Dużo się mówi o Dyrektywie o jednolitym rynku cyfrowym; zazwyczaj niedobrze. A tak się składa, że ja – jako liberał mimo woli – jestem za. Dwa słowa czemu.

Po pierwsze: bo prawa autorskie są święte i powinno się ich bronić. Oczywiście, mogą się przy tym pojawić nadużycia; ale przy każdym prawodawstwie nie tyle mogą się pojawić, co pojawiają się nadużycia. Taki byt ludzki i albo się z tym pogodzimy, albo musimy zlikwidować państwo. Argument z trudności nie jest argumentem. Natomiast argument z praw autorskich jest argumentem. Rozpoznanie szczególnego prawa wykonawcy do wykonanego, szczególnego charakteru podmiotowości ludzkiej, w sensie ontycznym wyrażającej się w swoich dziełach, to realne osiągnięcie, i powinniśmy go dzisiaj – w tych czasach odradzającego się buszmeństwa (co nie ma związku z prawdziwymi ludźmi buszu, nieraz istotnie wysokiej kultury) – bronić za wszelką cenę. Niektórzy zachwycają się Chińczykami i twierdzą, że nierozpoznawanie instytucji własności intelektualnej to realizm strzelisty, i znak najwyższej cywilizacji w dziejach. Jeśli tak, to gwiżdżę na cywilizację, być może istotnie przenoszącej się o tyle, o ile jest chorobą; a na pewno gwiżdżę na Chińczyków, lud wielki i historyczny (dodatkowo strasznie zgnębiony). Z tego prostego powodu, że nie jesteśmy w Chinach; jesteśmy w Europie, a w Europie ma być po europejsku („Christmas is Christmas is Christmas is Christmas”). Nie wiem, czy rozwiązania proponowane przez Unię są co do metod najlepsze, pewnie nie; ale to na pewno krok w dobrym kierunku.

Po drugie: bo będzie wreszcie element cenzury; ktoś powiedział, że „nie będzie już praktycznie w internecie anonimowości”. Jeśli tak, to zaczynam śpiewać. Nie ma większego zwolennika wolności słowa, niż ja; ale wolność, jako świadomy akt osoby, konotuje odpowiedzialność. To piękna doktryna, zasadzająca się na przekonaniu, że szacunek do samego siebie to w normalnych warunkach wystarczająca regulacja moralna wypowiadanych treści. Mówię – ale ja mówię, i podpisuję słowo imieniem i nazwiskiem (dlatego też mam do niego prawo autorskie, prawda, jak to się pięknie zazębia?), wierząc w to co mówię i wykazując gotowość do przyjęcia konsekwencji. Anonimowe plucie na wszystko i wszystkich nie jest wolnością słowa, a anarchią popędów, która doprowadza naturę jednostkową do stanu takiego upodlenia i barbaryzacji, że o żadnej wolności już mowy być nie może, chyba że chodzi o wolność pieska (samą w sobie wystarczająco inspirującą, ale w wypadku człowieka nie bardzo), który sika gdzie chce.

No i na koniec, ciekawym zbiegiem okoliczności, podobna obrona wolności słowa znakomicie sprzyja demokracji. Niewątpliwie, teraz, gdy za wszystko będzie można ponieść konsekwencje, wielu ludzi ugryzie się w język; i po prostu cudownie. Gilbert, wielki znawca i teoretyk demokracji, zawarł gdzieś tę złotą maksymę, którą powinien przemyśleć i wypisać sobie na sercu każdy, kto ma się za demokratę, albo przynajmniej pragnąłby nim być (jak niżej, a właściwie wyżej, podpisany); lud zazwyczaj robi mądrze; ale gada nieprawdopodobnie głupio. Skazuje tych co trzeba za nie to, co trzeba; podejmuje właściwą decyzję z niewłaściwych pobudek. Wie co robić, ale nie potrafi uzasadnić dlaczego. I to, jeśli się zastanowić, zupełnie naturalne. Lud nie jest intelektualistą; lud działa opierając się na przeczuciach, instynktach, zdrowym rozsądku – zasadniczo na intuicji; i teraz: dopóki tak jest, jest dobrze; jeśli przestaje tak być, zaczyna być źle. Nieprzypadkowo demokracja zawsze opierała się na instytucji trybunów; wspaniałych mówców, zdolnych porywać tłumy; jednostek nieprzeciętnych, co do których czuło się, że są nieprzeciętne. Lud, pewny swej pozycji (to niezmiernie istotne) rozpoznawał kogoś, kogo mógł wybrać „funkcjonalnie” na przewodnika. Jan Ludwik Popławski (postać sympatyczna, inaczej niż Dmowski, człowiek wielki, ale upiorny, który o mało co nie został mym guru – ale na szczęście jednak nie został), jeżdżąc po Wielkopolsce i agitując niepodległościowo, zdziwił się niezmiernie, gdy usłyszał od polskiego rolnika: „Proszę Pana, my chcemy Polski, bo my jesteśmy Polacy, tylko nie wiemy, jak ją odzyskać; od Pana czekamy, by nam Pan powiedział”. No cóż – Popławski nigdy nie czytał Chestertona. Natomiast jeśli ludowi da się poczucie, że jednak z jakichś niewyjaśnionych przyczyn jest intelektualistą, że dużo wie, dużo rozumie, i jego zadanie polega zasadniczo na wyjaśnianiu, a nie działaniu, wszystko sypie się w gruzy; i w ogóle dobre pytanie, czy o jakimkolwiek ludzie w pełnym tego słowa znaczeniu można jeszcze w ogóle mówić. Gilbert gwałtownie sprzeciwiał się wszelkim sondażom opinii publicznej, statystykom, ankietom i tym podobnym – z bardzo różnych względów, ale również dlatego, że podobne instrumenta niweczą dokładnie ową pierwotną „intuicyjność” ludowego działania, ostatecznie – i to paradoksalne – wydając lud w łapy manipulatorów, którzy naprawdę wiedzą, jak grac w tę grę. Nie jest to potrzebne; opinie prostego człowieka mają wystarczająco dużą wartość takie, jakie są. Trudno to opisać, lecz każdy chyba widzi jak wielką grą paradoksów jest polityka.

Internet dał ludziom sposobność do bełkotania w nieprawdopodobnej dotąd proporcji, i dlatego ich psuje; im mniej anonimowych opinii w internecie, im większa odpowiedzialność, im więcej dystansu, spokoju i przestrzeni namysłu, tym lepiej. I być może, jeśli nie będzie się o niczym dowiadywał, niczego sprawdzał, i nie miał poczucia, że mógłby dostać Nobla, tylko że mu się nie chce, prosty człowiek odzyska to, czym dawniej tak wspaniale dysponował; zdrowy rozsądek prostego człowieka. A wtedy Polska zyska nową stabilność, i szansę na stabilniejsze, zdrowsze życie – naprawdę wspólne. Nareszcie.