Więc może jeszcze małe, szybkie ad vocem co do ostatniej sprawy.

Skończyłem mówiąc, że Polska albo stanie się „narodem polityków, czyli narodem obywateli”, albo skończy marnie, po raz kolejny podzielony między możnych i wpływowych tego świata; no, ja się oczywiście ze sobą zgadzam (choć nie zawsze, trzeba przyznać, i nie we wszystkim) – niemniej skoro zacząłem, to skończę. O co chodzi mi, gdy mówię, „społeczeństwo obywatelskie”?

Generalnie, jak sobie wyobrażam, mniej więcej o to, o co Gilbertowi. Sprawę świetnie wytłumaczył profesor R.R. Palmer w genialnej monografii „The Democratic Revolution” (ca. 1959). Społeczeństwa dzielą się zasadniczo na dwa typy; pierwszy, w którym jednostka uczestniczy w życiu publicznym nie jako ona sama, ale wyłącznie jako członek i przedstawiciel jakieś grupy, np. stanu, korporacji, Kościoła, rodu itp.; od tej grupy otrzymuje namaszczenie i cele do wykonania, jej interesów szuka i jej chwałę stara się pomnażać, ciesząc się w zamian pewnym zestawem przywilejów, przypisanym przez suwerena do tej właśnie grupy (np. monopolem na obrót zbożem, mówiąc najbanalniej, przywilejem nietykalności cielesnej, przywilejem posiadania ziemi i tak dalej). Efektem jest skomplikowany układ społeczeństwa stanowego. Społeczeństwo takie może funkcjonować dobrze lub źle, przy czym „dobrze” oznacza: w sposób otwarty, zapewniając możliwość awansu społecznego, bezpieczeństwo ludu i krążenie elit, a „źle”: w sposób zamknięty, czyli kompletnie skostniały, gdy stany zaczynają multiplikować się wyłącznie wewnętrznie. Analiza Palmera jest w tej materii prosta: średniowiecze to przykład dobrego funkcjonowania społeczeństwa stanowego; najfatalniejszym natomiast dla tego systemu etapem, takim, w którym zdegenerował się on najbardziej jak to możliwe i runął pod własnym ciężarem, był wiek XVIII.

W wieku XVIII nałożyły się na siebie dwie, a właściwie trzy, rzeczy: makabryczne skostnienie struktur społecznych przy całkowitej monopolizacji władzy w ręku arystokracji, pogłębiająca się nędza ludu, wywołana uciskiem fiskalnym feudałów, i dynamiczny wzrost nowego środowiska działaczy polityczno-kulturalnych (dziś powiedzielibyśmy „liderów”) z klasy średniej, którzy – choć nieprawdopodobnie wykształceni i chętni do działania – nie mogli zaistnieć na niwie publicznej ze względu na brak namaszczenia grupy, który odcinał ich od mecenatu, skutkiem czego często musieli biedować. Naturalnym efektem było szukanie alternatywnych rozwiązań ustrojowych, które znaleziono właśnie w koncepcji społeczeństwa obywatelskiego, konkurencyjnego wobec społeczeństwa stanów, a zasadzającego się na prostej koncepcji: że relacja jednostki do życia publicznego jest bezpośrednia; byt państwowy bierze się z umowy społecznej, czyli zasadniczo aktu woli zbiorowej, naraz dla tej woli pierwszego i konstytutywnego, a więc podtrzymywany jest dokładnie przez zgodę każdego z członków społeczeństwa, świadomą lub tylko domyślną; i z samego tego faktu, tzn. z tego, że byt państwowy „emanuje” poniekąd z tych, którzy w danym państwie żyją, każdy uprawniony jest do możliwie jak najszerszego uczestnictwa w życiu publicznym, a jakość jego działań i zgodność ich z wolą powszechną okazuje się dopiero a posteriori.  Stąd też idea równych praw i równych szans. Oczywiście, chodzi tutaj tylko o równość fundamentalną, a nie bezwzględną (chyba że w wypadku przeróżnych degeneracji tej idei); obywatele mogą działać indywidualnie, a mogą (czasami muszą) współpracować, tworząc przeróżne wspólnoty myśli i woli wewnątrz państwa, w zależności od tradycji, uwarunkowań społecznych i historycznych swojego kraju – pod warunkiem wszakże, że grupy te zachowają ściśle charakter instrumentalny w stosunku do woli powszechnej i dobra publicznego, nie będą mu zagrażać ani go zawłaszczać; co w praktyce równa się prostemu stwierdzeniu: nie będą miały żadnych stałych przywilejów, nawet nieformalnie. Kliki trzeba rozbijać.

