Hilaire Belloc

Rewolucja Francuska (1911)

Rozdział III – Postaci (c.d.)

MIRABEAU

Mirabeau, najważniejszej z „praktycznych” postaci Rewolucji (jak można by oddać w języku angielskim najbardziej charakterystyczny element ich politycznej tożsamości), należy przyjrzeć się ze szczególną uwagą. Jego wpływ na pierwszą fazę wypadków rewolucyjnych był tak ogromny, skutek jego śmierci tak dla niej kluczowy i przesądzający, spekulacja dotycząca tego, co by było gdyby jednak przeżył jest tak owocna, tak fascynująca, i tak częsta, a ogólny skutek wywierany przez postawę, którą uosabiał, na rozwój wydarzeń okazał się tak daleko idący, że nie rozumieć Mirabeau to w znacznej mierze nie rozumieć wszystkiego, co się wtedy stało; no i niestety, już trzy pokolenia historyków (przynajmniej w naprawdę sporej części) rozumie Mirabeau albo błędnie, albo przynajmniej powierzchownie; bo wniknięcie w motywacje tej niezwykłej jednostki to nie kwestia szczegółowych badań czy akumulacji materiału, ale raczej psychologicznej empatii.

Mirabeau był bowiem przede wszystkim artystą, mając wszelkie moce i słabości, jakie zazwyczaj kojarzą się nam z tym terminem: to znaczy, gwałtowne emocje porywały go zarówno zewnętrznie jak i wewnętrznie. Lubił ich doświadczać – i lubił wywoływać je w innych ludziach. Pilnie zatem poznawał, i istotnie, mistrzowsko potrafił okiełznać, materię tych emocji; poddawał się ich działaniu i bezustannie ich poszukiwał. Głupotą jest zarówno wyolbrzymiać, jak i bagatelizować siłę takiej osobowości. To z niej właśnie, przynajmniej częściowo, bierze się muzyka, sztuki plastyczne, i znaczna część ponadczasowych dzieł literackich rodzaju ludzkiego. To właśnie ta zdolność odczuwania, i budzenia uczuć w innych ludziach, przyodziewa owoce intelektu w szaty, które zapewniają im nieśmiertelność. To właśnie mamy na myśli mówiąc, że styl to niezbędny element twórczości literackiej; że wielką cywilizację sądzić można (przynajmniej częściowo) na podstawie architektury; że – według słów Platona – muzyka może być moralna i niemoralna, i tak dalej. Artysta, choć na pewno nie jest właściwym twórcą historii ludzkości, odgrywa w jej rozwoju ogromną rolę.

Gdy mówię, że Mirabeau był artystą, mam na myśli to, że gdziekolwiek znajdował on możliwość wyrażenia swoich emocji, tam natychmiast pragnął doznawać przyjemności i zapewniać ją innym, za pośrednictwem jakiegoś określonego środka. Środek ów stanowiła zaś na pewno częściowo literacka, a w głównej mierze werbalna, ekspresja. Być trybunem, głosem wielu, perswadować – nie! – zachwycać samym akcentem i rytmem zdań, tego właśnie pragnął najbardziej; wprowadzał wszakże do swej sztuki także i jeszcze jeden pierwiastek, bez którego nie może istnieć żadne wielkie dzieło: intelekt.

Wierzył w przynajmniej główne zasady ruchu rewolucyjnego, rozumiał je i gotów był je głosić; lecz jego przemożny wpływ na innych nie brał się z przekonań: był wpływem artysty, i gdyby jakimś zbiegiem okoliczności zbratał się Mirabeau ze skrzydłem reakcji, stałby się równie sławnym wrogiem demokracji, jak stał się jej obrońcą. Zawsze zatem musimy patrzeć na niego jako na oratora, ale jako na oratora nieprzeciętnej inteligencji, i niepozbawionego sporej dozy rozumnej wiary.

Trzeba jeszcze powiedzieć o nim dużo więcej.

Był gentlemanem; to znaczy, ponosił zarówno przyjemne jak i przykre skutki, wiążące się z odziedziczeniem wielkiej fortuny i jej użytkowaniem. Odziedziczył nie dość dużo, i zawsze tkwił po uszy w długach, uważając kwoty konieczne z punktu widzenia jego pozycji społecznej i ogromnych możliwości życiowych, jakie ona stwarzała, za coś, co po prostu należy mu się – by tak rzec – od społeczeństwa. Słuszność mamy mówiąc, że brał łapówki – ale mylimy się mniemając, że stanowiły one dla niego takie samo zobowiązanie jakie stanowiłyby dla człowieka podlejszego charakteru czy mniej szczęśliwego pochodzenia. Zniżał się, jak każdy gentleman, do najwstrętniejszych intryg, byle tylko uzyskać „konieczne środki do życia i działania”; to znaczy: pieniądze by grać swoją rolę. Miał jednak w sobie siłę, wypływającą z całej jego osobowości, dzięki której żadne sumy nie mogły spętać mu języka, czy zamienić go w bezwolnego adwokata sponsorów. Nigdy nie stoczył się na poziom najnędzniejszego ze zjawisk politycznych, „człowieka partii”. I nigdy nie zostałby, nawet urodziwszy się sto lat później, w warunkach współczesnego parlamentaryzmu, „parlamentarnym wyjadaczem”.

