Demokratyzm GKC to jest temat bardzo złożony; i w ogóle trudny do ugryzienia. Gilbert poruszał tę kwestię tak często i z tak wielu różnych stron, że znacznie łatwiej, niż to jakoś konkretnie ugryźć, jest błądzić i oscylować naokoło; podgryzać.

No i dobrze, bo dzięki temu będzie więcej tematów na bloga, który tutaj niniejszym się inauguruje.

Jednym z ciekawszych, i bardziej osobliwych zapewne współcześnie, aspektów Chestertonowskiego demokratyzmu jest zamiłowanie do słabej (i „słabej”) literatury. GKC stawał w jej obronie właściwie od początku swojej pisarskiej „kariery” — i tak to mu zostało aż do ostatnich lat życia. Zaczęło się, oczywiście, od eseju o tzw. „penny dreadfuls” z „The Defendant”, ale miało także i swoje wymiary poważniejsze, bo chodziło ogólnie np. o obronę powieści gazetowych z epoki wiktoriańskiej, w czasach edwardiańskich ogólnie nielubianych (moderniści mówili o nich „baggy monsters”); i można wierzyć lub nie, ale jeden z biografów GKC zupełnie na poważnie twierdził, że gdyby nie jego szeroko zakrojona kampania na rzecz obrony Karola Dickensa, pisarz ten zniknąłby kompletnie z angielskiego kanonu; ale to ledwie dygresja. Jak by z tym było, fakt faktem, że Chesterton nie tylko bronił literatury „słabej” na gruncie teoretycznym, ale również i autentycznie ją lubił; i nawet w wypadku rzeczy nie tyle „słabych”, co rzeczywiście słabych, z czym się wcale nie krył — i co przyznawał zawsze ze sporą dozą dystansu i humoru. Podczas podróży po Ameryce, na przykład, wprost zaczytywał się w gazetowych opowiadaniach detektywistycznych, powieściach awanturniczych, szkicach satyrycznych, a nawet — a tu już stąpamy po naprawdę cienkim lodzie — nie wahał się sięgać do obyczaju i romansu, także z tego, co dzisiaj określilibyśmy mianem „pism kobiecych”…

Temat wcale nie jest tak prosty, jak się wydaje i nie da się go zbyć jednym łatwym uzasadnieniem; oczywiście, ogólnie chodzi tutaj o Chestertonowski egalitaryzm; GKC bronił sztuki dla ludu tak, jak bronił ludowych instytucji politycznych: wiecu, krzyku, prostych sądów, myślenia kategoriami osób a nie idei, lokalnego samorządu, a wręcz i czasem — samosądu. Obrona łzawych artykułów o nowojorskich bezdomnych, albo kryminalnej papki, w której samotny amerykański detektyw ma przeciwko sobie całą policję (i cały świat), pije whiskey, wypala dwie paczki papierosów dziennie i ogóle mówiąc kicks ass, to po prostu analogiczna mutacja tej naczelniejszej idei.

Ale rzecz naprawdę warto drążyć.

Jeśli zajrzeć do biografii GKC, to na starcie w literaturze nie miał łatwo. Pierwsze tomiki poetyckie wydano nakładem jego taty; pierwszy zbiór esejów, wspomniany „The Defendant”, przeszedł bez echa, a jeśli pojawiały się jakieś recenzje, to bardzo kąśliwe. Młody człowiek pracował na utrzymanie w księgarni okultystycznej.

A potem — nastąpił przełom. I dzięki czemu? No właśnie — dzięki pisarstwu gazetowemu (pomógł trochę Bernard Shaw, ale nie miało to raczej roli kluczowej). GKC wszedł do sfery publicznej dzięki dwóm rzeczom: publikacjom przeciwko II wojnie burskiej, jakimi zalał gazety liberalne, a potem ugruntował się słynną debatą z Blatchfordem w „The Clarion”. Udało mu się, ponieważ znalazł odbiór popularny — nie ze względu na recenzje, protekcję, pomoc zewnętrzną, nie ze względu na publikacje w uznanych i szanowanych tytułach; stąd zapewne również, przynajmniej częściowo, ta lojalność i ta linia; Chesterton bronił po prostu tego, co pozwoliło mu zaistnieć.

