Hilaire Belloc

Rewolucja Francuska (1911)

Rozdział IV – Fazy

IV

Od lipca 1791 do września 1792

Aby zrozumieć kapitalne znaczenie zarówno ucieczki jak i jej fiaska, kolejny raz trzeba nam podkreślić tutaj absolutnie wyjątkową rolę, jaką odgrywała monarchia w tradycjach i instynktach narodu francuskiego. Trudno zbyt mocno zaakcentować katastrofalną nieroztropność tego uczynku: podobnie jak i gwałtowność rewolucji moralnej, którą spowodował. Społeczeństwo uznało ucieczkę Ludwika właściwie za akt abdykacji. Opinia prowincji, opinia cicha i umiarkowana, ale realnie bardzo silna, wciąż życzliwa królowi i uznająca jego panowanie za oczywistość, zupełnie osłupiała, i w znacznej części – nieco później – odwróciła się od Korony.

Doskonałym świadectwem rzeczywistego znaczenia monarchii w historii Francji jest fakt, że nawet w dobie tak wielkiego kryzysu imię „republika” z rzadka tylko pojawiało się na ustach ludzi, a jeśli, to tylko przedstawicieli paryskich kółek inteligenckich. Wszystkie konstytucyjne i aktywne ośrodki władzy zawiązały wielką konspirację mającą na celu ocalenie monarchii za cenę najbardziej nawet absurdalnych pozorów i fikcji. Mieszczańska Gwardia Narodowa pod dowództwem La Fayette’a stłumiła, w słynnej masakrze na Polu Marcowym1, kiełkujący ruch polityczny ludu. Radykałowie (z Dantonem na czele) uciekli zagranicę bądź zaczęli się ukrywać. Książę Orleanu nie zdołał wykorzystać nadarzającej się okazji i obwołać się regentem: tradycja monarchiczna była po prostu zbyt silna.

Tuż po obchodach drugiej rocznicy zburzenia Bastylii, w lipcu, parlament wydał nonsensowny dekret stwierdzający, że król nie ponosi odpowiedzialności za własną ucieczkę, że „poniósł go koń”, we wrześniu zaś Ludwik, choć zawieszony w prawach władzy wykonawczej, złożył przysięgę na wierność konstytucji i ponownie stał się wodzem naczelnym wszystkich sił zbrojnych kraju.

Ale cała ta pośpieszna łatanina, ta desperacka próba ratowania fasady monarchii konstytucyjnej (fikcji, której śmieszność ubliżała francuskiemu duchowi narodowemu bardziej, niż jawne kłamstwo), przyszła za późno. Królowa napisała już do swego brata Leopolda, cesarza Austrii, otwarcie sugerując mu zgrupowanie przy granicy z Francją sporych sił wojskowych i użycie ich jako czynnika nacisku w relacjach z rewolucjonistami. Jej czyn zbiegł się w czasie z rozwiązaniem owego wielkiego parlamentu, wybranego przy najbardziej w historii Francji demokratycznym cenzusie, który odmienił oblicze całego społeczeństwa i położył fundamenty pod nową, rewolucyjną konstytucję. Do czasu gdy następny parlament rozpoczął obrady (1 października 1791), wojna stała się realną możliwością; potem zaś, możliwość owa przemieniła się w prawdopodobieństwo, prawdopodobieństwo zaś – w rzeczywistość.

W nowym parlamencie największe znaczenie, nie ze względu na liczbę, ale siłę przywódczą, odgrywała grupa szczerych i nader elokwentnych posłów, których – z racji tego, że najważniejsi spośród nich pochodzili z departamentu o nazwie Żyronda – nazywano „żyrondystami”. Wyznawali oni ideał demokratyczny w formie najczystszej i najbardziej płomiennej, jaką tylko można sobie wyobrazić – mniej francuskiej, zapewne, niż niektórzy bardziej radykalni od nich politycy, ale takiej, która do dziś wzbudza szczery entuzjazm wielu historyków.

Verganiaud2 i Isnard3 odgrywali w tej grupie rolę wielkich mówców, Brissot4 – intelektualisty-intryganta, żona Rolanda5 zaś, jednego z posłów – jak gdyby duszy całego towarzystwa. To właśnie ich działania doprowadziły ostatecznie do wybuchu wojny – i wiele mówi to, doprawdy, o charakterze tego zgromadzenia.

