Hilaire Belloc

Rewolucja Francuska (1911)

Rozdział III – Postaci

LUDWIK XVI

Jak można by się spodziewać, historycy wyrządzili Ludwikowi XVI większą krzywdę, niż jakiejkolwiek innej postaci rewolucyjnego dramatu; stało się tak zaś dlatego, że w jego wypadku cechy osobiste w naturalny sposób przeplatają się z cechami pełnionego przezeń urzędu, tradycyjnie związanego z pewnym zespołem punktów widzenia i metod działania, który większość dziejopisarzy – rozważając charakter tego człowieka – przyjmuje za pewnik. Podobnie zatem jak nie da się myśleć o angielskim sędzi z pewną pozycją w systemie nie zakładając, że to osoba o określonym stopniu uczoności, osobistej powagi itp.; podobnie jak słysząc o słynnym żołnierzu nie da się nie przyjmować, że odznacza się on pewnymi charakterystycznymi cechami, nieodłącznie związanymi z żołnierką, tak też historycy niezmiernie często mylą osobowość i charakter Ludwika XVI z charakterem urzędu francuskiego monarchy; skutkiem czego albo z niechęci zbyt ostro atakują jego niegodne króla ułomności, albo przeciwnie: z sympatii wyolbrzymiają prawdziwie królewską godność i zdecydowanie jego oporu wobec reform.

Badacz Rewolucji dobrze uczyni, jeśli wystrzegać się będzie podobnego błędu i jego źródeł, i spojrzy na Ludwika XVI przede wszystkim jako na człowieka, który objął swój urząd niemalże przypadkowo, praktycznie bez żadnego przygotowania. Innymi słowy, badacz taki uczyni dobrze, wręcz bardzo dobrze, jeśli próbując rozczytać dzieje Rewolucji, postara się zrozumieć Ludwika XVI przede wszystkim jako osobę, i charakter jego – właśnie jako charakter osoby. Bo istotnie, monarcha ten, ostatni z długiej, nieprzerwanej linii Kapetyngów, miał usposobienie wybitnie wprost indywidualne. Był to typ człowieka, który nawet wobec skrajnych przeciwności fortuny nie zmieniłby się ani na jotę. I faktycznie, żaden z wielkich tego świata nie zmienił się mniej pod wpływem powagi i odpowiedzialności pełnionego urzędu, niż on.

Podobna nieczułość na wpływy otoczenia może wynikać z jednej z dwóch przyczyn: albo z wytężonej i żywotnej inicjatywy osobistej, mogącej graniczyć z szaleństwem, albo ze szczególnych uwarunkowań konstytucji moralnej, jak gdyby czegoś ciężkiego i twardego, co chroni charakter wewnętrzny osoby przed ingerencją zewnętrzną. W wypadku Ludwika, chodziło o przyczynę drugą.

Myślał wolno, decyzje podejmował jeszcze wolniej. Poruszał się wolno. Szczególnie ruch jego oczu – był bardzo, bardzo wolny. Potrafił zasnąć ze zmęczenia w najbardziej nieodpowiednich momentach. Śmieszyły go tylko rzeczy najgrubsze, i najbardziej powierzchowne. Zwykłe prostactwo, czasem z lekkim odcieniem ekscentryzmu, i bardzo płaskie, choć zaskakujące, dowcipy. Można by opisać go, z pewnego punktu widzenia przynajmniej, tak, że był to człowiek, którego nigdy do niczego nie dało się przekonać. W tych kilka poglądów, w które naprawdę wierzył, wierzył bardzo prosto, i tok rozumowania kogokolwiek, z kim rozmawiał, zawsze był dla niego za szybki. Nie należy jednak bynajmniej mniemać, że ta swoista „powłoka moralna” skrywała tępą pustkę. Przeciwnie – skrywała ona osobowość mocną i wyrazistą. Bo Ludwik rzeczywiście w coś wierzył – i choć była to wiara bardzo ograniczona, to jednak bardzo osobista, której nie dało się jej w żaden sposób osłabić. Wierzył, na przykład, w istnienie i wartość tradycji społecznej organizmu, którym przyszło mu kierować: narodu francuskiego. Był, inaczej mówiąc, człowiekiem narodowym. Tym właśnie różnił się od wielu snobów, wielu dworaków, wielu duchownych, i wielu kobiet ze swojego otoczenia – szczególnie swojej żony.

Kolejno, wierzył gorąco we wszystkie artykuły doktryny katolickiej.

W tamtej epoce, stanowiło to – istotnie – prawdziwą osobliwość w wypadku kogoś takiego jak on: dochować wierności religii, niemniej Ludwik naprawdę był jej wierny. Spowiadał się, komunikował, słuchał mszy, wypełniał wszystkie obowiązki religijne – i nie tylko jako reprezentant pewnej tradycji, racji politycznej, czy funkcji państwowej (czyli tak, jak pojmowała to znaczna większość jego współczesnych), ale jako jednostka, dla której wszystkie te rzeczy przedstawiały wartość głęboko osobistą. Gdyby obudził się pewnego pięknego dnia jako zwykły ziemianin, i przekonał się, że całe jego panowanie to był ledwie długi sen, nie zmieniłoby to w sprawie jego praktyki religijnej zupełnie nic.

