Ostatnio zdarzyło mi się zakończyć na nieco z głupia frant wtrąconym stwierdzeniu, że zmian radykalnych nie da się zrobić bez silnej władzy jednostki, przynajmniej przejściowej — i że taka władza zawsze zaburza, mniej lub bardziej, zastany ład republikański.
 
No i cóż, uważam, że to zupełna prawda. „Ale zaraz zaraz”, powie ktoś, „a po co w ogóle komu zmiany radykalne? A może one w ogóle nie są potrzebne?” Słuszne pytanie — i, istotnie, istnieje przecież cała wielka tradycja polityczna oparta dokładnie na tym przeświadczeniu: że nie są potrzebne. A jednak, GKC się w tę tradycję polityczną nie wpisuje; i warto może powiedzieć o tym dwa słowa.
 
GKC lubił zmiany radykalne, czyli instytucję rewolucji, krótko mówiąc, pasjami. Metod argumentacji znajdzie się w jego dorobku cała masa, ale ja przybliżę tutaj zaledwie dwie, moim zdaniem najbardziej zasadnicze. Pierwsza sprawa zatem, to kwestia temperamentu; GKC miał, po prostu, usposobienie rewolucjonisty. Nieprzypadkowo napisał w 1907 roku w „Daily News”: „Jasne, że w jakiś sposób dokonuje się teraz w Rosji jakaś Rewolucja; i sama ta myśl powinna wystarczyć do szczęścia zdrowemu człowiekowi. Rewolucja to z pewnością jakiś pierwiastek boski w człowieku: ‚oto wszystko czynię nowe'”. Podobne, niemalże estetyczne argumenty znajdzie się tu i tam, rozrzucone po mnóstwie książek, choćby „Nowym Jeruzalem” czy „Zbrodniach Anglii”; barykada to rzecz „porywająca”, Rewolucja Francuska — „świeża” czy „energetyczna”; myślę, że łatwo złapać ten tok rozumowania.
 
Ale, oczywiście, na tym rzecz się nie kończy (gdyby się kończyła, wyglądałoby to trochę głupio). GKC argumentował bowiem również np. z historii; i zawsze sprowadzało się to do stwierdzenia, że rewolucja ma jedną zaletę: działa. A brak rewolucji nie działa.
 
Oczywiście, ulubiony przykład stanowiło nieodłącznie porównanie losów Anglii i Francji wieku XIX. We Francji, stwierdza GKC, Rewolucja przegrała — częściowo z własnej winy, ze względu na bezmyślność, niepotrzebne okrucieństwo, głupie uproszczenia; ale jednak, jakobini — co by o nich powiedzieć — zrobili „coś”. „Coś” im się udało; i to „coś” wraca regularnie w Chestertonowskim pisarstwie. Przy wszystkich porażkach rozdystrybuowali własność ziemską i spowodowali, na dłuższą metę, trwałe zmiany mentalnościowe, które obroniły Francję przed industrializmem i wydały z siebie patriotyczny, zjednoczony naród; pozwoliły zachować w tym kraju żywy element demokratyczny. W Anglii, rewolucji nie było; w związku z czym, pod płaszczykiem demokratyzacji wprowadzono tam bezwzględną oligarchię, całkowicie zaprzepaszczając szansę, jaką stworzyły dla Anglii reformy wyborcze roku 1832; rolnik angielski niemal wyginął; robotnik stał się potulny i bierny; parlament stał się fasadą wielkich interesów.
 
Oczywiście, to dosyć kontrowersyjna wizja dziejów, i wielu by się z nią nie zgodziło; no pewnie, ale — jednakoż można się i zgodzić.
 
