły, i widział swoją łódź miotaną przez fale we wszystkich kierunkach, jakby była zabawką, stara się wrócić wspomnieniem do tamtych momentów, tym, co uderza go w nich najmocniej, jest nie dzika furia natury, ale raczej obraz jednej, stałej drogi w górę i w dół, powtarzanej jakby bez końca, w miarę jak kolejne, wysokie grzbiety wyrastają nagle z powierzchni wody i na powrót do niej spadają; i na większości mórz zresztą, dni, w których usłyszeć można choćby taki strzęp mowy żywiołu, zdarzają się niezmiernie rzadko. Większa część czasu spędzonego na pokładzie upływa w kompletnej ciszy. Przez większość podróży, żeglarz nie słyszy choćby słowa odpowiedzi Wielkiego Towarzysza, żadnego zgoła dźwięku poza delikatnym szmerem wody, albo – jeśli płynie szybciej – nieustannego plusku fali rozcinanej na poły ostrzem dziobu, uderzającej o burty, gdy okręt – pod wiatrem i ręką sternika – idzie naprzód.

Czuje też żeglarz wyraźnie, że dla morza rzeczą normalną jest spokój i równowaga, dzikość sztormu zaś, to ledwie wyjątek. Zazwyczaj kojarzymy te dwie sprawy, morze i sztorm, ponieważ sztorm ze wszystkich morskich zjawisk wywołuje najsilniejsze emocje, szczególnie zaś dlatego, że splatają się w nim dwa elementy – niebezpieczeństwo i cierpienie – między którymi rozgrywa się wszystko, co w życiu ludzkim najważniejsze i najpowszechniejsze (i doprawdy, wymowny to komentarz do naszej egzystencji, że to właśnie cierpienie i niebezpieczeństwo zaznaczają się w niej najmocniej!). Morze podczas sztormu to morze „na przestrzał”. To morze ujawniające pełnię swojej osobowości; to gniewny Posejdon, wstrząsający fundamentami świata. Ale nawet u najgniewniejszych spośród bogów czy ludzi, nie stanowi gniew podstawowego nastroju dnia. Większość godzin upływa pogodnie bądź nudno, ale we względnej równowadze, i – choć to sprawa mniej fascynująca – taka codzienna rutyna to zasadnicza treść życia; i istotnie, wszak sporą jego część spędzamy we śnie. Z morzem jest podobnie.

*****

Lecz skoro nawet podczas sztormu morze wydaje z siebie mniej dźwięku czy głosu niż jakiekolwiek inne stworzenie na ziemi w czasie aktywności, przy okazji wszystkich innych nastrojów pozostaje kompletnie ciche. Możemy wyobrażać sobie, jak oddycha – ale przecież tego nie słyszymy; choć jej gigantyczny ruch to ruch żyjącej piersi. Morze spogląda tylko w głąb siebie, i na wieczność poprzestaje na własnym towarzystwie. To właśnie w związku z tym, jak mniemam, trudno znaleźć człowieka morza, który nie miałby w sobie czegoś wzniosłego i tajemniczego, w stopniu większym, niż ci, którzy żyją na lądzie. Zewsząd otacza go niezmierzony towarzysz, od komunii z którym nie może, ani nie chce, w żaden sposób uciec – bo to morze kształtuje go, czyni tym, kim jest, i pozostaje z nim przez wszystkie godziny życia – nawet na lądzie, jeśli spędził na morzu dość czasu, by mogło ono uformować jego duszę.

Morze z rzadka tylko staje się dla swych synów, swych „mieszkańców”, natchnieniem ekspresji literackiej. Owszem, zdarza się, że ktoś, kto związał swe życie z morzem napisze książkę lub ułoży wiersz. Nie ma wszakże żadnej ludzkiej aktywności, która w mniejszym stopniu wyrażałaby się w języku, niż właśnie żeglarstwo. Pisanie na morzu zawsze było domeną „szczurów lądowych”, nie zaś tych, dla których morze stanowiło część codzienności. Wynika to może stąd, że żeglarz nie tylko spędza życie otoczony tym bezmiarem wód, ale nosi go w sobie, że jest on dla niego jak powietrze, którym oddycha; albo też stąd, że morze doskonali charakter i męskość, a nie pióro. Wyjątków jest bardzo niewiele, a czyż nawet mimo to nie uderza w nich jakby pewna nienaturalność, sztuczność nastawienia, poza? I to, jak sądzę, ten ogólny brak wyrazu dla ludzkiego doświadczenia morza, również bierze się z ciszy panującej w tym nieogarnionym świecie.

Owe nowoczesne machiny, które zniszczyły – lub przynajmniej według wszelkich znaków powinny były zniszczyć – spokój morskich wód, mają jedną, osobliwą zaletę, otóż: dają czasem ludziom możliwość zagłębić się w siebie i nieco odpocząć; bo uwydatniają tylko, na zasadzie kontrastu, naturalną ciszę morza. Tak to wygląda nawet w wypadku małych silniczków, w które wyposażone są obecnie wszystkie kutry rybackie. Nie, żebym chwalił takie nowinki, Boże uchowaj – albo chociaż ich bronił – ale tej jednej zalety nie można im odmówić. Niemniej, znacznie lepiej uwydatniał tę ciszę syk fali wracającej po burcie w głębiny, głos, który opowiadał gniew żywiołu w czasie burzy.

Używam czasu przeszłego; mówię „uwydatniał” i „opowiadał”, choć – rzecz jasna – przecież ciągle to robi. Miejsca, w których naprawdę udało się człowiekowi zniszczyć morską ciszę, nie znaczą nic w porównaniu z ogromem przestrzeni, na których cisza owa wciąż rządzi i wciąż nie ma przed nią ucieczki.

W swoim czasie, morze odzyska jeszcze całe dziedzictwo Ciszy: bo dzieła człowieka przeminą, podobnie jak turkot jego metalowych wynalazków. Wtedy też cisza, Cisza Morza, powróci.

Tłm. Maciej Wąs