Generalnie, trzeba powiedzieć, wielu rzeczy; na przykład tego, jak wytrzymać tydzień bez obiadu, jak pisać 10 stron doktoratu dziennie i nie zwariować, jak kupować piwo tanio i dobrze, i takie tam.

Najważniejsze jednak, jak to w moim wypadku (jak zwierza politycznego) są wnioski społeczne. I wiecie Państwo co? Pierwsze, czego się nauczyłem, to że mieszanie polityki i religii to jest bardzo, bardzo niebezpieczna zabawa dla bardzo, bardzo głupich ludzi; po drugie – że Sobór Watykański II naprawdę był opatrznościowy.

Niby wiedziałem to wszystko wcześniej i gorszyłem czytelników wpisami na temat już jakiś czas temu; niemniej naprawdę – wyrozumować coś teoretycznie, a przekonać się w ogniu doświadczenia to są kompletnie, kompletnie dwie różne rzeczy. Powie mi ktoś, że to truizm; no i dobrze – bo truizmów nigdy dość.

W Polsce po prawej stronie, do której (chyba?) jeżeli do kogokolwiek głównie adresuję swoje emanacje, jest teraz moda na kontestację dialogu międzyreligijnego, liberalnego pojęcia tolerancji, wolności religijnej i tym podobnych rzeczy. „Hu-hu”, słyszy się wkoło, „jaka tam tolerancja, jakie tam dialogi. Do diabła z nimi, heretycy, odstępcy, antychrysty, zwodziciele – dawać ich tutaj, zaraz im pokażemy – my, nowe pokolenie świadomych swego katolików – idziemy na wojnę!”

Tak, to się faktycznie bardzo łatwo gada. Szczególnie, że Polska nie miała wojen religijnych. Bo jak ktoś przeżyje wojnę religijną, to mu jakby chęć do takiego pieprzenia (przepraszam uprzejmie, szczególnie drogie panie) jakoś przechodzi. I to naprawdę nie trzeba wiele, żeby to zrozumieć – wystarczy posłuchać. Teraz na przykład mieszkam sobie (oczywiście kątem, bo to nie moja ziemia, i nigdy niestety by nią być nie mogła) w kraju, w którym do dziś zdarzają się wypadki, że uczniowie szkół protestanckich i katolickich biją się na ulicach i rzucają w siebie kamieniami; że dzieci ze środowisk protestanckich uczy się, że katolicy to „źli ludzie” – i vice versa; że pali się publicznie przed szkołą podręczniki, które wydają się za bardzo antyoranżystowskie – ludzie! Jedna dziewczyna, z którą rozmawiałem opowiadała mi nawet, że jak nabijali się z bratem – jako takie małe smyki lat 6-7 – z tego, jak w pewnych regionach Irlandii Północnej niektórzy wymawiają „h”, ojciec wypadł na nich wściekły z salonu, zrobił awanturę, jakiej w życiu nie pamiętali i dał szlaban na parę dni.

Czemu? Bo tak „h” wymawiają katolicy; to znaczy – IRA.

No i tak to tu właśnie wygląda; wątki religijne i polityczne funkcjonują właściwie łącznie, wszystko się miesza ze wszystkim, nieporozumienia nie rozwiązują się, a narastają, a pod spodem wrze po prostu jakaś niewyobrażalna nienawiść, którą trudno nawet opisać, ale bardzo, bardzo łatwo wyczuć. I to dwadzieścia lat po Porozumieniu Wielkiego Piątku.

No i co? No i po prostu można odczuwać pewną dumę, gdy słuchając na Mszy niedzielnej kazania siwego jak gołąbek irlandzkiego księdza odbieramy nagle spokojne wezwanie, by protestantów nie traktować jak wrogów, ale braci w Chrystusie, by cieszyć się z działania łaski w ich kościołach i szukać porozumienia, czy raczej zrozumienia, mimo różnic i mimo przeszłości. Na dźwięk tych słów, rzecz jasna, część zebranych zaczęła nerwowo wiercić się na krzesłach i sapać z niezadowoleniem. Ale jednak te słowa padły, bo sędziwy kapłan nie boi się niczego, i nawet nie mam mu za złe jak mnie piorunował wzrokiem gdy nie bardzo chciałem przyjąć Komunię na rękę (ostatecznie poległem, bo staram się respektować obyczaje kościołów lokalnych).  Po prostu w takim miejscu, w takim kontekście, i po takich wydarzeniach, taka wypowiedź – to jest coś; to jest świadectwo. Świadectwo wiary – i wielkiej mądrości, którą Kościół oficjalnie uznał i sformułował w dokumentach Soboru. Innymi słowy: mamy to w papierach. I możemy się tym chwalić publicznie.

No i tytułem zakończenia jeszcze jedna uwaga. Bo my w Polsce, ponieważ mieszkamy w Polsce, patrzymy z polskiej perspektywy; i rzeczywiście pewna nowa „moda” ekumeniczna czy jak ją zwać może wydawać się nam osobliwa. „Po co”, pytają ludzie, „te wspólne niby-nabożeństwa, modlitwy z protestantami, udawanie, że nic nas nie dzieli, cały ten przykry teatrzyk, który tylko mąci ludziom w głowach”? Odpowiadam: po nic. Literalnie. Byłem na kilku takich wydarzeniach i nic z nich absolutnie nie wynikało. Ale chodzi dokładnie o to, że w Polsce naprawdę jest po prostu spokojnie. Nie mamy konfliktów na tle religijnym, więc i nie bardzo się kończą (co w sumie chyba logiczne). Tylko że to jest właśnie polska perspektywa; a świat jest sporo większy. I dla tych krajów, w których te konflikty są wciąż bardzo realne, a pamięć starych waśni – sięgająca jeszcze czasem (no, nie tu, w Irlandii Północnej, ale gdzie indziej) czasów wojny trzydziestoletniej, tej niewyobrażalnej rzezi, która stała się (tak, ona właśnie – a nie Rewolucja Francuska) początkiem końca chrześcijaństwa w Europie – tli się pod średnio przekonującymi maskami uśmiechów i kompromisów, takie nabożeństwa naprawdę mają sens. I to niewyobrażalny. „Kto we łzach sieje, żąć będzie w radości”. Nie wiemy, jaki owoc to wszystko jeszcze przyniesie.

Tylko też trzeba zrozumieć, jaki jest ich sens właściwy; bo Maritain to naprawdę była głowa. I, by zacytować tutaj znane sformułowanie innego jeszcze myśliciela, którego akurat Jacques bardzo nie lubił, „wszystko jest trochę polityczne”. I istotnie, polityką z religią jakoś łączyć można – a nawet trzeba, pod warunkiem, że robi się to we właściwy sposób. Łatwe to nie jest, na pewno, ale dobra wiadomość taka, że nam, jako miłośnikom Gilberta, połapać się w tym wszystkim na pewno nieco łatwiej; bo Sobór nie wziął się znikąd – i miał wielu wspaniałych prekursorów, a zwłaszcza jednego, który uosabiał ten ideał po prostu wyjątkowo, i to jeszcze dokładnie tak, jak trzeba, tak ze nic się nikomu nie pomyli, ani nikt się nie pogubi, jeżeli tylko będzie go czytał z należytym rozumieniem.

„Nawet ostatnio”, że się powtórzę, „artykuł o tym napisałem”. I może będzie on, a może nie będzie, może dobrze to i, a może i niedobrze – jak zwykle. Ale to już inna historia.