Korzystając z krótkiego czasu odpoczynku, odświeżyłem „Ferdydurke”; i odczytałem w tej książce siebie po raz wtóry…
 
A jednak, nie tylko siebie, bo i Chestertona.
 
Tematem naczelnym książki jest, jak wiadomo, sprawa narzuconej odgórnie formy, względnie gęby i pupy. Jeśli popatrzeć na GKC z perspektywy zarysowanej tutaj, porywającej metodologii literaturoznawczej, dojść można do ciekawych wniosków.
 
Bo GKC ma gębę jak stąd do Pekinu, a nie jedną! I tak, zamiast czytać, co napisał, wtłacza się go najpierw przemyślnie w jakąś ładną ramkę; moją ulubioną jest, oczywiście, „konserwatysta”, ale na tym się nie kończy, bo przecież jest jeszcze choćby „tradycjonalistyczny katolik”, „książę paradoksów”, „socjalista pobożny”, „fideista” — do wyboru, do koloru, byle tylko nie wyszedł z tekstu Człowiek i kąsać nie zaczął… Byle tylko nie wyczytać niczego, czego by się wcześniej nie założyło.
 
No, ale gęba to pół biedy, bo przed gębą można uciekać, chociaż w inną gębę; pupa — oo, to już gorsza sprawa. Przed pupą nie ma ucieczki.
 
A GKC w odbiorze to jest iście wspaniała pupa — pupa niezrównana! „Największy błazen literatury angielskiej”, „tancerz Pana Boga”, „wieloryb z sercem dziecka”, „tak święty, że aż naiwny”, co zła nie poznał w duszy, co nie miał pokusy — piękny, czysty, niewinny! Niniejszym ogłasza się, że Gilbert Keith Chesterton niewinny jest!
 
Ja się tak nabijam, ale proszę mi wierzyć: wszystko to tu i tam widziałem…
 
No i cóż rzec? Czy z takim podejściem da się cokolwiek sensownego wyczytać? Przyprawiając komuś pupę, impregnujemy się przed nim dokumentnie; nic już się do nas nie przebije, nic nie zmieni. Na wejście stawiamy się wyżej — to do nas trzeba doskoczyć, nam sprostać, nas zadowolić. My nie musimy nic (przypominam — pupa to tyle, co wciskanie w dziecinność).
 
Oczywiście, to jest wszystko jakiś kompletny nonsens. GKC pisał specyficznie, lubił pożartować, ale naprawdę — tę jego „niewinność” trudno gdziekolwiek wyczytać. To był normalny facet z krwi i kości, który miał do powiedzenia całkiem sporo ciekawych rzeczy; no, tylko że upupianie to jest ogólnie jedno z ulubionych zajęć Polaków. Upupiamy się wszędzie i namiętnie, we wszystkim, w każdym najmniejszym szczególiku życia; starzy młodych (o, to zwłaszcza), młodzi starych, nauczyciele uczniów, rodzice dzieci… — dlaczego więc nie angielskiego literata?
 
Tylko że skutki są tragiczne; dlatego też lepiej wyrzec się tego i zacząć inaczej; i nie chodzi bynajmniej, żeby nie określać. Określać. Tylko w swoim czasie — i na odpowiedni sposób. Nie duśmy określanych; róbmy miejsce.
 
A zatem: three cheers! Za lekturę GKC niepupną i bezgębną!
Na górze: obraz GKC z 1915 (ca); z delikatnie wyczuwalnym śladem pupci…