Hilaire Belloc

Rewolucja Francuska (1911)

Rozdział IV – Fazy

V

Od początków inwazji (września 1792) do ustanowienia Komitetu Ocalenia Publicznego w kwietniu 1793

Piąta faza Rewolucji rozpoczyna się zatem właśnie w owych pierwszych dniach września 1792 roku, gdy Paryż niemal szalał z przerażenia wobec postępów wojsk koalicyjnych, i gdy rewolucyjna egzekutywa, wzniesiona na ruinach starej monarchii i na jej podobieństwo, zyskała pełnię władzy, i trwa aż do ustanowienia tzw. „Komitetu Ocalenia Publicznego” siedem miesięcy później. I owe siedem miesięcy opisać można jak następuje: –

W tym okresie, rząd francuski próbował rozpętać przeciwko innym państwom Europy, by tak rzec, wielką wojnę o demokrację. Projekt ten zakończył się całkowitym fiaskiem. Zamiast na dyscyplinę, umiejętność przewidywania i rzetelną wiedzę militarną, postawiono na entuzjazm społeczny. Całkowicie abstrakcyjny ideał żyrondy, projekt republiki doskonałej, którą tak bardzo pragnęli żyrondyści ustanowić, okazał się w kontekście militarnym tragicznie niewystarczający; konieczne było zatem przekazanie władzy w ręce żywiołów zdyscyplinowanych i militarystycznych, nawet mimo niekwestionowanych ciągot do tyranii, jakie bez wątpienia łączą się z tą stroną francuskiego geniuszu narodowego, by ta niebezpieczna przygoda w ogóle mogła zakończyć się dla Francji szczęśliwie.

Okres ten zaczyna się od wydarzeń, które pospolicie określa się mianem „masakr wrześniowych”. Kilka stron wcześniej napisałem, że wraz ze zdobyciem Tuileries oraz ustanowieniem nowej, rewolucyjnej egzekutywy z Dantonem na czele „współsprawców znanej już powszechnie zdrady dworu, jego sojuszu z obcymi państwami, aresztowano na setki”.

Więźniowie ci, stłoczeni w przepełnionych więzieniach miasta, zostali w liczbie jedenastu tysięcy zmasakrowani przez niewielką ale dobrze zorganizowaną grupę morderców – dokładnie w te dni, w których cały Paryż oczekiwał wieści o upadku Verdun – i w którym te straszne wieści istotnie do Paryża dotarły. Ta straszna zbrodnia wstrząsnęła sumieniem Europy i narodu francuskiego. Nigdy nie wolno wszakże mylić jej z prawnie uregulowaną i wojskową polityką terroru, z represjami stosowanymi wobec powstańców, ani ze wstrząsającą niekiedy brutalnością tłumu; bo choć istotnie, wniosek o natychmiastową egzekucję udało się przegłosować w niektórych parlamentach lokalnych, ostateczna decyzja stanowiła zimny, rozmyślny i dobrowolny akt garstki fanatyków. Wydarzenie to miało zatem charakter zupełnie odrębny, i charakter ów sprawił, że oczom ówczesnych Francuzów jawiło się ono tak, jak powinna jawić się i nam: jako zwykłe morderstwo.

Więźniowie byli nieuzbrojeni – istotnie, choć spiskujący, nie posunęli się nigdy do walki zbrojnej; mord na nich inspirowany był, w wypadku większości tych, którzy rozkazali go przeprowadzić, zwykłą i osobistą nienawiścią. A uczynił to mały i nieoficjalny komitet, działający zupełnie spontanicznie, którego głową był Marat*.

To właśnie te masakry stanowiły zasadnicze tło psychologiczne dla obrad trzeciego rewolucyjnego parlamentu, który przeszedł do historii pod nazwą Konwentu Narodowego albo po prostu Konwentu.

