Hilaire Belloc

Rewolucja Francuska (1911)

Rozdział III – Postaci (c.d.)

 

ROBESPIERRE

Żadna postać Rewolucji nie wymaga od badacza większego oczytania i bardziej dogłębnej znajomości francuskiego ducha narodowego, niż właśnie Robespierre.

Żadna również nie ma tak wielkiego znaczenia dla zrozumienia tamtej epoki jako całości, i żadna (z powodów, o których za chwilę) nie była nigdy bardziej błędnie rozumiana i przedstawiana, nie tylko w sferze popularnej legendy, ale także w ważkich debatach kompetentnych historyków.

Jest to tak bardzo prawdziwe, że nawet pomimo upływu czasu, który (wespół z rozwojem badań naukowych) zazwyczaj usuwa podobne błędy, żadnemu współczesnemu autorowi nie udało się jeszcze skonstruować prawdziwego obrazu tego człowieka.

Przyczyna podobnie sromotnej klęski badań historycznych leży w tym: że obok Robespierre’a historycznego istniał także – w umysłach jego współczesnych (poza tymi, którzy poznali go osobiście przy sprawowaniu funkcji rządowych) – Robespierre legendarny, Robespierre wyobraźni ludu; i ów Robespierre legendarny, choć dla potomności okazać się miał przerażający i wstrętny, samemu Robespierre’owi historycznemu wydawał się nad wyraz sympatyczną i pociągającą wizją, w związku z czym zdecydował się on nie ingerować za bardzo w rozwój wypadków. Bo Robespierre, choć bardzo sprawiedliwy, nie miał za grosz pokory.

Problem jest niezmiernie subtelny, i nieprawdopodobnie trudny. Historyk, badając materiały źródłowe, podejmować musi nieustanny wysiłek rozróżniania dowodów mocnych i słabych, kluczyć, i w każdym momencie powracać pamięcią do tego, kim Robespierre naprawdę był; inaczej straci kontakt z rzeczywistością i zacznie dawać ucho legendzie – legendzie potężnej i trudnej do przezwyciężenia, nie tylko ze względu na ogromną liczbę tych, którzy ją do dziś kolportują, ale i czyny samego Robespierre’a, który zrobił wiele, by nadać jej pozór prawdy. Robespierre legendarny to postać niezbyt skomplikowana, i można opisać ją w kilku ledwie zdaniach.

Wyobraźmy sobie człowieka wierzącego w teorię demokratyczną ze szczerością nieznajdującą niemal w świecie paraleli, człowieka, który nie dbał w życiu o nic więcej, niż tylko o urzeczywistnienie tej teorii, i który poświęcił politycznej walce o to urzeczywistnienie wszelkie korzyści osobiste. Oto człowiek ów, uwielbiany, a w końcu i ubóstwiany niemal przez lud Francji, staje się coraz bardziej i bardziej wpływowy. Zostaje członkiem rządu (Komitetu Ocalenia Publicznego), zaczyna dzierżyć pełnię władzy zarówno oficjalnej, jak i nieoficjalnej, i decyduje się – mistrz politycznej intrygi – użyć tej ogromnej siły dla ustanowienia demokracji idealnej, uznającej istnienie Boga i opartej na cnocie; aby jednak wizja ta stała się rzeczywistością, bohater nasz musi uciec się do środków terroru. Odkrywa, że ludzkie niedoskonałości, uniemożliwiające realizację jego wzniosłych ideałów, są przerażająco liczne: tak też zaczyna karać je śmiercią. Twarde rządy zbierają krwawe żniwo; giną nawet najlepsi spośród demokratów; w końcu szala goryczy zostaje przelana, jego podwładni z Komitetu wypowiadają mu posłuszeństwo; zostaje wyjęty spod prawa, w geście obrony próbuje wywołać w Paryżu zbrojną insurekcję ludu lecz jego plan spala na panewce, zostaje aresztowany i poddany egzekucji; rządy terroru dobiegają końca.

Wizja ta, choć całkowicie legendarna, ma w sobie sporo prawdy – ale prawda ta sprzyja tylko, na mocy jakiejś perwersji, utrwaleniu fałszu.

Bez wątpienia, mało kto dorównywał Robespierre’owi szczerością demokratycznej wiary; i ze względu na tę szczerość, rzeczywiście był on także – jak głosi jego przydomek – całkowicie „nieprzekupny”, a nieprzekupność w wypadku polityka odpowiada w pewien sposób temu, co Kościół nazywa u świętych heroicznością cnót. Faktycznie: wszedł w skład Komitetu Ocalenia Publicznego; faktycznie wspierał Wielki Terror, a gdy zginął, Wielki Terror faktycznie się skończył. Co zatem przesądza o tym, że legenda naprawdę jest tylko legendą?

