Może jeszcze słówko wyjaśnienia w sprawie poprzedniego tekstu o pewnym dystansie wobec duchowieństwa.
 
Nie za bardzo rozumiem, o co się rozchodzi, i czemu teza, że jednak księża wiedzą o życiu świeckim mniej niż świeccy wydaje się budzić u niektórych aż taki niepokój. Dla mnie to jest zupełna oczywistość. Ciekawe, że w drugą stronę zawsze to działa; i nie ma takiej możliwości, by świecki próbujący „wetknąć się” w życie swoich duchownych nie dowiedział się, że nie wie o czym mówi. Wychodzi więc na to, że się nie pomyliłem — i jednak kwestia „powołania świeckiego”, podnoszona po Soborze Watykańskim II (a zwłaszcza przed) nie została jeszcze w Kościele odpowiednio przepracowana.
 
Natomiast moje motywacje mają jeszcze inny aspekt.
 
Mianowicie: historię; tzn. historię ruchu i grupy przyjaciół, których podziwiam i których dziedzictwo staram się na miarę mych skromnych możliwości podejmować.
 
Dystrybucjonizm jest ruchem organicznie katolickim; nie ma filozofii społecznej bardziej katolickiej od dystrybucjonizmu. Zapewne z tego względu właśnie, żeby być dystrybucjonistą, katolikiem wcale być nie trzeba; no i — jak już kilka razy napomknąłem — również zapewne z tego względu ruch ten nie znalazł wśród hierarchii niemal żadnego poparcia. To bardzo dziwne; szczególnie, że związki tej doktryny z „Rerum novarum” Leona XIII (dobry przykład niezmiernie mądrego kapłana bez krzty wyczucia dla politycznej wagi sprawy narodowej) są aż nadto widoczne. Jednak, jak pisałem już wcześniej i nie raz napiszę, dystrybucjoniści musieli radzić sobie sami, bez wsparcia episkopatu. Rozwój KNS nie przyniósł tutaj niczego nowego; i stopniowo, szczególnie wobec ogólnego „zwrotu w lewo”, jaki dokonał się w Kościele w latach 70, ewidentnie do dziś próbuje się stworzyć coś w rodzaju „katolickiej socjaldemokracji”.
 
Jest to duży błąd; socjaldemokracja to ten sam materializm kulturowy, który wydał z siebie kapitalizm — tylko, że tak powiem, „po przejściach”, i w humanitarystycznym sosie czegoś, co kiedyś było wyrzutami sumienia. To wizja człowieka, którego największym pragnieniem duchowym są przyjemności i pieniądze; który nie stawia sobie wielkich celów; nie lubi wysiłku i pracy; człowieka, według doskonałego określenia Artura Penty’ego, „o podwójnym życiu”. Niestety, ale tutaj mostów się nie zbuduje; nie ma bardziej antykatolickiej antropologii.
 
Dlatego też uważam tak, jak uważam, i jak mi powiedział Grom (niemłody taki); że celem życia państwowego nie jest zadowolenie, a szczęście; że szczęście — prawdziwie ludzkie — wymaga wolności; i warunki gospodarcze powinny być tak urządzone, by wolność ta mogła się realizować. I że jedyną właściwą maksymą prawdziwie katolickiego życia gospodarczego jest upowszechnienie własności środków produkcji i wszystko, co pochodne: wzmocnienie rodziny, budowa ducha korporacyjnego, ducha solidarności, spontanicznej zdolności do akcji zbiorowej, niewiarygodna różnorodność form życia; która w sposób analogiczny naśladuje nieskończone bogactwo Życia Boga.
 
Tak uważałem i tak uważam; i cóż — mam przestać? Dlatego że biskupi w ogóle nic o tym nie wiedzą, a papież popiera politycznie panią „Hilarie” Clinton?
 
Wolne żarty.
 
I, przepraszam uprzejmie, twierdzę, że to ja właśnie mam tutaj rację; jako człowiek — i jako katolik.
 
Czasami tak trzeba; iść pod prąd, kłócić się, radzić sobie samemu. Wyżej: ku medytacji; propozycja: zasadźmy w Polsce (i w Kościele) nasze Drzewo Wolności.