Hilaire Belloc,

Rewolucja Francuska (1911)

Rozdział III – Postaci (c.d.)

KRÓLOWA

Charakter Marii Antoniny z historycznego punktu widzenia najlepiej rozważać całościowo. Rozważania takie to wszakże sprawa jej biografów; z punktu widzenia jej związków z Rewolucją liczy się natomiast właściwie ledwie jeden jego aspekt, to znaczy: sposób, w jaki osoba o takim usposobieniu musiała postrzegać naród francuski, pośród którego przyszło jej żyć.

Działania królowej są trudne do zrozumienia – i zrozumiemy je wyłącznie wtedy, jeśli zdamy sobie sprawę jak wielka przepaść oddzielała ją od ogółu Francuzów; jak dalece nie była ona w stanie wyczuć ich narodowego usposobienia, ani wkomponować się w całokształt ich życia społecznego. Gdyby była kobietą niezdecydowaną i mało energiczną, obcość jej stanowiłaby ledwie niegroźną drobnostkę, ignorancja zaś, jaką przejawiała w stosunku do wszelkich form aktywności narodu francuskiego – czy też raczej jej kompletną niezdolność do zrozumienia tego narodu – ledwie prywatną bolączkę, być może mającą pewne konsekwencje tu i teraz, ale bez żadnego zasadniczego wpływu na zasadniczy kierunek rozwoju rewolucyjnych wypadków.

Niestety, jej osobista energia była nie tylko ogromna, ale i w pewnym sensie niepowstrzymana; w miarę upływu lat stawała się ona coraz większa, jej działania coraz bardziej zdecydowane, motywacja zaś, która nadawała tej energii jej specyficzny kierunek, zawsze zachowywała niezwykłą stałość, niezmąconą choćby śladem wątpliwości. Dobrze znała samą siebie, i zawsze starała się – nieraz z pewnym sukcesem – przeforsować swoje zapatrywania. W pierwszych latach Rewolucji żaden człowiek blisko egzekutywy nie mógł się równać z nią w kwestii jasności perspektywy czy stałości w dążeniu do celu.

To właśnie ze względu na tę energię oraz determinację jej kompletny brak zrozumienia materiału, z którym przyszło jej pracować, okazał się tak katastrofalny.

To ona właśnie, jeszcze przed wybuchem Rewolucji, wybierała osobiście tych wszystkich ministrów – czy to liberalnych czy reakcyjnych – których głupia polityka doprowadziła w konsekwencji do eskalacji przemocy. To ona powołała, odwołała, a potem znów powołała na urząd ministra finansów zamożnego i znacznie przecenianego Neckera1; to ona zastąpiła go Calonne’em2, największym patriotą spośród prekursorów Rewolucji, by potem zresztą bezmyślnie go zdymisjonować i zyskać sobie zapiekłego wroga na całe życie; to ona przede wszystkim odpowiedzialna była za konfrontacyjne nastawienie, przejawiane przez dwór w stosunku do pierwszego parlamentu rewolucyjnej Francji; to ona była głównym pomysłodawcą (i jednym z głównych autorów) planu ucieczki rodziny królewskiej zagranicę; to ona, po tym, jak plan ów spalił na panewce, zdecydowała się zdyscyplinować Francuzów przy pomocy obcych wojsk; to ona, gdy konflikt stał się nieunikniony, zdradziła plany wojenne Francji obcym urzędnikom; i na koniec, to ona właśnie była spiritus movens deklaracji brunszwickiej3, wydanej tuż przed inwazją na Francję, a przede wszystkim groźby całkowitego zniszczenia Paryża, zobowiązującej wszystkie władze publiczne do przywrócenia – pod groźbą śmierci – przedrewolucyjnego status quo.

W miarę postępu badań, kapitalne znaczenie nieprzerwanej i twardej aktywności tej kobiety będzie się stawać dla historyków coraz bardziej i bardziej jasne.

Koncepcja ludzkości wyznawana przez Marię Antoninę była zasadniczo dokładnie zbieżna z tą, która dominowała ówcześnie w kręgach podobnych do owego ciepłego i rodzinnego towarzystwa, w którym spędziła szczęśliwe lata dzieciństwa. Romantyczne afekty kilku równych jej statusem, bezwzględna lojalność sług, mętny sentyment dziejowy jaki budzi się w sercach ubogich na widok złoconych ekwipaży i spektaklu bogactwa oraz radosne okrzyki tłumów, nieodłącznie towarzyszące pojawieniu się tych symboli monarchii na biedniejszych ulicach miast – wszystko to stanowiło w oczach Marii Antoniny wyraz podstawowych emocji politycznych rodzaju ludzkiego. Gdy zaczynało ich brakować, przyjmowała to z niekłamanym zdumieniem, wszelki sprzeciw wobec nich wydawał się jej zaś złem w czystej postaci.