Radykalna opozycja, o której już napomknąłem (potocznie określana mianem „górali”), w kwestii instynktów, poglądów i sposobu działania reprezentowała przede wszystkim lud paryski. Robespierre, z początku nieznany orator, potem zaś „oficjalny” niemal fanatyk Zgromadzenia Narodowego, choć w tej kadencji nie był posłem, stanowił zapewne najbardziej rozpoznawalną osobistość tego stronnictwa – właśnie dlatego, że przemawiał w Paryżu, i był tam uwielbiany; a „górale”, istotnie, byli Paryżem, tak w parlamencie jak i poza nim; Paryżem, stolicą, mózgiem francuskiego organizmu politycznego. Nie przypadkiem później to oni właśnie (choć z początku przeciwni działaniom wojennym) mieli zapewnić armii francuskiej niezbędną siłę i moc, uciekając się do brutalności i despotyzmu, którymi brzydziły się czystsze i mniej praktyczne umysły żyrondy.

3 grudnia 1791 roku (aby przypomnieć tu choć jedną z ważniejszych dat tego szalonego okresu poprzedzającego wojnę, mającą ostatecznie odmienić oblicze Rewolucji), król wysłał do króla pruskiego list (bez żadnych wątpliwości podyktowany mu przez żonę, co można bardzo łatwo stwierdzić), w którym błagał go (podobnie jak Antonina wcześniej cesarza Austrii) o mobilizację znacznych sił wojskowych mających służyć za narzędzie nacisku na polityków Rewolucji. List ów, to wymowne świadectwo czasu. W obu stronnictwach rosło napięcie, i eksplozja mogła nastąpić w każdej chwili. Gra zaś bynajmniej nie toczyła się tylko o mętne generalizacje. Anektując enklawę Państwa Papieskiego (Awinion) rząd rewolucyjny otwarcie złamał obowiązujące umowy międzynarodowe, a znosząc przywileje feudalne alzackich książąt Cesarstwa Niemieckiego podważył polityczny ład Europy. Aby zrozumieć wagę tego uczynku, musimy wyobrazić sobie co by się stało, gdyby państwo współczesne skonfiskowało oszczędności prywatnych obywateli obcego kraju; był to podobny kaliber problemu.

Rewolucjoniści wszakże, również mieli słuszne powody do niepokoju – bo Cesarstwo zezwoliło emigrantom na sformowanie sił wojskowych zaraz pod granicami Francji.

Niemniej, te jasne i oczywiste z prawnego punktu widzenia sprawy nie stanowiły prawdziwych przyczyn wojny. Prawdziwą przyczyną było dążenie niezreformowanych rządów Europy (szczególnie Prus i Austrii) do zatrzymania postępów rewolucyjnych (we własnym interesie) i przekonanie, że regularne armie krajów niemieckich z łatwością rozprawią się, w razie potrzeby, z nową władzą Galii.

Dwór w Wiedniu nie przyjął naprawdę sprawiedliwego zadośćuczynienia oferowanego przez władze francuskie książętom Alzacji za utratę przywilejów feudalnych; Leopold, członek tego samego pokolenia, co Ludwik i Maria Antonina, zmarł 1 marca 1792, jego syn zaś, który zajął miejsce na tronie, miał ledwie dwadzieścia cztery lata; i bardzo łatwo dał się przekonać do rozpoczęcia działań wojennych.

Francuzi również, z wyjątkiem „górali” (a w szczególności Robespierre’a), nie do uwierzenia zgodnie opowiadali się za wojną.

Tak też opowiadali się za nią dwór i reakcjoniści; bo – jako niewzruszenie pewni zwycięstwa koalicji – upatrywali w niej swoje wybawienie.