Mirabeau miał także specyficzną historię osobistą, którą należy rozumieć w ścisłym związku z typem jego osobowości.

Dużo podróżował, i znał dobrze Niemców i Anglików klas bogatszych. Lud znał słabo, nawet lud swojej ojczyzny; ludu obcych krajów nie znał wcale. Sporo zaszkodziła mu niechęć jego własnego ojca, osobista gwałtowność, a także niemało zwykłe nieszczęśliwe wypadki. Był zdolny do wiernej i stałej miłości do kobiety, ale okazja do takiej miłości nadarzyła mu się dopiero na kilka miesięcy przed śmiercią. Był zdolny do lojalnej i ciężkiej służby na rzecz państwa, lecz żadne państwo nie chciało skorzystać z jego usług. Owocnie jest zastanawiać się, co mógłby uczynić dla francuskiej monarchii, gdyby Fortuna wcześniej zawiodła go na dwór i jeszcze przed Rewolucją zapewniła mu pewne znaczenie w poczynaniach egzekutywy. W każdym razie, Rewolucja zapewniła mu pole działania wyłącznie dlatego, że zniosła stare ograniczenia i stare konwencje, niszcząc do gruntu aparat państwowy, w warunkach którego przyszło mu wcześniej żyć. I sam musiał włączyć się w jej przebieg w charakterze burzyciela, ponieważ otrzymał swoją szansę tylko tak, i w żaden inny sposób; ale z natury swojej, człowiek ten nienawidził niszczyć. Mam na myśli to (bo takie ujęcie sprawy jest cokolwiek mętne), że nie cierpiał owego ducha gotowego odrzeć naród z pewnych uświęconych tradycją instytucji, dobrze służących określonym celom, bez uprzedniego ustalenia, czym można by je zastąpić. I z tego właśnie względu stał się szczerym i oddanym obrońcą monarchii: trwałej instytucji politycznej, służącej jasno określonym celom, utrzymującej jedność narodu i skutecznie ograniczającej w państwie tendencje oligarchiczne.

Nie miał Mirabeau nic wspólnego z wielką wizją Rewolucji. Umysłowo przedwcześnie się zestarzał, bo w tym wymiarze pracował naprawdę bardzo ciężko i na wielu różnych płaszczyznach doświadczenia. Czystej teorii demokratycznej, dla wielu jego współczesnych pełniącej funkcję religii (ze wszystkimi tego konsekwencjami) nigdy nie przyjął, ani nawet nie myślał o jej przyjęciu. Niemniej, pewne konsekwencje reformy bardzo mu się podobały. Radował się niezmiernie na myśl o wolności od wiekowych i martwych konwencji, przywilejów niemających już żadnego związku z prawdziwymi różnicami społecznymi, starymi tradycjami handlu, odstającymi już zupełnie od kontekstu warunków, oraz (i to punkt kluczowy) skamielin starej wiary religijnej, którą – jak niemal wszyscy mu współcześni – uważał za nieodwracalnie wypaloną: bo Mirabeau nie miał żadnej łączności z Kościołem Katolickim.

Wiele już powiedziało się, i jeszcze powie, na tych stronach odnośnie do sporu religijnego, który – choć nikt w zasadzie o tym wtedy nie wiedział – tkwił w samym sercu kwestii rewolucyjnej i miał stać się przyczyną trwałego i głębokiego podziału Francuzów na długie lata potem. Powtórzę jeszcze nie raz i nie raz to, co już powiedziałem: że pojednanie między Kościołem Katolickim a ruchem ku odrodzeniu demokracji stanowiło, choć nikt nie zdawał sobie z tego sprawy, najważniejszy problem doczesny tamtych czasów, czytelnik zaś dobrze zapozna się w trakcie lektury z degeneracją, jaka dotknęła religię wykształconych tamtego pokolenia. W wypadku Mirabeau wszakże, areligijność ową należy wyjątkowo mocno podkreślać. Dla niego, myśl, że religia katolicka ma przyszłość byłaby czymś równie absurdalnym, jak dla polityka angielskiego sprzed trzydziestu lat, że Irlandczycy mogą stać się bogatym narodem, albo że jeszcze za jego życia angielskiemu rządowi zabraknie pieniędzy. Używam tej paraleli dla wzmocnienia argumentacji, ale to – istotnie – bardzo słaba paralela. Bo żadna paralela wzięta ze współczesności, z naszych osobliwych i ustawicznie zmieniających się czasów, nie odda sprawiedliwości niewzruszonemu przekonaniu całego końca wieku osiemnastego, że wiara katolicka umarła. Sam Mirabeau prawdopodobnie nigdy w swoim życiu nie rozmawiał nawet z człowiekiem, który traktowałby sakramenty poważnie, czy przeżył choćby chwilę niepokoju z powodu artykułów wiary.

