Tego samego ciąg dalszy; po raz kolejny: skąd, po co i dlaczego; dlaczego – mianowicie Chesterton nie stanie się moim zdaniem w Polsce nigdy popularny.

Przepowiednia to, wydawać by się mogło, nader osobliwa; bo GKC, powierzchownie biorąc, wydaje się na idola Polaków kandydatem wprost idealnym. Jako z krwi i kości russoista, zwolennik Garibaldiego i miłośnik sprawy niepodległości narodów, uwielbiał nasz kraj wprost nieprawdopodobnie (widząc w nim ostoję rolniczych i obywatelskich tradycji Europy, idących wbrew powszechnej industrializacji i monetaryzacji porządku wersalskiego – idealnego kandydata na państwo dystrybucjonistyczne), i bardzo nam słodził; z różnych względów i na różne sposoby – wiadomo, „Przedmurze”, kraj Matki Najświętszej i tym podobne sprawy. Naród polski, będąc czym jest, kocha takie słodzenie; oczywiście, najlepiej byłoby powiedzieć, że nie ma wad i problemów, i jest po prostu boski – niemniej z braku laku i to może wystarczyć. Stąd Gilbert powinien być u nas znany i czytany, choćby tylko dlatego, że umie poprawić nam samopoczucie. Tymczasem – jak mogłem przekonać się w zeszłym roku (bo to istotnie owoc, nie największy, ale na pewno najkwaśniejszy, dłuższych cokolwiek przemyśleń) – wyraźnie nie jest. I, jak napisałem, moim zdaniem nie będzie.

Czemu? Omne trinum perfectum; jak zwykle trzy powody.

Po pierwsze: bo trzeba go czytaćPolacy nie czytają i są z tego bardzo dumni (utrzymując, że nie muszą, bo „czytają w internecie”, ciekawe to zresztą). Toczy naszą tkankę społeczną rak antyintelektualizmu, który teraz, w warunkach powszechnej wulgaryzacji i materializmu dostał nowy impuls, i sieje zniszczenie nieporównywalne skalą do niczego, co było wcześniej. Stąd Gilbert trafiać będzie po prostu tam, gdzie reszta wielkiej literatury – na śmietnik; który to śmietnik czyni nasz „ostatni katolicki kraj w Europie” miejscem nadzwyczajnym.

Po drugie: bo był myślicielem głęboko politycznym. Widać to dokładnie dopiero jak się poczyta te i inne książki (z drugiej strony, dziwnym trafem pod jego wpływem zaczyna się je czytać, więc coś musi być na rzeczy), lecz w sensie ogólnym trudno tego nie wyłapać. Polacy natomiast, en bloc, nienawidzą polityki, nie rozumieją jej, nie chcą rozumieć i są z tego upośledzenia bardzo dumni (bo „naród dobry, państwo złe” – standardowa gadka, którą tak zaciekle zwalczał Piasecki, co też czyni go – przy wszystkich niezaprzeczalnych wadach „paksizmu” – autorem zawsze aktualnym), w związku z czym długie wywody Gilberta na temat demokracji, republiki i wszystkich tym podobnych zagadnień wydają im się nudnym „nonsensizmem”, i bajdurzeniem jakiegoś z lekka nienormalnego Angola.

Oczywiście, i to drugi aspekt problemu, jeśli nie są „przebudzeni”; jeśli są, wtedy tropią (w tych rzadkich wypadkach, gdy wpadnie im w ręce) w Gilbercie „komucha”  lub „faszystę”; jest to zasadniczo druga strona tego samego medalu.

I, po trzecie, bo to, co pisał o Polsce, to wcale niekoniecznie najważniejsze, co ma o Polsce – dziś – do powiedzenia. Gilbert nie pisał bowiem o Polsce. Był Anglikiem; więc pisał o Anglii. I jeśli chcemy dobrze rozumieć jego wizję patriotyzmu, musimy czytać to, co pisał o Anglii – a potem na własną rękę dopiero odnosić do Polski (zgodnie ze zdroworozsądkowym założeniem, że gdyby był Polakiem, to sam by tak zrobił). To prosta sprawa, różnie ją można nazywać, „aplikacją”, „hermeneutyką”, czy jakkolwiek inaczej, niemniej chodzi o najzwyklejszy, nieodzowny element każdego dobrego czytania. I tutaj właśnie, przy istotnie prostej, banalnej wręcz sprawie, zaczynają się największe problemy; bo nagle ten dobroduszny gaduła, który tak kochał świat i ludzi, okazuje się człowiekiem cokolwiek przykrym, „brzęczącą muchą” (jak to ktoś ładnie powiedział o Sokratesie), którego ulubione zajęcie stanowiło wypominanie rodakom i Ojczyźnie ich wad i błędów. Z lekturą głęboką jest u nas problem, niemniej ludzie chyba, jakimś „sprytem cwaniackim”, pewne rzeczy czują; dlatego też uciekają od tych stronic jak diabeł od święconej wody. Bo tego, jako się rzekło, Polak już nie zniesie; i gdyby jednak zdecydował się brać Gilberta na serio, musiałby z czasem zacząć konfrontować się z wadą i błędem, jakie można uświadczyć w jego kraju. Było już wielu w historii, którzy wypominali Polakom ich lenistwo, gnuśność, bierność, materializm, brak szacunku do pracy, kult przeciętności, nienawiść do indywidualizmu; czy ktokolwiek z nich był naprawdę popularny?

Tak też Chesterton nie będzie popularny; zakładam się sam ze sobą o 20 złotych i czekam rezultatów. Chciałbym się mylić, lecz cóż; ja się w takich sprawach z rzadka mylę, w sumie na swoje nieszczęście.

Co nie zmienia faktu, że – jak to pisał pan B. – nawet bez nadziei na zwycięstwo coś trzeba gadać; „powiedzieć prawdę, nawet w próżnię, to rzecz zbawienna dla duszy”. A że staram się jednak czytać GKC głęboko, i jego poglądy nie tylko poznawać, ale i aplikować (jak z poglądami politycznymi czynić się powinno), to też zbawiam swą duszę w taki właśnie sposób – i zamierzam dalej, ile pary starczy. Taka jest prawda, którą gadam w próżnię. To jest patriotyzm, który – jak uważam – jest nam niezbędnie potrzebny; i bez którego, jak się obawiam, czekają nas trudne czasy.  Obudź się, Ojczyzno, i działaj – bo przepadniesz; i nikt nawet na twój grób nie splunie.