Frakcja rewolucyjna – to jest miażdżąca większość opinii publicznej oraz tak zwani „patrioci” (jak sami się określali), politycy żyrondy, pragnęli zaś czegoś w rodzaju rewolucyjnej krucjaty; jak wszyscy idealiści karmili się iluzjami, i naprawdę wierzyli, że wojska francuskie stać na podobny wysiłek. Przygotowano plany kampanii (które królowa bez chwili zwłoki przekazała wrogowi); w marcu 1792 roku funkcję ministra spraw zagranicznych objął Dumouriez, znakomity żołnierz, i miesiąc później, 20 kwietnia, Francja wypowiedziała wojnę Austrii (czy, gwoli precyzji, „królowi Austrii i Bohemii”).

Taki był bowiem wciąż tytuł oficjalny bratanka Marii Antoniny, choć dziedzica Cesarstwa, to jeszcze niekoronowanego na cesarza. Żyronda miała nadzieję, że ten gest pozwoli jej uniknąć wojny z całymi Niemcami, i istotnie, elektorzy ostatecznie (z jedynym wyjątkiem landgrafa Hesji) ostatecznie Józefa nie wsparli. Ale największa bezwzględnie siła w Niemczech – ta, której Dumouriez obawiał się najbardziej – Prusy, już tak. Listy Ludwika zrobiły swoje.

W tym krytycznym momencie, francuska armia i jej twierdze obronne miały się najgorzej w dziejach. Dyscyplina wojskowa właściwie nie istniała. Wojsko regularne starego regime’u straciło w wyniku emigracji od sześciu do dziewięciu tysięcy oficerów, z nowymi ochotnikami armii rewolucyjnej (z których sformowano pod dwieście batalionów) żyło mniej więcej jak pies z kotem; co więcej, bataliony ochotnicze były w większej części źle zaopatrzone, nieliczne, niektóre istniały tylko na papierze; żaden nie przeszedł odpowiedniego szkolenia. Nawet w spokojniejszych czasach, w których rząd mógłby działać sprawnie i skutecznie, do utrzymania granic potrzeba byłoby czterystu tysięcy ludzi; takie są dane szacunkowe. Tymczasem, od gór Szwajcarii po Kanał La Manche, Francja mógł skorzystać ledwie z jednej piątej tej liczby. Pod bronią było ledwie osiemdziesiąt tysięcy mężczyzn. Sama armia pruska, nie licząc sił sojuszniczych, przewyższała tę skarlałe i zdezorganizowane wojska niemal trzykrotnie.

Pierwsze starcia zamieniły się w naraz tragiczne i groteskowe widowisko; niedoświadczeni żołnierze francuscy pierzchali przed Niemcami w kompletnej panice. Król wykorzystał te klęski jako pretekst do zdymisjonowania żyrondystów i rozpoczęcia reakcji. Parlament zareagował w sposób z militarnego punktu widzenia kompletnie jałowy, i obliczony wyłącznie na walkę z Koroną, co stanowiło właściwie akt zdrady narodowej. Nakazał rozwiązanie gwardii królewskiej, sformowanie za murami Paryża oddziałów tzw. „federalnych”6 i rozpoczęcie represji wobec ortodoksyjnych księży; grając na przeczekanie, i wypatrując rychłego nadejścia wojsk koalicyjnych, Ludwik zawetował dwie ostatnie z tych ustaw. La Fayette, dowódca armii środka (z kwaterą główną w Sedanie), stacjonującej dokładnie na linii ataku, poparł króla.

Gdyby wojska Austrii i Prus w tym momencie przyśpieszyły, Rewolucja dobiegłaby końca. Szczęśliwie czy nie, mobilizacja się przeciągała, a ich marsz – choć dobrze zaplanowany – był niezmiernie powolny. Lud paryski długo nie martwił się wojną, o czym wielka manifestacja antyrojalistyczna z 20 czerwca świadczy aż nadto dobitnie. Dopiero pod koniec sierpnia główne siły dwóch monarchów, pod wodzą księcia Brunszwiku (cieszącego się opinią najlepszego dowódcy swojego czasu), ruszyły na stolicę. I dopiero 23 sierpnia najeźdźcy zdobyli pierwsze miasteczko przygraniczne – Longwy.