Parlament ów odgrywać miał rolę – z początku rzeczywistego, a potem ledwie nominalnego – ośrodka władzy we Francji w ciągu długich trzech lat, które właśnie się zaczynały; lata owe, choć straszne i dramatyczne, okazały się ostatecznie czasem militarnego ocalenia republiki, a zatem to dzięki nim właśnie demokratyczny eksperyment współczesnej Europy mógł i może nadal trwać.

Konwent zebrał się pierwszy raz 20 września, w pałacu Tuileries. Podczas długich i żmudnych godzin obrad, wybierania prezydium, rozdzielania ról, armia francuska – ku własnemu zadziwieniu – w wielkiej kanonadzie pod Valmy zdołała zatrzymać postęp wojsk koalicji.

Rankiem dnia następnego posłowie zebrali się w budynku starej ujeżdżalni koni (słynnym Manège), w którym obradowali także przez dwie poprzednie kadencje. Tuż przed końcem obrad, jeden z nich zgłosił wniosek o zniesienie ustroju monarchicznego; parlamentarzyści jednogłośnie zagłosowali „za” i rozeszli się do domów.

Trzeciego dnia, 22 września, wydano dekret, że wszystkie dokumenty publiczne powinno datować się jako wydane „w pierwszym roku republiki”; a jednak, nastroje nie były szczególnie wysokie; idea „państwa bez króla” stanowiła pomysł nowy i niewypróbowany w praktyce; żadna inna forma rządu poza monarchią zwyczajnie nie mogła wywołać społecznego entuzjazmu. Dopiero po długim czasie, gdy imię „Republika” zaczęto kojarzyć powszechnie jako synonim wolności politycznej, gdy stało się ono jakby „sztandarem” zwycięskich wysiłków obronnych narodu, zyskało ono w większej części Europy, a przede wszystkim we Francji, ów przemożny i religijny niemal powab, który ma do dziś.

Cios zadany siłom najeźdźców pod Valmy (powtórzmy: ku zdumieniu zarówno wojskowych, jak i polityków!) okazał się mieć dla kampanii znaczenie decydujące. Choroby i trudności w komunikacji uniemożliwiły Niemcom dalszy marsz. Zaczęli przeto negocjować odwrót – i za kilka tygodni, nieniepokojeni przez nikogo, ponownie przekroczyli granicę Lotaryngii.

Tymczasem, w Paryżu rozgorzał spór między władzami miejskimi a krajowymi, który – ze względu na to, że Paryż był w swym działaniu znacznie bardziej zdeterminowany, rewolucyjny i (przede wszystkim) znacznie bardziej bojowy od parlamentu – musiał zakończyć się zwycięstwem stolicy. Żyronda wciąż forsowała w Zgromadzeniu projekt republiki idealnej; republiki gwarantującej maksimum indywidualnej wolności wszystkim obywatelom, i maksimum autonomii wszystkim miastom i parafiom kraju; z drugiej strony wszakże, coraz bardziej zyskiwał na znaczeniu ideał wprost przeciwny – i znacznie bardziej francuski – ideał radykałów rewolucyjnych, których określiliśmy wcześniej mianem „górali”, mających poparcie samorządu Paryża (tak zwanej „komuny”) i niezwykle dobrze czujących ducha narodu. Był to prastary, rdzennie francuski i wojskowy ideał silnej władzy centralnej, mogącej skutecznie pokierować Galią w owej walce na śmierć i życie, w której Rewolucja zwarła się właśnie z mocarstwami „starej” Europy: dlatego też „górale” ostatecznie dopięli swego.