Jest to rzecz sama w sobie wystarczająco nadzwyczajna, ponieważ ziemianin, szlachcic, prawnik, czy profesor uniwersytecki pokolenia bezpośrednio przed Rewolucją, nie mieli – z reguły – żadnego pojęcia o Kościele Katolickim. W ich wypadku, wiara była martwa, może z wyjątkiem tych nielicznych, którzy – jeśli można tak powiedzieć bez lekceważenia – zamienili ją w coś w rodzaju manii, i których przesadność sama w sobie stanowi dowód zepsucia, jakie toczyłow tamtym czasie Kościół Gallikański.

Ludwik XVI, zatem, naprawdę był religijny: okazywało się to w wielu jego działaniach, w wahaniu, jakiego doświadczał mając mianować wielu spośród niezwykle licznych biskupów-ateistów swojego wieku, w prawdziwym konaniu, które przeszedł – z autentycznego poczucia odpowiedzialności – w związku z konstytucją cywilną kleru, w niczym bardziej zaś, niż w owej osobliwej trzeźwości umysłu i drobiazgowości rytuału, z jaką przygotowywał się na swoją tragiczną, nagłą i haniebną śmierć.

Następnie, należy zauważyć, ze choć nie osiągnął jeszcze wieku średniego, i choć zapał i gorliwość nie były jego mocną stroną, pracował nad sobą i osiągnął niemałą odwagę. Był biegłym i zdecydowanym jeźdźcem: umiejętność ta zaś, zawsze pozostanie obca pospolitym tchórzom. Kolejno, wyraźnie posiadał te wszystkie cechy, które nieodłącznie towarzyszą osobistej odwadze; na przykład, potrafił stawić czoła nawet naprawdę licznym grupom adwersarzy, i bardzo dobrze radził sobie ze sztuką mechaniczną – co dla mężczyzny bynajmniej nie jest bez znaczenia.

Skoro zaś mowa o jego męskości, niezwykle istotne jest dla badacza pamiętać – choć możemy poruszyć tutaj ten wątek ledwie bardzo pobieżnie – że Ludwik cierpiał na wstydliwą przypadłość fizyczną, która poważnie (i bardzo negatywnie) odbiła się na pierwszych latach jego małżeństwa, bez wątpienia zraniła jego poczucie własnej wartości, i stanowiła w jego wypadku być może jedyny poważny czynnik życiowego niepokoju. Ostatecznie, lekarze zdołali go z niej wyleczyć – w lecie roku 1777 – niemniej szczęście to przyszło na niego gdy był już od trzech lat królem, i od siedmiu lat mężem. Tragedia ta wywarła wpływ na całe jego życie, i – powtarzam – rozważając jego relacje intymne z Marią Antoniną, czy też rolę, jaką para ta odegrała w tym wielkim dramacie, należy zawsze mieć to na uwadze.

Co do reszty, Ludwik istotnie wykazywał pewne braki charakteru (przy czym „brak” to tutaj znacznie lepsze słowo, niż „słabość”), które okazały się szczególnie szkodliwe w kwestii związanych z jego urzędem funkcji wojskowych, oraz w czasie kryzysu militarnego, któremu musiał sprostać.

Tylko bardzo niewielu obdarzonych zostało ową bystrością oka, lotnością myśli, zdolnością szybkiego podejmowania decyzji czy zrozumieniem ludzkich różnic i odcieni ludzkiej osobowości, które są niezbędne dla każdego biegłego dowódcy sił wojskowych, czy małych czy wielkich. Większość ludzi ma te wszystkie cechy w stopniu co najwyżej średnim. Ludwik wszakże, nie miał ich prawie wcale. Nie potrafił rozczytać najbardziej oczywistych układów strategicznych, ani ocenić należycie wartości militarnej jakiejkolwiek grupy. Był dobrym jeźdźcem – nie potrafił jednak jechać na czele kolumny. Nie tylko był w tym słaby – był absolutnie żaden. Gdyby powołano go do armii jako szeregowca, nigdy nie powierzono by mu nawet obowiązków kaprala. Stopień sierżanta pozostawałby już całkowicie poza jego zasięgiem; gdyby zaś ukończył, jakimś cudem, szkołę oficerską, zrobiłby z siebie takie pośmiewisko, że musiałby złożyć dymisję.

Brak ów objawił się nie tylko, a nawet nie głównie, w jego niezdolności do odnalezienia się w realiach kryzysu militarnego, jakim jest każda rewolucja; nie tylko w całkowitym załamaniu nerwowym, jakie przeszedł w związku ze szturmem na pałac 10 sierpnia: ale także – i przede wszystkim – w katastrofalnej nieumiejętności doboru doradców wojskowych.

