Hilaire Belloc

Rewolucja Francuska (1911)

Rozdział IV – Fazy

II
Od 17 lipca do 6 października 1789

 

Przyjrzeliśmy się już uwarunkowaniom militarnym, które przesądziły o porażce kontrrewolucji. Po niej nastąpił zaś bardzo krótki okres przejściowy, nie dłuższy niż trzy miesiące – i możemy opisać go tutaj w dosłownie kilku zdaniach.

W tym właśnie momencie Rewolucji idee mogły rozwijać się najswobodniej, w którym robiono najmniej, by sprawdzić je w praktyce, i w której – w związku z tym – było najwięcej miejsca na czysty entuzjazm. To dlatego właśnie w tym okresie nastąpiło, na przykład, zupełnie spontaniczne zrzeczenie się praw feudalnych przez szlachtę. I dlatego na terytorium całej Francji trwały brutalne powstania. To właśnie wtedy promulgowano Deklarację praw człowieka i obywatela, dokument, który w sensie historycznym zasadnie porównać można do Deklaracji niepodległości (bo to właśnie te dwa teksty pospołu stanowią najwspanialszy pomnik początków nowoczesności). To właśnie w tym okresie tak szybko i zgodnie położono fundament pod nową konstytucję, zapoczątkowując także tradycję polityczną jednej izby, którą współczesny naród francuski tak nieroztropnie zdecydował się porzucić. Ale to również właśnie w tym okresie Korona, a właściwie ci, którzy jej doradzali, opracowała nową metodę oporu. Król wahał się czy przyjąć Deklarację praw człowieka, a także akt z 4 sierpnia, w którym szlachta zrzekała się przywilejów feudalnych. Głupstwem byłoby wyolbrzymiać militarną wagę konsekwencji tego wahania. Fakt, Ludwik zawezwał wojska, ale tylko tyle, ile potrzebował do zapewnienia sobie osobistego bezpieczeństwa, i nie ma najmniejszego powodu podejrzewać, że miał jakieś inne, ukryte zamiary. Niemniej, brygada, która zaczęła strzec jego pałacu (bo była to tylko jedna brygada, dodatkowo niepełna) od razu wzbudziła pewne podejrzenia; a zwyczajnie głupia postawa królowej (przez całe życie uważającej regularnych żołnierzy za coś w rodzaju talizmanu, byle tyko ci nosili mundury i trzymali się prosto) przyśpieszyła wybuch. Wydano ucztę, na której oficerowie gwardii mieli za zadanie zabawiać oficerów regimentów flandryjskich, które dopiero co dotarły do Wersalu. Jak zwykle przy takich okazjach, nie wylewano za kołnierz, i z czasem całą sprawa przerodziła się w wielką manifestację rojalistyczną – królowej zaś, ewidentnie się to bardzo podobało; uświetniła ją swoją obecnością i nie potępiła niczego, co się wydarzyło – i w ten sposób dała początek plotkom jakoby to ona sama odgrywała w tym wydarzeniu rolę kierowniczą.

Skąpe zbiory, niemożność zaradzenia niedoborom żywności w Paryżu, nieustanne poczucie zagrożenia, w którym pogrążeni byli mieszkańcy stolicy, a także nieustanna czujność o bezpieczeństwo parlamentu, obradującego spokojnie od wczesnego lata – nie trzeba chyba mówić, co oznacza kombinacja podobnych czynników; i ta naprawdę mała rzecz szybko okazała się iskrą na beczkę prochu. Błędem jest wyobrażać sobie, że eksplozja, która nastąpiła później, była kontrolowana, albo że podobnie masową reakcję dałoby się wywołać sztucznie. Wielkie rzesze kobiet (od których wszystko się zaczęło), a za nimi również i mężczyzn, ruszyły na Wersal.

Oczywiście, nie nastąpiło nic w rodzaju bezpośredniego ataku, choć pałac bał się go panicznie. Obecność wojskowa przy dworze była póki co dość duża, by zapobiec przemocy.

Nocą na miejscu akcji zjawił się La Fayette na czele swoich nowych oddziałów.

Przeceniono jednak znacznie możliwości tej nowej siły; tłum zdobył pałac już rankiem następnego dnia, i choć nie udało mu się zamordować królowej, to było bardzo blisko, i dwóch gwardzistów poniosło śmierć. Wobec tych przykrych scen, których brutalność i pozorna anarchia stanowiły ledwie maskę zbiorowej determinacji ludu, rodzina królewska zmuszona została opuścić Wersal i udać się do Tuileries; w reakcji, parlament również przeniósł obrady bezpośrednio do Paryża, i ani król ani posłowie nie powrócili już nigdy na przedmieścia.

Fakt powrotu monarchy do stolicy jest zresztą znacznie istotniejszy niż wyczyny tłumu. Obecność króla właśnie w Paryżu, mistyczna niemal jedność jego osoby z miastem stołecznym, przez wieki stanowiła jakby sakrament francuskiego życia politycznego. Dokładnie sto lat wcześniej Ludwik XIV złamał tę tradycję, i przeniósł się na Wersal. Współcześni obywatele państwa oligarchicznego mogą pojąć wagę tego błędu właściwie wyłącznie przez analogię, i spróbować wyobrazić sobie (na przykład) co by się stało, gdyby cała arystokracja kraju nagle przeniosła się do miast. Przyszli historycy cywilizacji przemysłowej, nawiasem, będą mieli tutaj znacznie łatwiejsze zadanie, bo stosowna paralela sama się narzuca; i niejeden dziejopis zwróci na pewno jeszcze uwagę na konsekwencje jakie ma w naszych czasach odpływ wielkich przemysłowców na wieś – co to znaczy porzucić centrum swojej władzy, i odizolować się kompletnie od żywotnych spraw ludu.

A zatem zrządzeniem losu zarówno rodzina królewska, jak i Zgromadzenie, znalazły się w stolicy, w samym sercu życia narodowego; ale skutki były tutaj bardzo różne. Bo gdy parlament krok po kroku, powoli ale skutecznie, zbliżał się do osiągnięcia tego, co uważał za całkowitą demokratyzację kraju (choć miała być to demokratyzacja dramatycznie cząstkowa, co się jeszcze później okaże), wpływy Korony zaczęły ograniczać się właściwie wyłącznie do samego dworu. Opór wobec Rewolucji stawał się kwestią osobistą. Król wciąż jest jeszcze głową egzekutywy; przynajmniej teoretycznie ma absolutną kontrolę nad wojskiem i budżetem; odpowiada za całość funkcji wykonawczych rządu. Te tradycyjne prerogatywy mało go już jednak obchodzą, i nawet nie śniłoby mu się użyć ich do odzyskania przedrewolucyjnej pozycji. Od tej pory działa właściwie wyłącznie jako jednostka, i to jednostka, która się boi. Królowa, zawsze patrząca na Rewolucję i jej skutki z czysto osobistego punktu widzenia, od października 1789 roku przejmuje zatem w stronnictwie dworskim rolę siły wiodącej; i na osiemnaście następnych miesięcy, głównym zmartwieniem tego stronnictwa staje się osobiste bezpieczeństwo. Pośród całego przepychu Tuileries, w wielkim teatrze zewnętrznych pozorów władzy, większych, niż w wypadku jakiegokolwiek innego monarchy Europy, Ludwik, jego żona, i kilku ich najbliższych i najbardziej oddanych przyjaciół czują się jak w więzieniu – i pragną jak najprędzej się z niego wyswobodzić.

 

Tłm. Maciej Wąs