No cóż; problem relacji polsko-izraelskich znów przygasa (zapewne dlatego, że Netanjahu ma teraz ważniejsze sprawy na głowie, bo rozbijanie „szyickiego półksiężyca” idzie niespodziewanie trudno), niemniej warto powiedzieć chyba ze dwa słowa na temat. Zwłaszcza, że po raz kolejny trafiłem w „Nowym Jeruzalem” na interesujący cytat.

Otóż w rozdziale ostatnim, zatytułowanym „Problem syjonizmu” (nieopublikowanym z resztą artykułów w formie gazetowej, co ciekawe – uznano go wtedy za zbyt tekst kontrowersyjny na angielski „mainstream”), pisze Gilbert tak:

„Prawdziwa próba, przy pomocy której ocenić można prawdziwą wartość syjonizmu, może wydawać się stawianiem sprawy na głowie. Otóż, syjonizm nie zwycięży ostatecznie dzięki serii zwycięstw, ale właśnie – porażek, a może raczej: tego, co świat (i na pewno również świat żydowski) określa mianem porażek. Wszystko zależeć będzie nie od tego, czy Żydzi zdołają wspiąć się na szczyt drabiny, ale od tego, czy będą w stanie pozostać na dole; nie od tego, czy będą umieli stać się wielcy, ale od tego, czy będą umieli stać się mali. Często zauważa się, że inteligentni Izraelici zdobywają nieraz niemałą władzę i zaufanie społeczne poza Izraelem, jak Witte w Rosji czy Rufus Isaac w Anglii. Na ogół, jak sądzę, nie służy to ich przybranej ojczyźnie; na pewno jednak w żadnym wypadku nie służy to konkretnej sprawie ich rzeczywistej ojczyzny. Społeczeństwo Palestyny nie może składać się wyłącznie z premierów i sędziów Sądu Najwyższego; jeśli zaś Żydzi nie będą należeć we własnym kraju do warstwy rządzonej, nie wyjdzie z tego żadna republika, tylko zwykła oligarchia. I znów, częstokroć mówi się, że Żydzi starożytni zrobili ze swoich przeciwników drwali i nosiwodów. Otóż, Żydzi współcześni sami muszą stać się drwalami i nosiwodami. Jeżeli nie będą potrafili tego zrobić, nie będą także potrafili stać się obywatelami, ale wyłącznie klasą obcych biurokratów, najgroźniejszych i najbardziej zagrożonych członków społeczeństwa. W związku z tym, projekt państwa żydowskiego nie skończy się sukcesem, jeżeli Żydzi będą odnosić w nim sukcesy, a nawet – jeżeli będą oni w nim piastować stanowiska państwowe. Sukces nastąpi wtedy, gdy Żydzi będą w swoim państwie śmieciarzami, gdy będą w nim zamiatać ulice, gdy będą pracować w portach, kopać rowy, gdy będą tragarzami i murarzami. Dopiero, kiedy syjoniści będą w stanie wskazać jakiegoś żydowskiego robotnika, który się nie wybił, żydowskiego ogrodnika, który nie odpoczywa sobie teraz na jakimś stanowisku kierowniczym, chłopa, który pozostał chłopem, a nawet: wiejskiego idiotę idiotycznego przynajmniej na tyle, aby nie opuścił nigdy swojej wsi – wtedy istotnie cały świat zadmie w trąby i podniosą się odwieczne podwoje; bo oto odwróci Pan niewolę Izraela”.

Osobiście (i znowu nie chcę tutaj za dużo komentować, bo czasy mamy jakie mamy) wydaje mi się to nad wyraz trafne; i istotnie, naród opętany niemalże manią udowadniania wszystkim, że jest lepszy i bardziej wyjątkowy niż wszystkie inne, i odnoszący się z pogardą do wszystkiego, co mogłoby w nim przypominać inne narody (dom podzielony przeciw sobie) to w polityce zagranicznej po prostu cyklon zniszczenia.

Co mi się wydaje wszakże osobliwe, to dwie rzeczy. Po pierwsze: postawienie sprawy w sposób, z którego wynika, że dziwne zachowania na arenie międzynarodowej wynikają zawsze z problemów wewnętrznych; po drugie: to, że przecież podobne ujęcie sprawy nie musi odnosić się wyłącznie do Żydów. Co więcej – że zaczyna odnosić się do coraz większej liczby innych narodów. Jest to ogromny dzisiaj problem tzw. „rozwoju społecznego”. Z jednej strony, społeczeństwo bez wątpienia musi się rozwijać; stopa życiowa musi rosnąć, myśl musi szybować coraz wyżej, ludzie muszą mieć motywację do podnoszenia swojego statusu. Z drugiej strony, jeśli coś takiego zachodzi w sposób niekontrolowany, i jeśli wszystkim „na dole” wmawia się, że są bezwartościowi, niepotrzebni, i że – że tak powiem – „być nimi” to wstyd i hańba: cóż; nietrudno chyba wyobrazić sobie co by się stało, gdyby nagle spod domu wykopano wszystkie fundamenty (zresztą przecież dzieje się to niemalże na naszych oczach).

A zatem znów, w sposób niezwykle syntetyczny, i taki, który łatwiej wyczuć niż opisać (szczególnie w tak krótkiej formie), dotknął Gilbert poważnego problemu, który za jego czasów dopiero się zaczynał, za naszych zaś – zaczyna przybierać formy monstrualne; i który będzie nam ciążył jeszcze przez długie, długie lata. I jak zwykle, intelektualnie stajemy tutaj przed wyborem, który dla Gilberta stanowił absolutną podstawę myślenia politycznego, i co do którego – moim zdaniem przynajmniej – musimy decydować się jak najszybciej, jeżeli chcemy ocalić (że tak powiem, celem uniknięcia patosu) „europejskość” Europy (i w którym, niestety, jest alternatywa dobra, i jest alternatywa zła); wyborem pomiędzy wielką tradycją demokratyczną, z jej poczuciem solidarności narodowej, patriotyzmem i ogólnym pojęciem równości obywatelskiej, a tradycją oligarchiczną, z jej manią poszukiwania kosmopolitycznej elity („międzynarodu”) „najlepszych” (kto ciekawy, jak to jest, niech poczyta trochę o arystokracji europejskiej XVIII wieku – albo niech czyta GKC). Tertium non datur.

(Swoją drogą: „czytajmy” dystrybucjonizm przez pryzmat tego rozróżnienia, na przykład; sądzę, że będzie ciekawie).

Jak będzie wyglądać nasza polityka, i czy w ogóle będzie ona polityką, i to tak na skalę narodową, jak i międzynarodową, zależy dokładnie od tego, jak określimy się co do tej fundamentalnej kwestii. Niepokoi mnie tylko to, że mało kto o niej wie, a przynajmniej mało kto mówi – no ale, z drugiej strony, gdyby to było takie proste, Chesterton nie napisałby tyle, ile napisał.