Kilka kluczowych kwestii, które zupełnie zmieniają obraz rzeczy: choćby fakt, że Robespierre nie był najważniejszą osobistością Komitetu Ocalenia Publicznego, wszechwładnej egzekutywy młodej Republiki; że nie chciał nigdy Wielkiego Terroru, że nigdy nie korzystał ze stwarzanych przez Wielki Terror możliwości, że z czasem zaczął się nim brzydzić, i – ogółem – nigdy nie rządził Francją.

Nie trzeba chyba zbyt długo rozwodzić się nad tym, dlaczego i na jakie sposoby podobne fakty niszczą przekaz legendarny do szczętu. Rozumienie natury owych kluczowych dwunastu miesięcy od lata 1793 do lata 1794 zależy w całości od tego, czy uznamy je za w historii Rewolucji okres „robespierre’owski”, czy nie: i nie, Rewolucja nigdy nie przeszła takiego okresu.

Czym zatem tak naprawdę były te miesiące? I skąd wzięło się błędne przekonanie, jakoby Robespierre odgrywał przez nie rolę faktycznego dyktatora?

A zatem miesiące owe, które w przybliżeniu można by nazwać miesiącami Terroru, były – jak się jeszcze przekonamy – okresem obowiązywania stanu wojennego; Wielki Terror zaś, to po prostu stan wojenny w praktyce – radykalna metoda zmuszenia narodu do wysiłku obronnego, zakładająca przy tym bezwzględne karanie wszystkich tych, którzy przeszkadzali – czy rzeczywiście, czy tylko w oczach Komitetu – temu przedsięwzięciu.

Żadnego z członków Komitetu Ocalenia Publicznego nie można uznać za w ścisłym sensie twórcę tego systemu, ale człowiekiem najbardziej zdeterminowanym w jego wdrażaniu był bez wątpienia komisarz wojenny, Carnot. Przy okazji, popierali jego utrzymanie na przykład ludzie tacy jak Barrère1, który czynił to w trosce o jak najdłuższe istnienie Komitetu, któremu w całości zawdzięczał swoją pozycję polityczną. Albo tacy jak Saint-Just2 – którego poparcie wynikało z wiary, że tryumf Francji w zmaganiach wojennych (w których brał czynny udział) oznaczać będzie powszechne i wieczne zwycięstwo demokracji w Europie. Albo inni jeszcze, tacy jak Bon3, który dawał po prostu upust starej, sekciarskiej zapiekłości hugenotów. Ale spośród wszystkich członków Komitetu, Robespierre odnosił się do Terroru z największym dystansem, i podejrzewany był przez swych towarzyszy – z upływem czasu coraz bardziej zresztą – o chęć ingerencji w strukturę całego systemu.

Dlaczego zatem Robespierre’a powszechnie uznaje się za głównego inspiratora Wielkiego Terroru, i dlaczego po jego egzekucji Wielki Terror istotnie ustał?

Otóż związki Robespierre’a z Wielkim Terrorem niemal automatycznie (i niesłusznie) dedukuje się z jego rzeczywistych i ścisłych związków z ogólną atmosferą społeczną tamtego czasu, z jej gigantycznym napięciem, z płomiennym porywem demokratycznego zapału, jaki ją przepajał, ale i z towarzyszącym mu panicznym niemal strachem przed reakcją. Robespierre był idolem ludu i stał się także symbolem ludowego szału, rzekomo rządzącego wtedy Francją. Ale Francją nie rządził lud, ani tym bardziej jego szał. Francją rządził Komitet Ocalenia Publicznego, z Carnotem jako mózgiem operacji. Robespierre był postacią popularną i porywał tłumy; ale nigdy nie miał za sobą realnej siły mas, podobnie jak żadnej innej siły politycznej.

Dlaczego zatem ze śmiercią Robespierre’a Wielki Terror ustał, choć to nie on był za to zjawisko odpowiedzialny? Otóż politykę Terroru prowadzić było bardzo trudno; wobec braku poczucia zagrożenia, podobnie absolutny, nietolerancyjny i bezwzględny rząd wojskowy stawał się właściwie niemożliwy do utrzymania. Kilka tygodni przed śmiercią Robespierre’a zwycięstwa wojsk francuskich zaczęły coraz wyraźniej odbierać mu rację bytu. Gdy Komitet wymusił na parlamencie wyjęcie Robespierre’a spod prawa, nieświadomie podciął gałąź, na której siedział; bo to osobista popularność wielkiego jakobina sprawiała, że polityka Komitetu w ogóle była możliwa do zrealizowania. Po jego śmierci, okazało się, że naród nie chce i nie będzie jej dłużej znosić. Lud Francji godził się na Terror w fałszywym mniemaniu, że tego pragnie jego bożyszcze, Maksymilian Robespierre. Z Robespierre’em na szafocie, wszelkie złudzenia prysły.