W międzyczasie nastąpiły dwa wydarzenia, które wyzwoliły w narodzie francuskim – mimo nieprawdopodobnej nędzy jego sił zbrojnych – pokłady determinacji i poczucia solidarności, które pozwoliły do pewnego stopnia owej nędzy zaradzić. Po pierwsze zatem, na trzecie obchody rocznicy zburzenia Bastylii (14 lipca) ściągnęły do Paryża zbrojne delegacje z innych miast, w tym wiele zbrojnych; to zapewniło narodowi jedność odczuwania. Po drugie, książę brunszwicki wydał w Cobletz, siedzibie jego sztabu – 25 dnia tego samego lipca – swój słynny manifest, którego treść Paryż poznał trzy dni później, i który (choć wielu współczesnych historyków usiłuje ten fakt zanegować) wprawił opinię publiczną Francji w istną furię.

Otóż manifest ten wzywał Francuzów, w imieniu całej koalicji, do przeprowadzenia całkowitej restauracji starego systemu oraz ogłosił rewolucjonistów i nowe władze kraju za rebeliantów i zagroził im karą śmierci, co samo w sobie stanowiło wystarczająco agresywną prowokację – ale na tym nie koniec, bo w dokumencie znalazła się jeszcze jedna klauzula, która rozwścieczyła lud Paryża szczególnie skutecznie. Autorem tego punktu była Maria Antonina, a treść jego stanowiła groźba, że w razie jakiejkolwiek próby ataku na pałac królewski, Paryż zostanie przez wojska koalicyjne splądrowany i objęty dyktatem wojskowym.

Dwa dni później „federalni” z Marsylii – znakomici żołnierze, wszyscy z klasy średniej – choć z wojskowego punktu widzenia ledwie amatorzy, i do tego bardzo nieliczni, weszli do miasta. To właśnie od tego momentu ich pieśń marszowa, zwana „Marsylianką”, zaczęła stawać się tak popularna. Dokonali rzeczy niemal niemożliwej; przeszli całą Francję, ciągnąc ze sobą do tego jedno działo, w średnim tempie osiemnastu mil na dzień – w samym środku wyjątkowo upalnego lata, i zajęło im to niespełna miesiąc. Historia wojskowości nie zna paraleli tego wyczynu, ówczesna opinia publiczna nie dała się zaś ledwie porwać poetyckiej przesadzie widząc w tym marsylskim batalionie przyszłych bohaterów zbliżającej się konfrontacji.

Ostatecznie, lud starł się z dworem 10 sierpnia. Pałacu strzegło około sześciu tysięcy żołnierzy*, z których około jedną piątą stanowili zawodowi żołnierze gwardii szwajcarskiej. Pałac (Tuileries) był zatem, czy może powinien być, w tamtych warunkach po prostu nie do zdobycia. Atak mas paryskich, możemy mieć najzupełniejszą pewność, skończyłby się sromotną klęską, gdyby tylko połączenie między Tuileries a Luwrem zostało skutecznie przerwane. Istotnie, sporą część posadzki udało się do tego momentu zerwać, niemniej albo wykop był niedostatecznie szeroki albo posterunek nie miał dostatecznie dużej załogi; lud i „federalni”, z łatwością odrzuceni od frontu pałacu, zdołali wedrzeć się do niego dokładnie tam, gdzie łączył się z Luwrem; zaczął się zmasowany ostrzał pokojów Tuileries ze skrzydła – i królewski garnizon, wobec tak ogromnej przewagi taktycznej przeciwnika, skapitulował.

W tym samym czasie, król, królowa, delfin, jego mała siostrzyczka i reszta związanych z rodziną królewską schronili się w sali obrad parlamentu.

Po zwycięstwie ludu podjęto decyzję co do ich dalszych losów; zostali oni uwięzieni w dawnym klasztorze templariuszy, właściwie średniowiecznej fortecy na północno-wschodnim krańcu Paryża, i choć monarchia nie została jeszcze formalnie zniesiona, najbardziej radykalni – i najbardziej energiczni – politycy Rewolucji szybko zajęli miejsce starej egzekutywy. Głową tej grupy był nie kto inny, tylko Danton. Ona to właśnie wprowadziła do struktur władzy wojskowego ducha, pogardę dla formalizmu i szybkość decyzji. Współsprawców znanej już powszechnie zdrady dworu, jego sojuszu z obcymi państwami, aresztowano na setki. Zaciąg ochotników do armii, już wtedy bardzo żywy, znalazł nareszcie oficjalne wsparcie władzy; Rewolucja zaś, zrzuciwszy ostatni balast, natychmiast weszła w fazę największego radykalizmu. W tym samym momencie, najeźdźca przekroczył granicę, i 19 sierpnia pierwsi niemieccy żołnierze postawili swe stopy na francuskiej ziemi.