W iluzji tej niebagatelną rolę grała oczywiście mentalność specyficznej grupy społecznej, nazywanej przez Anglików klasą średnią, Francuzów zaś – burżuazją. Nie zdawać sobie kompletnie sprawy z tego, co służba wygaduje o swoich panach za ich plecami; nie rozumieć, że heroizm i niezłomność to cechy nielicznych; nie myśleć nigdy o rozgoryczeniu mas, ani o twórczym pędzie do autoekspresji, stanowiącym dźwignię działań politycznych; nie wiedzieć, że ludzie ogólnie (Francuzi zaś w szczególności) nie dają się zwodzić zewnętrznym błyskotkom bogactwa, ani nie uznają ubóstwa za przyczynę niższości; widzieć społeczeństwo jako hierarchię nie urzędów, a luksusów: wszystko to może się wydać demokracie czymś nader nienaturalnym i brzydkim. W wypadku Marii Antoniny, nie było to nic brzydkiego, ani tym bardziej nienaturalnego: była to po prostu jedyna koncepcja życia społecznego, jaką mogła sobie wyrobić, efekt jej jedynych osobistych doświadczeń. Spoglądając na lud, na masę swoich poddanych, nie potrafiła pozbyć się przeświadczenia, że różni się od niego moralnie. Różnice między zewnętrznymi nawykami życiowymi bogatych, średnich i ubogich – różnice stanowiące w ostatecznym rozrachunku ledwie skutek różnic szans życiowych i możliwości wypoczynku, jakie zapewnia bogactwo – uważała za rzeczywistość fundamentalną. Podobnie jak dzieciom i pewnym zwierzętom domowym zdarza się czasem uważać tego typu przypadłości ekonomiczne za coś realnego i przyczynę realnych różnic między ludźmi, tak też i jej; – niestety wszakże, karmiła się tą iluzją w kraju, w którym miała ona znacznie słabszą siłę oddziaływania, niż w jakimkolwiek innym regionie Europy, o dzień drogi od jego stolicy.

O tych cechach charakterystycznych narodu francuskiego nie wiedziała ona zgoła nic, czy też – by ująć to bardziej konkretnie – nie potrafiła uwierzyć, by w ogóle istniały.

Skrajne okrucieństwo, którego lud ów był w stanie się dopuścić, było dla niej czymś absolutnie nie do pojęcia, podobnie zresztą jak wyżyny odwagi, na które potrafił wznieść się pod wpływem tych samych podniet, przez które wstrząsały nim paroksyzmy nienawiści. Ale tą cechą Francuzów, której najbardziej nie potrafiła ani zrozumieć, ani przewidzieć, była ich zdolność do wspólnego działania.

Że tak wielka mnogość ludzi może zdyscyplinować się i zorganizować dla osiągnięcia wspólnego celu, błyskawicznie wyłonić spośród siebie i nominować oficerów, którzy mieliby ją do tego celu poprowadzić, i – generalnie – w jednym momencie przemienić się z tłumu w zalążek prawdziwej armii – to rzecz niezwykła, ale i niezwykle bliska francuskiemu duchowi narodowemu, w którą wszakże nie potrafiła ona (podobnie jak wielu naszych współczesnych, szczególnie tych, którzy mają krew niemiecką) za nic w świecie uwierzyć. Ta szczególna cecha francuskiego charakteru, gdy zaczęła wyrażać się w działaniu, czyli w fizycznym wymiarze rewolucyjnej walki, do samego końca wydawała się jej niczym innym, jak tylko koszmarnym snem; czymś, co według wszelkich praw rzeczywistości nie powinno istnieć, ale z jakiegoś powodu, mocą jakiegoś szatańskiego cudotwórstwa, jednak istnieje. To przede wszystkim właśnie ze względu na niezrozumienie tej podstawowej kwestii zdecydowała się ona polegać przede wszystkim na wojsku regularnym, i to jeszcze na zdecydowanie zbyt małej jego liczbie. Święcie wierzyła, że garstka wyszkolonych żołnierzy wystarczy do okiełznania nawet największych tłumów cywili; mundur wojskowy przemawiał do niej bardzo mocno, grupy cywilne zaś, nieważne jak bardzo liczne, zawsze wydawały się jej ledwie chaotyczną i zdezorganizowaną masą pospólstwa. Z jej perspektywy, jedynym czynnikiem, który trzeba było zwalczyć (lub któremu trzeba było się oprzeć) w zmaganiach z tłumem były opinie, obawy czy osobista chciwość jednostki. Nie była zresztą w tym błędzie odosobniona; notorycznie popełniają go na przykład zagraniczni, a nawet niektórzy krajowi, komentatorzy, próbujący opisać i zrozumieć jakikolwiek większy ruch polityczny narodu galijskiego. Oduczenie się tego sposobu myślenia to pierwsza rzecz, jaką powinien zrobić każdy, kto chciałby rządzić Francuzami – lub choćby z nimi walczyć.