Ci, którzy postulują, w pierwszych dniach Rewolucji, użycie przeciwko paryskim tłumom siły, to znakomici dowódcy: niemniej, Ludwik tego nie wie. Ci, którzy piastują kolejno stanowisko ministra wojny, czy wodza naczelnego w najtrudniejszych dniach rewolucyjnych rozruchów, różnią się od siebie w stopniu skrajnym – niemniej, dla niego wszyscy wyglądają dokładnie tak samo. Ludwik nie widział żadnej różnicy między fircykiem takim jak Narbonne1 a subtelnym i wykształconym kawalerzystą, jak Dumouriez2. Zdolności militarne La Fayette’a3 (zdecydowanie nie do pogardzenia) rozumiał mniej więcej tak, jak głuchy muzykę, dobrą czy złą. Od początku do końca, problem militarny tamtych dni zupełnie mu się wymykał.

Inny brak jego charakteru – w dniach takich jak tamte niezwykle istotny – stanowiła kompletna niezdolność do całościowego spojrzenia na jakikolwiek problem społeczny. Dobrze rozumiał mapy i ogarniał statystyki; niestety wszakże, jego lekko wyłupiaste i wiecznie rozespane oczy pozostawały zupełnie ślepe na krajobraz – by tak rzec – rewolucyjnych wypadków. Nie potrafił dostrzec, skąd przychodziło niebezpieczeństwo a skąd obrona, jak pogrupowane są takie czy takie siły, w jakim kierunku zmierzają, gdzie muszą się wycofać. W tym względzie stanowił, jak się za moment okaże, całkowite przeciwieństwo Mirabeau4 – i z tego to względu właśnie, ze względu na ową słabość, czy raczej nijakość, wielka wizja polityczna Mirabeau ostatecznie spełzła na niczym.

Na koniec, nie miał najmniejszego zrozumienia dla Europy jako całości. Nie umiał nawet wyolbrzymić zagrożenia, jakie stanowiły maszerujące na Francję w ostatnich fazach Rewolucji wojska sprzymierzone. Nie oceniał ani za wysoko, ani za nisko morskiej i politycznej potęgi Wielkiej Brytanii, siły militarnej własnych poddanych, prawdopodobnej życzliwości Niderlandów (antyaustriackich, ale katolickich), stopnia upadku Hiszpanii, wewnętrznych podziałów i bezsiły Półwyspu Apenińskiego. Ludwik po prostu tego wszystkiego nie dostrzegał.

Na zakończenie niniejszego opisu (szczególnie biorąc pod uwagę krótkość tego opracowania) można powiedzieć, że tylko przypadek mógłby był przeprowadzić Ludwika pomyślnie przez labirynt dziejowy tamtego czasu. Przypadkiem owym byłaby obecność wiernego przyjaciela, towarzyszącego mu od dzieciństwa, ukochanego, równie religijnego jak on, ale obdarzonego tymi wszystkimi cechami, których mu brakowało. Gdyby Ludwik miał w życiu taką prawą rękę, cechy, o których wspomniałem, stanowiłyby swego rodzaju kil czy balast, który ocaliłby monarchię od zguby – bo król nie był człowiekiem słabym, impulsywnym, nawet głupim: był po prostu samotny, okropnie samotny, w swoich niedostatkach. Bez wątpienia, podobna natura nie mogłaby polegać w życiu na nikim, tylko na naprawdę bliskim przyjacielu – Ludwik zaś nie miał żadnych bliskich przyjaciół, a cóż dopiero przyjaciół o takim usposobieniu, które starałem się wyżej zarysować?

Ludwik był tym, kim był; i z całą pewnością jedną z połowy tuzina owych najistotniejszych postaci, które sprawiły, że Rewolucja przybrała taki obrót, jaki przybrała.

Tłm. Maciej Wąs

1Ludwik Maria Jakub Almaryk, hrabia Narbonne (1755-1813) – francuski żołnierz i dyplomata, dowódca Gwardii Narodowej, zwolennik monarchii konstytucyjnej; służył i za Napoleona. Istotnie, większość swoich nominacji zawdzięczał protekcji znajomych.

2Karol Dumouriez (1739-1823) – generał francuski, zwycięzca spod Jemappes (6 listopada 1793), człowiek chwiejny. Początkowo należał do stronnictwa jakobinów, jednak później się rozmyślił i przeszedł na stronę Austriaków, wzywając żołnierzy do marszu na Paryż. Jeden z dowódców konfederacji barskiej. Przed insurekcją kościuszkowską spotkał się z Kościuszką, by potem przekazać plany powstania Prusakom.

3Józef Maria Lafayette (1757-1834) – francuski arystokrata, wojskowy, uczestnik i niezwykle ważna figura Rewolucji Amerykańskiej, Rewolucji Francuskiej i rewolucji lipcowej z 1830 roku (przypis z Co widziałem w Ameryce GKC).

4Honoriusz Gabriel Riqueti, hrabia Mirabeau (1749-91) – wpływowy polityk francuski, członek Stanów Generalnych i Zjednoczenia Narodowego, pisarz. Zwolennik silnej władzy królewskiej w ramach porządku konstytucyjnego, przeciwnik radykałów rewolucyjnych. Przez Belloca oceniany bardzo pozytywnie.