Hilaire Belloc

Rewolucja Francuska (1911)

Rozdział III – Postaci (c.d.)

LA FAYETTE

Główny problem osobowości La Fayette’a stanowiła, z jednej strony, spora wyniosłość wobec jego współczesnych, z drugiej – stalowa pryncypialność. Zachodzi między tymi dwoma czynnikami niezaprzeczalny związek. Te same energie duszy, które zapewniały mu tak niewzruszoną wierność wyznawanym zasadom, rodziły w nim także pogardę do tego typu ludzi, którzy go na ogół otaczali. Politycznie, najbliżej było mu do skrajnego skrzydła republikanów, z samego faktu, że autentycznie wierzył w pewne idee i gotów był wcielać je w życie ze wszystkimi logicznymi konsekwencjami. Nie miał jednak żadnych szans zrozumieć tego ruchu w wymiarze materialnego konkretu, bo jego ogromny majątek, odziedziczony jeszcze w młodości, pozbawił go na zawsze potrzebnych doświadczeń. Jego największą skazę moralną bez wątpienia stanowiła ambicja. Ambicja, która – by tak rzec – działała w próżni, nigdy nie licząc się z możliwościami i zdolnościami innych ludzi. W sprawach kariery niczego nie planował, nie ze wstrętu do zdrady i intrygi, ale dlatego, że nie potrafił. Niezmiernie zależało mu na osobistej popularności i gdy przyszła, uznał ją za swoje święte prawo; niepopularność natomiast, zawsze traktował jako jasny dowód zepsucia swych wrogów. Zbyt jawnie czynił siebie miarą wszystkiego.

Bez wątpienia, jego charakter rozwinął się w ogromnej mierze pod wpływem tego, co przeżył w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Pobyt ów odbył La Fayette bowiem akurat w najmniej stabilnym i najbardziej formatywnym okresie ludzkiego życia, niemalże wciąż jeszcze chłopiec, albo bardzo, bardzo młody mężczyzna. Dopiero co się ożenił, i dopiero co stał się właścicielem swej wielkiej fortuny. W takim właśnie momencie wziął udział w pomyślnej rebelii kolonii angielskich, i można sobie bez trudu wyobrazić, jak przemożny musiał okazać się wpływ tej wielkiej młodzieńczej wizji na całe życie tego człowieka; jako iż w koloniach nie było proletariatu, La Fayette nigdy nie widział i nie zdołał zrozumieć wywłaszczonych klas Paryża – ani nawet francuskiego chłopstwa, pracującego na jego własnym majątku; ponieważ widział, jak ochotnicza i sklecona na szybko armia zdołała – w osobliwych warunkach nadbrzeża Atlantyku i dzięki wsparciu Francji, jej wojskom – i jej pieniądzom – pokonać małe i heterogeniczne siły Jerzego III, wierzył, że tak bitny naród jak Francuzi zdoła – otoczony wrogami – szybko zorganizować coś w rodzaju amatorskiej armii obywatelskiej; ponieważ wielu, a być może większość, spośród tych, z którymi służył w Ameryce, miało za swój ideał pewien rodzaju „luzu” w relacjach społecznych, mylił tę prostą i przyziemną koncepcję ze wściekłą, ideową eksplozją i świętym pragnieniem równości, palącym jego naród wtedy, gdy los zapewnił mu w końcu wymarzoną władzę.

Sprawiedliwie można powiedzieć o La Fayetcie, że nigdy, ani razu w życiu, nie zrobił tego, co trzeba. A także, że w kwestiach politycznych nie zrobił nigdy niczego, co potem przysporzyłoby mu wyrzutów sumienia. Wymowne, że królowa brzydziła się nim wprost nieprawdopodobnie. Był to młody szlachcic dworu, przyjaciel wszystkich jej przyjaciółek, i jego sympatia do ruchu rewolucyjnego wydawała jej się niczym innym, jak zwykłą zdradą. Bez wątpienia było także w jego ogólnym stylu bycia coś, co wydatnie ją odrzucało; że La Fayette umiał zadbać o swoją niezależność, nie można zaprzeczyć, ale że bywał przez to czasem także bezsensownie zarozumiały i odstręczający dla kobiet, historia wykazuje wystarczająco dobrze. Niemniej, żywa antypatia Marii Antoniny stanowiła raczej wyjątek, niż regułę, choć kilka co bardziej płomiennych dusz (Danton, na przykład) z jakiegoś powodu ją podzielało. Większość tych, którzy spotkali tego człowieka, czuła do niego pewną niechęć, może nawet pewną pogardę, albo też swego rodzaju wątły i pełen dystansu szacunek; nie budził żadnych skrajnych emocji, i kiedy tchórzliwie zdecydował się poprzeć bunt przeciwko nowemu rządowi, nie było nikogo, kto chciałby się za niego poświęcić albo pójść w jego ślady.

Na pewno można stwierdzić tyle, że gdyby La Fayette nigdy nie istniał, Rewolucja potoczyłaby się mniej więcej w taki sam sposób, w jaki się potoczyła, z tym jednym wyjątkiem: że w Paryżu nie powstałaby nigdy do tego stopnia mieszczańska siła zbrojna, mająca ostatecznie wywołać spory konflikt społeczny: Gwardia Narodowa z pewnością otwarłaby się szerzej na wszystkie klasy.

W kwestiach religijnych, był La Fayette pigułką nasenną, z chrztu – rzecz jasna – katolik, ale protestant z moralności i ogólnego zachowania, dogmatycznie zaś (do końca życia) wolnomyśliciel, jak wszyscy jego współcześni. Choć osobiście bardzo odważny, niczym pospolity głupiec pogardzał instytucją pojedynku. Jedna anegdota spośród bardzo wielu pomoże czytelnikowi wyrobić sobie odpowiedni obraz tego człowieka. Mirabeau, jak zwykle szukający pomocy w spłacaniu swych ogromnych długów, wysłał do niego – jako do również arystokraty, polityka, i obrońcy korony – pilną depeszę, prosząc o pożyczkę w wysokości £2000. La Fayette pożyczył mu tysiąc.

Tłm. Maciej Wąs