Bardzo możliwe, że zwłoka Prusaków była w pełni świadoma, ponieważ międzynarodowa sytuacja Francji nie należała do najłatwiejszych, i decyzja o interwencji nastąpiła bardzo późno. Miejsce, podobnie jak i data, tego wydarzenia zasługują na sławę większą od tej, którą się obecnie cieszą. Książę Brunszwiku wszedł na ziemię Francji dokładnie w owym małym trójkącie rozciągającym się na granicy Lotaryngii i Luksemburga, w wiosce zwanej Redagne: tam właśnie uprzywilejowani i możni Europy postawili pierwszy krok na drodze wiodącej do Paryża – i ku zniszczeniu ustroju demokratycznego. Osiągnięcie pierwszego celu zajęło im dwadzieścia dwa lata – drugi do dziś nie został osiągnięty, ale nie z braku starań.

Siły, które Francja mogła rzucić tamtego dnia przeciw wojskom koalicji, zostały zmiażdżone. Cztery dni później, jak już widzieliśmy, Fryderyk zajął przygraniczną twierdzę Longwy; przed upływem tygodnia dotarł pod Verdun.

Verdun nie miało najmniejszych szans – żadnego garnizonu i żadnej możliwości obrony. Wieści o jego nieuniknionym upadku dotarły do Paryża 2 września; wszyscy wiedzieli zaś, że w razie upadku Verdun droga do stolicy stanie otworem; od tego momentu, na skutek psychologicznego wpływu wojny na życie narodu, oblicze Rewolucji gwałtownie – i nieodwracalnie – się zmienia.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

 

1 Brutalne stłumienie manifestacji antyrojalistycznej przez GN; 17 lipca 1791 roku

 

2 Piotr Verganiaud (1753-93) – polityk francuski, żyrondysta, jak każdy żyrondysta mało zdecydowany i chwiejny; zwolennik twardego stanowiska wobec Kościoła. Zgilotynowany w czasie Wielkiego Terroru (czyli, jak już wiemy, nie „za Robespierre’a”, bo „Rewolucja nie znała okresu robespierre’owskiego”).

 

3 Maksymin Isnard (1755-1825) – polityk francuski, żyrondysta, człowiek żyrondystyczny; za rewolucji ostatecznie antymonarchista, w okresie napoleońskim apologeta katolicyzmu i piewca Cesarstwa, w okresie restauracji zdeklarowany rojalista; życie miał stosunkowo miłe i spokojne, za wyjątkiem krótkiego czasu, gdy ukrywał się przed jakobinami.

 

4 Jakub Paweł Brissot (1754-93) – francuski prawnik, filozof i polityk, antyklerykał. Bardzo ważdny dla rozpętania wojny z Austrią. Zgilotynowany w czasie Wielkiego Terroru.

 

Jan Maria Roland (1734-93) – francuski polityk, rewolucjonista, minister spraw wewnętrznych (1792). Popełnił samobójstwo na wieść o zgilotynowaniu żony; jego małżonka, Joanna Maria (1754-93), republikanka, podobno wywierała na męża znaczy wpływ polityczny. Razem tworzyli znaną we Francji parę.

 

6 Z francuskiego: fédérés, członkowie Gwardii Narodowej popierający parlament przeciw królowi.

 

* Czytelnik powinien zawsze pamiętać, że dokładna liczba stanowi tutaj przedmiot wciąż żywej debaty. Ostatnie opracowania mówią o nie więcej, niż czterech tysiącach. Po szczegółowym zbadaniu dostępnych dowodów z pełną odpowiedzialnością wszakże mogę stwierdzić, że garnizon pałacowy liczył właśnie sześć tysięcy mężczyzn.