Wybraliśmy się zatem z rodziną w małą podróż. Trzeba było pojechać chwilę zakopianką, ale potem odbiliśmy na prawo w stronę Jordanowa, i dalej, na Wadowice, a potem do domu.
 
Tak też byłem i widziałem; a widziałem ciekawe rzeczy; przede wszystkim — dystrybucjonizm.
 
Pierwsze, co pamiętam, to że było: zielono; mnóstwo drzew, krzaków i zatrawienia; a pomiędzy kępami zieleni — wielka ilość murowanych domów (trzeba przyznać, że żyje się lepiej narodowi), a przy nich — podwórka, obejścia, ogródki kwiatowe (czasem nawet warzywne!), chodniczki, trawniczki, czego dusza zapragnie. Za nimi zaś — mnóstwo małych, rodzinnych interesów; a to sklep spożywczo-przemysłowy o jakiejś egzotycznej nazwie, jedyny taki w całej Polsce; a to serwis wulkanizacyjny bez żadnej nazwy; a to krawiec; a to zielarz; tu szyją i piorą pościel; tam sprzedają kafelki; jest serwis komputerowy; i jest sklep z artykułami dla gołębiarzy. Tymczasem, życie toczy się swoim torem; dzieci się bawią; młodzież jeździ na rowerach; a starszy pan siedzi przed domem w kwiatkach i lustruje uważnie przejeżdżające samochody.
 
A przede wszystkim: pola. Jak okiem sięgnął, pola; obsiane, zadbane, precyzyjnie wydzielone; jak okiem sięgnął — ale właśnie: sięgnął. Każde można objąć spojrzeniem; każde można objąć umysłem. To nie kolosalne, amerykańskie bezkresy, na których nawet zbiory trzeba koordynować elektroniczne; to, według słów GKC, „poezja prostego człowieka”.
 
Słowem: normalnie.
 
Komuś może się to wydawać mało imponujące; ale jednak — jeśli przemyśli się tendencje rozwoju współczesnego świata, spojrzy na USA (niegdyś kraj rolników), zacznie łączyć fakty, to cóż: trudno nie czuć na to wszystko jakiejś dziwnej radości. Jest w Polsce świat inny, niż ten, o którym się dzisiaj przede wszystkim mówi; to są inne struktury, inne priorytety, inne wartości. Niby wiemy to wszystko od ostatnich wyborów; że Polska jest podzielona, i to bardzo realnie — i bardzo boleśnie. Ale czy jest na scenie politycznej ktokolwiek, kto broniłby tego świata dla niego samego — kto powiedziałby: tego chcemy, do tego dążymy, to będziemy ochraniać?
 
Bo to jest druga myśl, która towarzyszyła mi przez całą moją podróż. Co się stanie z tym wszystkim za czterdzieści lat? Czy ktoś o to zadba? I czy sami zainteresowani będą chcieli, by o to zadbano? Nie daje mi to spokoju. Czy istotnie, ci wszyscy ludzie, „umiarkowanie” (według słów GKC) „szczęśliwi, umiarkowanie bogaci”, którzy nawet nie wiedzą, jak wiele otrzymali — czy oni obronią swoje życie, gdy przyjdzie co do czego?
 
Małe gospodarstwo jest naprawdę bardzo małe; i z perspektywy „polityki wskaźnikowej”, rynków globalnych, wielkich planów gospodarczych, bardzo łatwo je przeoczyć; i ból człowieka ogarnia, gdy widzi, jak jedyne siły, które mogłyby się w Ojczyźnie przysłużyć temu światu (bo nim nie pogardzają), skupiają się na inwestycjach Mercedesa, samochodach elektronicznych i wielkich programach redystrybucyjnych; i tym bardziej — że znaczna część tego świata aż się pali do tej redystrybucji. Redystrybucja bywa pożyteczna; ale zawsze się kończy. Bo pieniądze zawsze się kończą, prędzej czy później. I wtedy człowiek zostaje sam, ze swoją rodziną, i tym, co potrafi wypracować. Jeśli uzależni się ten cały, niesamowicie różnorodny świat różnych form własności, to bogactwo życia rodzinnego, tę mozaikę samodzielności, od wsparcia państwowego — co się stanie, gdy nagle tego wsparcia zabraknie?
 
Strach myśleć; autentycznie strach.
 
Póki co wszakże, mam jedno odczucie; i nie bacząc na to czarnowidztwo, nim się dzielę. Bo chciałbym, aby i inni ludzie poczuli jw jakiś sposób mniej więcej to samo. Oto w Polsce — jest dobrze. A dobro, jak wiemy, ma to do siebie, że się rozlewa. Co daj nam Boże — Amen!
Powyżej: Jan Constable (1776-1837), „Park Wivenhoe” (1816). Anglicy mieli to w parkach — my to mamy w codzienności. Doceńmy, na Boga, doceńmy! A w tym docenianiu, niech nam pomaga nieodłączny GKC, któremu zawdzięczam samo to, że mogłem coś takiego napisać; ale to już Bóg mu wszystko wynagrodzi.