W kwestiach religijnych (jak Czytelnik niewątpliwie już zauważył odgrywających w tej opowieści rolę kluczową), królowa okazywała znacznie większy indyferentyzm, niż jej małżonek, choć nigdy nie porzuciła pewnego minimum osobistej praktyki. Autentyczna pobożność zaczęła przejawiać się dostrzegalnie w jej życiu codziennym dopiero gdy spadły na nią ciężkie osobiste nieszczęścia, choć fakt faktem, że w miesiącach bezpośrednio poprzedzających reformy, jak gdyby przewidując w pewien sposób nadchodzącą katastrofę, zaczęła traktować religię znacznie bardziej poważnie.

Pozostaje jeszcze tylko opisać wpływ jaki wywierała osoby pozostające w jej bezpośrednim otoczeniu. Większość francuskiej arystokracji czuła do niej wstręt. Ten sam nieszczęśliwy zbieg okoliczności, który pozbawił ją możliwości zrozumienia francuskiego ducha narodowego wziętego en bloc, odciął ją zupełnie od tego spośród owego ducha szczegółowych wyrazów jaki skrystalizował się właśnie w tradycji arystokratycznej. Wrodzona dla tej tradycji surowość, precyzja i błyskotliwość myśli, a także niesamowita twardość moralna zawsze pozostały dla królowej czymś zupełnie obcym, i – prawdę mówiąc – wszystkich tych czterech cech nienawidziła ona z całego serca.

W związku z tym zawsze sprawiała ona na wielkich rodach dworu, szczególnie na ich części żeńskiej, wrażenie pospolitego prostaka. Gdyby przeżyła Rewolucję, gdyby jej osobiste nieszczęścia nie okazały się tak ogromne i tragiczne w skutkach, jej legenda ukształtowałaby się przede wszystkim pod wpływem pamięci o cechach takich jak bezceremonialność i niedbalstwo, brak godności i nieeleganckie folgowanie sobie, które to cechy byłyby dla każdego Francuza o takiej pozycji społecznej równie rażące, jak rażąca jest hałaśliwość, zły akcent oraz nie dość dobra znajomość etykiety we współczesnym światku arystokratów angielskich.

Z drugiej strony, niezwykle łatwo dawała się zwodzić słodkim słówkom łasych na stołki pochlebców, i wielka władza, jaką dysponowała tuż przed wybuchem Rewolucji, uczyniła z niej – by tak rzec – swego rodzaju pośmiewisko dla polityków.

Szukali jej towarzystwa, potrzebowali jej protekcji, ale, jednocześnie, w sekrecie bez ustanku urządzali sobie z niej drwiny. Jej kareta, zaprojektowana tak, by budzić podziw, i istotnie sprawiająca ten efekt w wypadku większości cudzoziemców, większości Francuzów (oczywiście tej pozycji społecznej, która pozwalała tutaj na pewną familiarność) wydawała się poniekąd teatralnym rekwizytem, a czasem wprost absurdalną zabawką. Nieustępliwość, jaką wykazywała się w pewnych dziedzinach życia, szczególnie w kwestii nieprzejednanej wrogości do niektórych ludzi (na przykład La Fayette’a), przybierała formy tak otwarte i gwałtowne, że im wydawała się przejawem zwykłej brutalności i niedomagań intelektualnych; co więcej, subtelny świat Wersalu bez trudu dostrzegał, że luksusy, którymi się otaczała, z rzadka tylko dobierała według własnej inwencji, najczęściej zwyczajnie imitując innych ludzi.

W sprawie jej zamiłowania do zbytków, należy dodać, że zostało ono w znacznym stopniu wyolbrzymione przez jej współczesnych, a tym bardziej przez potomnych. Nie była także kobietą frywolną, ani broń Boże rozpustną. Nie potrafiła trzymać języka za zębami, i to naprawdę tragicznie, ale z całą pewnością nie żyła niemoralnie.

Miała pewne zamiłowanie do hazardu, ale w kontekście ówczesnych obyczajów, a także przekonania o niewyczerpanej rzekomo fortunie korony, trudno oskarżać ją o jakieś szczególne nieumiarkowanie; jej wydatki na biżuterię oraz ubiór w porównaniu do przeciętnej przedstawicielki co bogatszych rodów wydawałyby się naprawdę nader skromne. Z drugiej strony, jej kaprysom nie było końca, i zmieniały się one w błyskawicznym tempie, szczególnie na wcześniejszym etapie jej życia.

