Mamy teraz w Polsce (politycznie rzecz biorąc, o ile „politycznie” rozumie się po Bożemu, a nie po współczesnemu, czyli kretyńsko) raczej smutny czas; chciałbym napisać „refleksji”, ale — niestety — nie o refleksję wcale chodzi, tylko raczej o przykry festiwal samobiczowania, jacy my to głupi, tacy owacy, a czemuśmy się nie „dogadali” z Hitlerem albo Stalinem, a czemu nikt nie przewidział, jak można było przewidzieć brekekeks brekekeks…

Wszystko można pomyśleć i o wszystkim można rozmawiać, tylko tak, żeby było dobrze, a niekoniecznie źle. Można rozmawiać o dziejach, śledzić możliwości, rozważać, co by było gdyby; tylko trzeba to robić w odpowiedni sposób. Natomiast moim skromnym zdaniem dzisiaj w większości wypadków nie robi się tego w odpowiedni sposób, a najwyżej w bardzo nieodpowiedni sposób. Nie wiem, być może taki jestem arogancki, ale wydaje mi się, że jednym z zasadniczych warunków owocności myślenia jest dostrojenie się do wymagań przedmiotu; i nie choć tutaj tylko o subtelności gry między poznającym a poznawanym, analogiczną głębię bytu który ogarnia sam siebie, scholastyczne „lumen”, które tak olśniewa nas na kartach „Summy teologicznej”, ale także o rzeczy bardzo, bardzo proste.

Na przykład: że jeśli sprawa jest skomplikowana, to namysł też powinien być skomplikowany. Oczywiste? Być może; tylko skoro tak, to czemu chyba nikt tego nie wie?

Jeśli komuś wydaje się, że wymyślam, niech się rozejrzy tu albo i tam. Jaki koń jest każdy widzi.

W każdym razie możemy mieć pewność, że roztrząsania historyczne to jedna z tych spraw, w których utylitarystyczny rachunek zysków i strat (czy „filozofia zysków i strat”, tutaj Carlyle naprawdę błysnął) przydaje się mniej więcej na nic. A skoro nie chcemy utylitarystycznej filozofii zysków i strat, warto sięgnąć do alternatywy, i to najlepiej takiej, która powstawała na tym samym gruncie, znała tę mentalność w skutkach i przyczynach, i potrafiła uderzyć w najsłabsze miejsce.

I to są, na przykład, „Zbrodnie Anglii” GKC.

Może to i egzotyczne, by myślenia o Ojczyźnie uczył nas Anglik, ale Duch tchnie kędy chce i uczyć się można od każdego; a naprawdę, kto przeczyta, nie będzie zawiedziony.

„Tak właśnie przebiegł pierwszy akt tej tragedii – i tutaj też możemy wreszcie rozstać się z Fryderykiem Wielkim; bo z nim już skończyliśmy – choć z jego ciężką pracą: nie. Wystarczy dodać tutaj jeszcze tylko tyle, że gdybyśmy określili jego późniejsze działania mianem ‚satanicznych’, nie byłaby to obelga, ale naukowa charakterystyka teologiczna. Był kusicielem. Zmusił innych monarchów, aby mieli wespół z nim ‚uczestnictwo w ciele Polski’ i zrozumieli znaczenie czarnej mszy. Polska leżała zdruzgotana przed trzema olbrzymami w stalowych zbrojach, i jej imię stało się synonimem klęski. Prusacy, ze swoją zwykłą i podziwu godną wielkodusznością, wygłaszali wykłady o wadach dziedzicznych zamordowanego przez nich człowieka. Nie dostrzegali życia, wciąż tlącego się w tych biednych członkach; i dużo czasu jeszcze musiało upłynąć, zanim zrozumieli swój błąd. W dniu, kiedy to się stało, pięć różnych narodów miało mieć uczestnictwo nie w polskim ciele – ale w polskim duchu; i wyspy zachodu posłyszały nareszcie z oddali głos trąby, obwieszczający w Warszawie zmartwychwstanie ludów”.

Ja w każdym razie bardzo chciałbym usłyszeć coś takiego z ust polskiego komentatora. Polska nie poznała zbyt dobrze wątpliwych dobrodziejstw materialistycznego imperializmu, który ukształtował dwudziestowieczną Europę, i nie musi myśleć według jego kategorii. Oczywiście, można utrzymywać, że to fatalnie; że to katastrofa; że nic gorszego nie mogło nas spotkać, i dlatego właśnie jesteśmy „zacofani”, że Polska jest „brzydką panną bez posagu”, i w ogóle powinno nam być za siebie strasznie wstyd.  Jest to kwestia gustów i opinii, i trudno komuś odmawiać prawa do indywidualnych upodobań. Natomiast, niezależnie od wszelkich gustów i opinii, fakt pozostaje faktem, że mamy realną szansę (coraz mniejszą, w miarę upływu czasu, niemniej mamy) stworzyć inną mentalność społeczną, i mnie osobiście wydaje się, że szkoda byłoby ją przespać. No, ale to już — jak rzekłem — kwestia gustu. Być może to ja jestem ten głupi; a najwspanialszym ideałem politycznym jest małpowanie wiktoriańskiego filisterstwa.

Swoją drogą; Fryderyk Wielki, wiek XVIII, rozbiory… Ale mniemam, że i wobec tych dni, które obecnie przeżywamy, cytat nie jest od rzeczy. Imiona i okoliczności można powymieniać, ale pewien duch trwa; i trzeba koniecznie zapytać, czy nie słychać nie wieje on od zachodu także i dziś.

Bo jeśli tak, to dobrze byłoby coś z tym zrobić. PAX. Powyżej: Józef Chełmoński, „Bociany”.