Niedawno napotkałem w Sieci rzecz osobliwą; przy czym osobliwość jej jest zbyt wielopoziomowa, bym mógł ją tutaj porządnie wyjaśnić. Postaram się zatem przedstawić ją w skrócie.
 
W skrócie zatem, tak: zobaczyłem wielką grupę młodych ludzi, podskakujących w kościele i wymachujących grabiami w rytm muzyki. Potem zobaczyłem różnorakie opinie na temat. Jednym się podoba, a drugim nie podoba.
 
No tak, ale skoro jednym się podoba, a drugim nie, to czy nie można się w tym pogubić? Spójrzmy więc w oczy przeznaczeniu i zapytajmy: ale JAK JEST NAPRAWDĘ?
 
(Kto ogląda nowe Twin Peaks wie, jak skończył doktor Jacoby; ja nie chcę skończyć jak doktor Jacoby. Ale co mogę, wobec gęby bloga?)
 
No to naprawdę jest tak: że czy się podoba, czy się nie podoba, jak się ktoś tym za bardzo przejmuje, to zwyczajnie nie trafia w punkt.
 
Ludzie nieraz zachowują się w Polsce tak, jak gdyby największym problemem Kościoła była liturgia. Tak nie jest; i to, co od jakiegoś czasu próbuję zrobić (i co stanowi jedyny cel tego wpisu), to udowodnić, że tak nie jest (oczywiście podpierając się odpowiednimi źródłami). Większość ludzi nie jest powołana do specjalnej służby Bożej i z konieczności nie zajmuje się liturgią; zajmuje się natomiast na przykład praktyką społeczną. I tutaj właśnie zaczynają się prawdziwe problemy: bierność, ignorancja, lekceważenie, brak sprecyzowanej idei, jasnego programu, świadomości sytuacji.
 
To zresztą nie moje zdanie; ja to zbieram poniekąd z różnych stron, i mówiło już o tym, w ten lub inny sposób, wielu mądrzejszych ode mnie ludzi. I tak na przykład, od 1989 zarzucono duszpasterstwo ludzi pracy; zarzucono promowanie KNS; zarzucono katolicyzację związków zawodowych. Kościół nie jest aktywnym mecenasem na polu kultury; nie współfinansuje wydawnictw naukowych; nie wspiera katolickich inicjatyw społecznych czy artystycznych.
 
A przynajmniej, i to jest punkt o kapitalnym znaczeniu, czyni to nieporównanie słabiej, niż szeroko pojęta lewica.
 
Oczywiście, zaraz ktoś powie, że piszę z osobistej małości; że, o, gówniarz założył stronę, nikt się nie interesuje, to zaraz się obraża, o to-to, się tu i tam poprzewracało.
 
Akurat nie bardzo; nigdy nie miałem aspiracji, by stać się obiektem prawdziwego mecenatu (no i nie ja tę stronę założyłem w sensie ścisłym, na pewno nie w największym stopniu). Przyznaję wszakże, że czegoś się spodziewałem, tylko że czegoś znacznie prostszego. No bo, na ludzki rozum, taki to jest problem wrzucić wiadomość na główną na facebooku, coś gdzieś udostępnić, nie wiem — nawet napisać jedno zdanie? Ja to robię dosyć często, i jakoś nie zabiera mi to wiele czasu. I choć zdarzyły się wypadki autentycznego wsparcia, to jednak 98% (na oko) portali katolickich, do których pisałem, delikatnie rzecz ujmując mnie, jak to się poetycznie mówi, „olała”; ale widać, że duch ewoluuje i na tym się nie kończy. Zresztą nie wiem, może to ledwie wyjątek, a nie zapowiedź czegoś większego, ale państwo z miesięcznika „W drodze” na przykład (bój to mój ostatni — w sensie chronologicznym), najpierw walnęli mi wprost, że chcę ich oszukać, i na pewno trzepię z tej strony masę zielonych i z braku miejsca trzymam je w wannie, a potem — kiedy ich nieco nerwowo wyprowadziłem z błędu — okazało się, że to i tak nic nie zmienia (to się nazywa „elastyczność myśli”, prawda?), ale bardzo „doceniają” i „wspierają”; zapewne modlitewnie, bo inaczej nie bardzo — co też udowodnili, pisząc mi chyba ze trzysta razy „Szczęść Boże” i dodając na końcu każdej wiadomości „++++”.
 
No i takie to są te moje przygody. Banał prawda? No ale właśnie w tym problem — że skoro w sprawach banalnych wygląda to tak, to jak (na litość) w poważniejszych?
 
I przepraszam, że dziś tak osobiście; ale wydaje mi się, że ta Chestertonowska metoda opisu naprawdę dobrze pozwala uchwycić problem. Bo problem jest, jak mi się wydaje, dosyć spory; i dopóki tu się coś nie zmieni, to czy z podskakiwaniem czy bez kicha z tego — za przeproszeniem szanownych Państwa — wyjdzie.
 
No i „Szczęść Boże, +++++”. (Powyżej: „Debaty wstępne, poznaj kandydatów”).