Otaczający ją świat dworu, którego nie rozumiała, i który nie rozumiał jej, bez ustanku szukał jakiejś możliwości, by w nią uderzyć, a oskarżenie o rozpustę stanowiło dla niego po prostu łatwą i sprawdzoną metodę załatwiania takich spraw; nie było ono wszakże ani trochę sprawiedliwe.

Gdyby zrządzenia losu uczyniły ją żoną ubogiego człowieka z niższych warstw społecznych, Maria Antonina stałaby się naprawdę dobrą panią domu: jej energia znalazłaby odpowiednie dla siebie ujście, a i ona sama nie miała ze swojej natury żadnych skłonności do ekscentryzmu.

Spotkała w życiu kilka przyjaciół, których darzyła uczuciem gorącym i poniekąd przesadnie sentymentalnym, w kilku wypadkach odwzajemnionym, ale w kilku cynicznie wykorzystanym. Jej dwie najsłynniejsze przyjaciółki to księżniczka de Lamballe4 i madame de Polignac5. Nie raz przyjaźnie owe popychały ją do nieroztropnych aktów protekcji, natychmiast wychwytywanych przez opinię publiczną i wykorzystywanych przeciwko niej. Należały one na pewno do zbioru nielicznych słabości jej osobistego charakteru. Były lekkomyślne i lekkomyślności sprzyjały.

Angażowała się także w kilka drobnych i nic nie znaczących flirtów, które można by wręcz nazwać rutyną jej klasy społecznej; płomiennym i prawdziwym uczuciem do płci przeciwnej, w pełni zresztą odwzajemnionym, zapałała tylko raz w życiu. Jej wybrankiem był szwedzki arystokrata, jej rówieśnik, osobowościowo całkowite przeciwieństwo przeciętnego szlachcica Francji, romantyczny i rycerski, niepraktyczny do granic możliwości, delikatny i głęboko nieśmiały; nazywał się hrabia Axel de Fersen6. Relacja ich pozostała czysta, niemniej Antonina kochała tego człowieka całym swoim sercem, i w ostatnich miesiącach jej osobistej tragedii, uczucie to musiało stanowić naczelną troskę jej duszy. Widywali się bardzo rzadko, czasem nie mając kontaktu przez całe lata; i to być może tutaj właśnie tkwiło źródło uroku i stałości tego przedziwnego romansu.

Tłm. Maciej Wąs

Jakub Necker (1732-1804) – szwajcarski bankier i francuski minister finansów w latach 1777-81 i 1788, bazujący głównie na sprawnym zaciąganiu pożyczek; autor „Sprawozdania finansowego”, sporządzonego dla króla, które miało skutek dwojaki; po pierwsze rozbudziło w społeczeństwie francuskim zainteresowanie finansami dworu, po drugie – wściekłość (było kompletnie zafałszowane).

 

2 Karol Aleksander Calonne (1734-1802) – minister finansów Francji, w latach 1786-87 próbujący przeprowadzić reformę podatkową i ogólnie gospodarczą, zakładającą m.in. opodatkowanie arystokracji i kleru, a także zmiany w podatkach pośrednich. Projekt został odrzucony, a Calonne zdymisjonowany, przez co ostatnia szansa na uratowanie budżetu prysła (powierzono to zadanie Neckerowi, ale on naprawdę nie miał, zgodnie z sądem pana B., przesadnych sukcesów).

 

Deklaracja wydana przez Karola Wilhelma Ferdynanda księcia Brunszwiku (1735-1806), naczelnego dowódcę sił sprzymierzonych (austriacko-pruskich, z dodatkiem księstw mniejszych, np. armii hanowerskiej), wzywająca naród francuski do odtworzenia ładu przedrewolucyjnego i grożąca konsekwencjami w razie jakichkolwiek działań przeciwko rodzinie królewskiej. Przyniosła, oczywiście, skutek odwrotny od zamierzonego.

 

4 Maria Teresa Luiza de Savoie-Carignan (1749-92) – francuska arystokratka, przyjaciółka Marii Antoniny, ochmistrzyni dworu, nominowana z klucza wyłącznie osobistego, bez kompetencji czy wskazań praktycznych. Zabita podczas masakr wrześniowych w 1792 roku.

 

5 Jolanta Martyna Gabriela de Polastron (1749-93) – francuska arystokratka, hrabina Polignac, intrygantka i niezwykle wpływowa postać Wersalu, w znacznej mierze zarządzająca Francją „z tylnego siedzenia” (w prawdziwym sensie tego słowa).

 

6 Axel de Fersen (1755-1810) – szwedzki arystokrata, wojskowy, współpracował z armią francuską, m.in. w Ameryce Północnej. Istotnie, ukochany Marii Antoniny. Różnie się mówi o ich relacji, jednak jak zwykle wolę wierzyć panu B.