Co wszakże istotne: GKC nie miał za swojego głównego wroga prawdziwych konserwatystów. Nie zgadzał się z nimi, ale zawsze wypowiadał się o nich z szacunkiem — choć i nie bez delikatnego przytyku, że „jakże to zadziwiające: partia konserwatywna, która naprawdę chce ‚konserwować’!” Na pierwszym miejscu jego czarnej listy znajdowali się, jak ich nazywał, „rozwadniacze” idei demokratycznej, którzy głosili konieczność transformacji społecznej, ale chcieli doprowadzić do niej małymi kroczkami. Tutaj, istotnie, GKC dostawał szału i robił się niemiły. I nie chodziło tylko o to, że to się nigdy nie udało — nawet nie o hipokryzję, która tak często temu towarzyszyła; ale o to, że — według GKC rzecz jasna — takie podejście to czysty nonsens.
 
Znów wracamy tutaj do podstawowego pojęcia jasności ideałów i określenia celów; w Chestertonistycznej „politologii”, to sprawa absolutnie kluczowa. I Gilbert zdawał się uważać, że gdy się to zrobi, dostrzeże się jedną rzecz: że środki muszą być proporcjonalne do celu; że to wszystko musi współgrać. Nieprawdopodobnie ważnym przesłaniem tej refleksji jest właśnie to: że nie da się wprowadzać rewolucyjnych zmian ewolucyjnymi metodami; że nie da się zrobić dużo robiąc mało; zerwać zachowując ciągłość; zjeść ciastko i mieć ciastko.
 
Tak też nieustannie nawołuje GKC rodzimych swych polityków: „Zdecyduje się wreszcie! Określcie się! Powiedzie czego chcecie! Chcecie wolności i demokracji — to je wprowadźcie; nie chcecie — nie wprowadzajcie; ale, na Boga, nie mówcie, że chcecie demokracji, ale że najlepszym narzędziem jej wprowadzenia jest kasta oligarchów; albo że chcecie niezależności politycznej ludu, ale do jej osiągnięcia potrzebne jest uzależnienie 95% społeczeństwa od najbogatszych 5%”. O to właśnie chodzi w tych wszystkich upiornych spekulacjach, że system niewolniczy bywał poniekąd lepszy od kapitalizmu; był lepszy w tym sensie, że był jasny; pan był panem, niewolnik niewolnikiem; a w mętliku Anglii wiktoriańskiej, robotnik był nie wiadomo kim; był to człowiek nieznany, pusta karta, zero (dodać, odjąć, wszystko jedno) — i wielu grubym rybom, lubiącym mętne wody, dokładnie o to chodziło.
 
Tylko że, i to też GKC mówił całe życie, taki stan zawsze — prędzej czy później — doprowadzi do katastrofy. To jest zresztą ciekawy moment; bo GKC, przy całej sympatii do rewolucji w ogóle, zawsze nawoływał przeciwko rewolucji bolszewickiej… Jest to inny temat, na inny czas, ale unaocznia przyjemnie, że sprawa jest złożona.
 
To ogólne zamiłowanie do jasności projektu, do logiki działania, to w ogóle szersze zagadnienie, o którym będzie można sobie powiedzieć coś kiedy indziej; póki co zdecydowanie wystarczy. No i jak zwykle, materiał do namysłu — bo czy i dzisiaj nie da się zauważyć zupełnie identycznych problemów? I to jest chyba podstawowe zadanie świadomego obywatela — „ścigać” polityków ideowo; wyduszać z nich prawdziwe intencje; a potem — zmuszać, w ramach określonych przez prawo, do konsekwencji.
A może, w pierwszym rzędzie — w ogóle uświadomić im tę konieczność? No i samemu sobie…
 
Tak czy inaczej, można mniemać, że wszystko to przysłużyłoby się znamienicie naszej ogólnej kulturze politycznej — i pozwoliło uniknąć sporej ilości manipulacji, która teraz, w kulturze jawnej „post-prawdy” (ohydne słowo…) stanowi poniekąd suchy chleb polityczny Polaka.
Miałem problem z dobraniem jakiejś ilustracji, ale zdecydowałem się na to, co wyżej — Juliusz Giradet, scena pojmania rewolucjonistów antyrewolucjonistycznych przez rewolucjonistów rewolucjonistycznych… Jak paradoksy, to paradoksy.