W zamyśle, dodajmy, i przynajmniej w znacznej mierze, koncepcja ta stanowiła powrót do politycznej refleksji starożytnych, zwłaszcza surowej logiki Rzymu.

Taki model społeczeństwa, model społeczeństwa opierającego się na dwóch filarach: wolnej inicjatywie jednostki i dobru publicznym (które pozostają w ścisłej korelacji i nawzajem się determinują), to właśnie społeczeństwo obywatelskie, względnie republika; jego członek zaś – to obywatel, człowiek wolny, „malujący i przemalowujący ojczyznę tak jak maluje się i przemalowuje domy”.

I jak się to ma do Gilberta? Krótko mówiąc: tak, że jeśli ktoś go czyta, to dla niego żadna nowość. Pamięta ktoś może (?) piękny tekst, jaki popełnił po drugiej podróży do Ameryki, w roku 1932, pt. „Co z Republiką”; znajdujemy tam na przykład taki passus:

„Obywatele Stanów Zjednoczonych zaś, nie są ani trochę republikanami; a tyczy się to zwłaszcza samych Republikanów. Jako iż ów stary jak świat termin „Rzecz-Pospolita”, używany zarówno jeszcze w feudalnym średniowieczu, jak i w czasach Imperium Rzymskiego, zawiera w sobie ideę, że każdy człowiek pozostaje w bezpośredniej relacji do państwa czy dobra wspólnego – bardziej bezpośredniej od wszystkich tych, które łączą go z jakimkolwiek panem czy patronem w jego życiu prywatnym; że cokolwiek czyni on targując się z równymi sobie, czy występując w charakterze klienta bądź adwokata, powinien zawsze zachowywać świadomość, że dokonuje się to wszystko na owym gigantycznym tle, jakim jest Forum czy Kapitol”.

Czyli to wszystko, co napisał profesor Palmer; tylko nieco krócej. Gilberta można lubić i nie lubić, można się z nim zgadzać i nie zgadzać – ale jeśli lubimy go bądź nie lubimy, jeśli zgadzamy się z nim lub nie zgadzamy, to zawsze, tylko i wyłącznie, w odniesieniu do tej podstawowej kwestii, która w sensie ideowym stanowiła właśnie „gigantyczne tło” jego pisarstwa.

No i na koniec zawsze można – wzorem Gilberta i Belloca – zadać sobie pytanie, który z modeli społeczeństwa dominuje dzisiaj: stanowy czy obywatelski; i co w związku z tym? Mniemam, że efekty mogłyby być interesujące. I ciekawe, że nawet jeśli oskarża się społeczeństwa o „demokratyczną anarchię”, „władzę tłuszczy” itd., głosząc konieczność powrotu do „chrześcijańskiego” ustroju stanów i przywilejów, to jednak zawsze jakoś dostrzega się, że proces demontażu państwa europejskiego prowadzi nie „szalona tłuszcza”, a choćby taki Soros i tym podobne szare eminencje świata, które pompują w to gigantyczne pieniądze – a społeczeństwo po prostu poddaje się, obrzydliwie (i serio, mnie to brzydzi) łatwo ich kierownictwu; i, co więcej, zawsze ostatecznie kończy się apelami do inicjatywy jednostki: „TY coś zrób, bo inaczej Polska obróci się w ruinę; TY coś zrób – bo i Ty jesteś Polską”.

Istotnie; szczerze powiedziawszy, nigdy nie wiem, co myśleć, wobec podobnego korowodu sprzeczności, jaki często da się uświadczyć w sprawach politycznych. No ale niezależnie od tego, można powiedzieć chociaż tyle: że być może „Rewolucja Francuska” pana B. stanie się kiedyś mniej niepopularna. PAX.