I na koniec, skoro Robespierre sprzeciwiał się polityce Wielkiego Terroru, dlaczego nie zdecydował się zorganizować przeciw niemu ludowego oporu?

Miał taką możliwość w grudniu 1793 – siedem miesięcy przed swą katastrofą – w związku ze sprawą Dantona. Danton musiał zniknąć, ponieważ jego apele o miłosierdzie dla przeciwników osłabiały militarną władzę Komitetu. Robespierre mógł go ocalić: wolał go jednak poświęcić. Powodem tego było błędne mniemanie, jakoby lud popierał Komitet przeciw Dantonowi; sam nie miał w sobie nic z przywódcy (poza pewną biegłością retoryczną, sprowadzającą się zresztą w sporej mierze do mówienia ludziom tego, co chcieli usłyszeć), a główną słabość czy wadę jego charakteru stanowiło umiłowanie popularności.

Później, latem 1794, gdy Robespierre podjął jednak pewne działania przeciw Terrorowi, uczynił to wyłącznie prywatnie. Kompletnie nie umiał wyczuć nastroju ludu i wciąż wydawało mu się, że Wielki Terror cieszy się ogólnym poparciem – i sam nie chciał ryzykować utraty popularności. Człowiek naturalnie tak kryształowo uczciwy przez ostatnie miesiące swego życia kuszony był do kłamstwa – i w tak ważnej sprawie, w tak krytycznym momencie, uległ. Z punktu widzenia pamięci o osobie, a także historii w ogóle, jest to pożałowania godne. I ten jeden moment słabości nie tylko stał się przyczyną błędu historycznego, niezmiernie poważnego w skutkach (ale nie poważniejszego od innych, które można odnaleźć w literaturze współczesnej), ale także zohydził Robespierre’a potomności.

Czynnikiem odgrywającym ogromną rolę w budowie publicznego znaczenia tej postaci – o którym bardzo często się dziś zapomina – była ogromna moc jego wystąpień. Sam fakt, że wciąż debatuje się żywo nad tym – po tak ogromnych zmianach, jakie zaszły w sferze smaku! – czy faktycznie świadczą one o wielkiej elokwencji autora, czy nie, to wystarczająco wymowne świadectwo siły ich oddziaływania. Mówił w sposób racjonalny i uporządkowany, przywołujący na myśl subtelność wczesnych parlamentów, ale potrafił także dostosować się do brutalnych warunków późniejszych lat Rewolucji. Jego frazeologia, i sam punkt widzenia, zależały wyłącznie od nastawienia odbiorców. Bezbłędnie potrafił wyrażać ich własne uczucia, i to w sposób bardzo dokładny – oraz taki, który ich porywał. Ponieważ nigdy nie popadał w przesadę, a nieopanowani okrutnicy, którzy go słuchali, czuli dumę, że ich agresja może znaleźć wyraz tak bardzo uczony, tak biegły, i tak zrównoważony.

Pochodził ze szlachty, choć ubogiej. Sporo mówi o jego usposobieniu fakt, że przez pewien czas myślał o wstąpieniu do zakonu, i że już we wczesnej młodości popadł w pychę jako autor. Nie został po nim żaden pomnik4; ale ze względu na siłę jego wiary, oraz wierność, jaką okazał jej w czynie, sława jego, choć pewnie nie zwiększy się, to na pewno będzie trwać.

 

KONIEC ROZDZIAŁU III

 

Tłm. Maciej Wąs

 

1 Bernard Barrère (1755-1841) – polityk francuski, dziennikarz, wolnomularz, przez wielu rewolucjonistów oskarżany o cynizm i bezideowość.

 

2 Ludwik de Saint-Just (1767-94) – francuski polityk rewolucyjny, radykał; pełnił wiele funkcji, w tym propagandysty wojskowego w nowo uformowanych armiach walczących z wojskiem niemieckim, gdzie zasłynął wielką osobistą odwagą. Nieprawdopodobnie uczciwy, ale i nieprawdopodobnie bezwzględny – postać fascynująca.

 

3 Jan Bon de Saint-Andre (1749-1813) – francuski polityk rewolucyjny, w KOP odpowiedzialny za marynarkę.

 

4 Historia sfalsyfikowała to zaraz po rewolucji październikowej; 3 listopada 1918 roku wzniesiono w Moskwie statuę upamiętniającą wielkiego Maksymiliana (ciekawe, że GKC odnosił się do niego znacznie, ale to znacznie cieplej, niż Belloc, co świadczy o poważnych różnicach temperamentalnych). Przetrwała siedem dni, i rozpadła się z przyczyn naturalnych; lubię myśleć, że była to interwencja Opatrzności.