Całą jesień wynik zmagań wojennych pozostawał niepewny, ponieważ choć armie republiki odniosły – pod wodzą Dumourieza – wielkie zwycięstwo pod Jemappes i zalały terytorium Królestwa Belgii, na południu zaś przekroczyły Ren, kampania będąca właściwie wielkim porywem entuzjazmu społecznego, prowadzona do tego z wykorzystaniem oddziałów tak różnorodnych, i czasami tak niezdyscyplinowanych, prędzej czy później musiała – i sam Dumouriez wiedział o tym aż za dobrze – skończyć się katastrofą. Ale do początku nowego roku opinia publiczna nie wiedziała o tym zgoła nic a nic, i większości Francuzów wydawało się, że wojna rewolucyjna definitywnie zmieniła się z kampanii obronnej w krucjatę przeciw arystokratycznym rządom Europy. Naród szalał z uniesienia. Agresywne posunięcia dyplomatyczne, jak choćby wydanie słynnej „deklaracji braterstwa” ze wszystkimi ludami pragnącymi zrzucić jarzmo tyranii, czy też otwarcie szlaków wodnych na rzece Scheldt1 (co było jawnym złamaniem umów międzynarodowych, między innymi z Anglią) to rzeczy symptomatyczne, wydatnie świadczące o osobliwej energii momentu; prawdziwa kulminacja miała jednak dopiero nadejść – i tak niedługo później, Zgromadzenie Narodowe oficjalnie postawiło króla w stan oskarżenia. Rozpoczął się dziwny proces-nie-proces.

4 stycznia roku 1793 (król spisał swój testament już w Boże Narodzenie) skrzydło żyrondy wniosło o poddanie wyroku pod osąd społeczeństwa, i ta sprawiedliwa inicjatywa przepadła wyłącznie ze względu na strach przed wojną domową. 15 stycznia, posłowie rozstrzygnęli: „czy król winny jest spisku przeciw wolności publicznej i ogólnemu bezpieczeństwu państwa”. Wielu nie stawiło się na głosowanie, i wielu wstrzymało się od głosu; nikt wszakże nie zagłosował przeciw; technicznie biorąc zatem, Ludwika skazano jednogłośnie.

Owo kluczowe głosowanie miało, jak to się mówi w języku francuskim, charakter „nominalny”; to znaczy: każdy poseł wywoływany był do głosu po imieniu i mógł, jeśli chciał, wygłosił krótkie uzasadnienie swojej decyzji. Druga próba odwołania się do ludu została odrzucona 424 głosami do 283. W głosowaniu nad kwestią kary, które nastąpiło później, wzięło udział ledwie 721 posłów. Mieli oni do wyboru trzy opcje: za karą śmierci, przeciw karze śmierci, oraz za tak zwaną „warunkową” karą śmierci, czyli – wprost mówiąc – również przeciw niej. Większością 53 głosów (czyli naprawdę minimalną) przegłosowano ostatecznie opcję pierwszą, większością 70 odrzucono wniosek o odroczenie wykonania kary, i tak też 21 stycznia 1793, około godziny dziesiątej rano, Ludwik został ścięty na gilotynie.