Wiedział, co prawda, że pewna grupa kobiet – oraz znacznie mniejsza grupa mężczyzn, zupełnie zresztą nic nie znaczących – trzymała się jeszcze praktyk starego zabobonu; wiedział, że w pewnych regionach całe rzesze tępych chłopów powtarzało co niedzielę stare symbole wiary, tym gorliwiej, im bardziej były ciemne. Ale o wierze żywej nie mógł mieć Mirabeau żadnego pojęcia.

Z jednej strony, na własne oczy widział wiekową, klerykalną instytucję, czysto ekonomiczną, dostarczającą posad i pieniędzy ludziom jego stanu; spotykał tych ludzi i rozmawiał z nimi, i nigdy nie dostrzegł w nich ani śladu prawdziwej religijności. Z drugiej – projekt społeczny, do urzeczywistnienia którego niezbędne było, by skamielina owa – bezsensowna i niegodziwa – wyrzekła się swej fortuny. Ale o wierze jako o realnej sile społecznej, o czymś żywym i zdolnym do odrodzenia, nie miał żadnego pojęcia. Sugestia, że przyszłość mogła przynieść jeszcze podobne zmartwychwstanie, wydałaby mu się przejawem najzwyklejszej głupoty. Kasata zakonów, w znacznej mierze jego dzieło, oraz konstytucja cywilna kleru, uchwaleniu której przewodniczył, były dla niego czymś najbardziej naturalnym pod słońcem. Chodziło po prostu o oczyszczenie współczesnego państwa z masy martwych tkanek, przez które gniło od środka. Odczuwał to tak, jak my odczuwalibyśmy współcześnie wykup wysypiska śmieci, czy konfiskatę ziemi nieodpowiedzialnego obszarnika. Kościół niczemu nie służył, nie wierzył weń nikt, kto się chociaż trochę liczył, bronili go tylko beneficjenci jego ogromnego potencjału gospodarczego, ale nie spełniał już w społeczeństwie żadnej żywotnej, realnej funkcji.

We wszystkich sprawach Rewolucji, które umiał zrozumieć, Mirabeau zachowywał jak największą ostrożność. Znał koncepcję rządów ludu, przyjmował nawet pewną możliwość jej urzeczywistnienia, ale nie potrafił wyobrazić sobie tutaj żadnego innego środka działania poza gwarantowaną przez status quo potęgą klas zamożnych. O sile wojskowej sądził w znacznej mierze po prusku. I w długich i pełnych entuzjazmu fragmentach swoich dzieł opiewał armię pruską jako niezwyciężoną. Gdyby dożył chwili wybuchu militarnego zapału republikanów, z całą pewnością odnosiłby się do niego w najwyższym stopniu nieufnie. W głębi duszy zawsze sprzyjał arystokratycznej machinie państwowej – choć nie arystokratycznej teorii państwa; z wielką determinacją dążył do zachowania – w formie wciąż żywej, choć znacznie bardziej skromnej – serca życia narodowego, tradycyjnej monarchii Francuzów; interesował się także wydatnie sporą liczbą szczegółów, których sam z siebie nie potrafił zrozumieć: metodami głosowania, kwestiami konstytucyjnymi, prawem handlowym i tak dalej. Fascynowała go także delikatna równowaga dyplomacji, oraz bliska obserwacja zachowań ludzkich w parlamencie, w którym również zasiadał.

To parlament właśnie stanowił najbardziej naturalny habitat jego działalności, miejsce, z którego zaczął de facto kierować postępami Rewolucji – i to jego nieobecność w owym parlamencie, zaraz po jego śmierci, w lecie 1791, Rewolucja miała odczuć najboleśniej.

Ten krótki szkic nie jest w stanie zapewnić czytelnikowi najbledszego pojęcia o tym, kim Mirabeau naprawdę był. Jedyne teksty, które mogą to uczynić, to jego własne przemowy oraz bardziej retoryczne z redagowanych przez niego dokumentów. Prawdopodobnie z upływem czasu jego reputacja w tej dziedzinie będzie stopniowo wzrastać. Jego idee w kwestiach konstytucyjnych, czerpiące inspirację z ówczesnych wzorców zagranicznych, szczególnie angielskich, nie dawały się zastosować do narodu francuskiego i obecnie prawie nikt już o nich nie pamięta: mylił się co do polityki angielskiej tak samo, jak co do niemieckich sił zbrojnych, ale potrafił przewodzić tłumom – i osobowość jego z upływem czasu zyskuje w oczach badaczy coraz większą moc i wyrazistość.