Komuś może wydawać się to mało istotne, może czysto osobiste (wręcz małe), ale niesłusznie; każdy, kto ma trochę oleju w głowie (i oczy tam, gdzie potrzeba) zobaczy, że „The Defendant” napisał człowiek autentycznie utalentowany; że to jest świeże, oryginalne, że zapowiada coś niezmiernie ciekawego. I co?

No i właśnie — nic. Nikogo to nie obeszło; nikt nawet nie zwrócił uwagi (z jednym wyjątkiem — ale raptem jednym!). I jakkolwiek dziwne się to może po latach wydawać, trzeba pamiętać, że modernistyczna „high culture” ma też drugą stronę; i nie tylko odbiór, ale i tworzenie sztuki staje się zajęciem odpowiednim wyłącznie dla prawdziwych smakoszy. No dobrze, ale zaraz zaraz — tylko jak rozpoznać takiego prawdziwego, młodego smakosza sztuki, takiego młodziana, co to godzien jest powołania artysty, ma ten gust i styl, i opinie, które naprawdę coś znaczą?

A to proste przecież; muszą go zwąchać inni smakosze. Oni się rozpoznają po zapachu.

No i tak cała Anglia pokryła się różnorakimi towarzystwami literackimi, co były zasadniczo po prostu towarzystwami wzajemnej adoracji, wzajemnej protekcji i pomocy, wzajemnego obcmokiwania się i recyprokalnych zachwytów nad swoją awangardą i niekonwencjonalnością. GKC nigdy w życiu się w coś takiego nie wkręcił; i, co wymowne, gdy tworzyły się struktury stowarzyszeń dystrybucjonistycznych, dokonano wszystkiego, by wyglądały one nawet zupełnie inaczej…

Obrona tandety, niskiej powieści, sentymentalnych romansów, to po prostu obrona sztuki przed tyranią namaszczeńców. Niewątpliwie, podobne zadnie się na odbiorców również ma swoje wady — no ale co ich nie ma, a — jak zapewne powiedziałby to sam GKC — prosty odbiorca ma nad namaszczeńcem tę jedną przewagę, że — nie jest namaszczeńcem…

I tutaj właśnie, jak w wielu innych aspektach, zachodzi w poglądach GKC jak gdyby zbieżność z ideą rynkowości. Literatura jest do odbioru — więc powinien ją oceniać zasadniczo odbiorca; i to ten bardzo prozaiczny probierz — ilu ludzi kupi — staje się tutaj wyznacznikiem literackiego sukcesu. No cóż, był przecież Gilbert angielskim liberałem — i niewątpliwie czym skorupka za młodu nasiąknie itd. Zanim jednak zajmiemy się tworzeniem himalaicznych hipotez i strzelistych dedukcji, wnioskowaniem, porównywaniem, poprawianiem, wytykaniem (itp.), warto przypomnieć sobie jedną rzecz, którą powiedział jakiś czas temu pewien dystrybucjonista amerykański: „Zgadzamy się z kapitalizmem właściwie co do wszystkiego! Poza koncepcją człowieka, koncepcją własności, koncepcją społeczeństwa, koncepcją gospodarki…”

I tak dalej, i tak dalej. I jak zwykle, ten mały dowcip pozwala dokładnie uchwycić, o co chodzi; bo przecież za każdym pojęciem kryje się całe kłębowisko kultury — a w wypadku GKC była to naprawdę kultura inna od naszej. To zresztą argument, by czytać jego biografie; bo to nie tylko klucz do zrozumienia wielu aspektów jego twórczości, ale także i rzut oka na naprawdę inny świat, o którym nawet nie wiemy, jak bardzo się skończył. Co też wszystkim niniejszym gorąco polecam na codzienne przeżuwanie.

 

U góry: „Ależ, przecież nie da się czytać i opiekować dzieckiem w tym samym momencie!

No oczywiście, ale proszę się nie martwić — dziecko w ogóle nie przeszkadza”.