Zaczęły się wojny z Anglią, Holandią i Hiszpanią; i niemal w tym samym momencie nastąpiło to, co nastąpić musiało – gwałtowny zwrot w przebiegu działań wojennych. Bo francuska ofensywa za linię Renu, na Niderlandy i na Palatynat, choć efektowna, pozbawiona była solidnych fundamentów strategicznych i logistycznych. Już miesiąc po śmierci króla Dumouriez zarządził odwrót, i 18 marca poniósł ostateczną klęskę pod Neerwinden2. To właśnie te wydarzenia, a szczególnie ta konkretna katastrofa, przesądziły o politycznym fiasku żyrondy oraz jej projektu republiki idealnej, państwa opartego na pełnej wolności jednostki i autonomii regionów. Jeszcze przed klęską pod Neerwinden Danton, już nie minister, ale wciąż najważniejszy mówca w parlamencie, wniósł o ustanowienie specjalnego sądu dla zdrajców – sądu nazwanego potem „trybunałem rewolucyjnym”. Wieści o porażce przygotowały tylko grunt pod dalszą radykalizację działań, i kryzysową reorganizację struktur rządowych; a gdy Dumouriez, przekonany o nieuchronnej klęsce armii republikańskich, sprzymierzył się z najeźdźcą i opowiedział za przywróceniem starego porządku, specjalna komisja parlamentarna powołana do kontroli ministrów dostała do reki niespodziewanie silne karty. Żołnierze odwrócili się od swego dowódcy; zdrada stała się faktem; rankiem następnego dnia Konwent powołał do istnienia pierwszy Komitet Ocalenia Publicznego, mający stanowić od tego momentu – wespół ze swym drugim wcieleniem – despotyczne i wojskowe centrum rządów rewolucyjnych. Zagwarantowano mu tajność obrad, praktyczną (choć nie teoretyczną) kontrolę nad wszystkimi ministerstwami, ogromne pieniądze na wyłączony (i niejawny) użytek, słowem: wszystkie narzędzia niezbędne rządowi wojskowemu do skutecznego działania. Nastał czas russowskiego dyktatora – ten wielki umysł, którego Umowa społeczna stała się ewangelią Rewolucji, przewidział bowiem również po jakie środki będzie musiała sięgnąć demokracja w dniu swej najcięższej próby; jego teoria znalazła pełne potwierdzenie faktyczne. Pierwszy Komitet składał się z dziewięciu członków, z Barère’em, którego nazwać można „sekretarzem” Komitetu, Dantonem, jego geniuszem, i Cambonem3, jego skarbnikiem, na czele.

Z ustanowieniem tego prawdziwie francuskiego urzędu, nowego co do formy, lecz co do istoty swej związanego organicznie z militarną i narodową tradycją Galii, wszystko zaczęło się zmieniać; Rewolucja została ocalona. Trzeba nam teraz tylko przyjrzeć się dokładnie, w jaki sposób Komitet prowadził Francję przez wielki kryzys zmagań wojennych. Rządy jego trwały przez niemal szesnaście miesięcy, od początku kwietnia 1793 do 28 lipca 1794 – i z przyczyn praktycznych dobrze podzielić tę fazę na dwa odrębne okresy.

 

Tłm. Maciej Wąs

 

* Legenda o rzekomej odpowiedzialności Dantona za masakry oparta jest na niedostatecznej podstawie dowodowej. Zwolennicy tej teorii zazwyczaj uciekają się do wątpliwych relacji z drugiej czy wręcz trzeciej ręki, ale dowód naczelny rzekomo stanowić ma tutaj słynny dokument podpisany przez ministra sprawiedliwości, który – jak dowiódł tego wystarczająco dobrze doktor Robinet [Jan Franciszek Eugeniusz {1825-99} – francuski psychiatra i historyk, badacz Rewolucji – wyj. tłm.] – spisany został przez jednego z jego podwładnych, i Danton nic o tym nie wiedział. Co do głupszych jeszcze opowiastek, jakoby w mordzie brali udział słynni „federalni” z Marsylii, badacz Rewolucji nie powinien zupełnie zawracać sobie nimi głowy; zostały one do szczętu i w oparciu o niezbity materiał historyczny dosłownie zrównane z ziemią w znakomitej monografii Pollio i Marcela [Józef B. Pollio {1852-1930} – francuski biograf, dziennikarz, historyk; informacji o drugim z autorów nie udało mi się niestety odnaleźć; książka, o której mowa, ukazała się w 1881 roku – wyj. tłm.].

 

1 W Antwerpii.

 

2 Wieś we Flamandii. Starcie miało miejsce 18 marca 1793 i zakończyło się sromotną klęską Francuzów.

 

3 Piotr Józef Cambon (1756-1820) – francuski polityk, finansista, jeden z autorów wielkiej restrukturyzacji francuskiego długu publicznego. Zaciekły antyklerykał, wielki przeciwnik Robespierre’a (wbrew temu, co się – z niewiadomych względów – utrzymuje, Wielki Jakobin nie był wcale wrogiem Kościoła – i to chyba przede wszystkim drażniło wielu jego przeciwników, Cambona na pewno).