Miałem już wszystko przygotowane, ale ugryzłem się w język; trochę mi się nie chciało (bo o czym tu w sumie gadać?), a trochę postanowiłem spróbować empirycznie drugiej wersji patriotyzmu. Cóż: QED; więc zamieszczam, oczywiście z małymi modyfikacjami – i nie tak wesoły, niestety, jak miał być pierwotnie.

Mundial przynosi w Polsce nader ciekawe skutki; jak każdy podobny wybuch energii, ten również zdmuchuje szmatki pozorów, i pozwala nieco dokładniej przyjrzeć się „kośćcowi” naszego społeczeństwa. Tak też na przykład okazało się niedawno, że istnieje w Polsce warstwa ciekawych osobników, którzy ostentacyjnie obnosząc się z tym, że nie lubią piłki (ludzka rzecz), bez ustanku ją komentują (i to już nieludzka rzecz); i to zazwyczaj nie za mądrze – oczywiście dodając „ale ja się nie znam”, żeby było na czysto (na marginesie: nie jest; chodzi wśród ludzi takie porzekadło: „jak się nie znasz, to nie gadaj”; twarde to prawo, godne barbarzyńcy, ale nawet w czymś takim może być jakieś mistyczne ziarno prawdy). To tylko pozornie dygresja, bo tacy jegomoście mylą się bardziej, niż większość przypuszcza; i Mundial pozwala zajrzeć, że tak powiem, w duszę narodów, w jeszcze głębszym sensie. Nieprzypadkowo odrodzenie międzynarodowych rozgrywek sportowych przypadło w epoce nacjonalizmów, gdy narody coraz silniej odczuwały własną świadomość; i tak też, przy odpowiednich uwarunkowaniach, można czytać w tym tak lekceważonym przez niektórych „kopaniu ziemniaka” jak w książce. Oczywiście, nie jestem w stanie wyczytać nic na temat narodowego charakteru Saudów czy Panamczyków; Islandczyków wszakże, miałem przyjemność oglądać już trochę, i coś się zaczyna dziać – a to rzecz jasna tylko jeden z wielu przykładów. Drużyna ojczysta natomiast, to już zupełnie inna sprawa; i przyznam, że podczas meczu z Senegalem omal nie padłem ze zdumienia. Bo tam, w Moskwie, po boisku biegała Polska.

Jakie skutki tego były, nie trzeba chyba mówić; natomiast jest to w związku z tym dobry moment do refleksji, i nic to, że nie będzie ona za wesoła. Dlaczego bowiem, w skrócie, ten mecz przegraliśmy? Przez trzy fatalne wady narodowe, od których cierpię codziennie, a które znów dały o sobie znać. Po pierwsze: jakaś nieprawdopodobna, niska chciwość pieniędzy; po drugie: próżność; po trzecie: pycha.

Jak wiadomo skądinąd, kluczem do sukcesu w sporcie, szczególnie dla reprezentacji słabszych, jest tzw. „drobienie”; chodzi o to, by iść powoli – od jednego meczu do drugiego, małymi kroczkami pokonując trasę. Jeśli przychodzi nam grać z Senegalem, przygotowujemy się w stu procentach na Senegal; analizujemy dziesiątki godzin meczów, rozpracowujemy taktykę, podglądamy, jak poruszają się poszczególni piłkarze, jak ich kryć, jak mijać, i tak dalej. Za wzór można dać tutaj (rzecz jasna) mały północny naród Islandczyków. Otóż Islandia jest reprezentacją słabą; nie mają gwiazd, poziom generalnie niski, sporo półzawodowców. Jak sobie radzą? Właśnie tak; to jest maksymalna koncentracja na wykonywanym zadaniu (oczywiście w granicach zdrowego rozsądku – i to też stanowi element układanki), doskonałe przygotowanie taktyczne, i dzika orka od pierwszej do dziewięćdziesiątej minuty. Nie zawsze gwarantuje to wygraną. Czasem przeciwnik jest zwyczajnie za silny, a czasem (jak ostatnio z Nigerią) decydują warunki pogodowe. Niemniej zawsze, zawsze ma się wrażenie, że panowie zrobili, co mogli, dali z siebie wszystko i pokazali prawdziwą klasę. Islandia to przykład naczelny, ale oczywiście nie jedyny; i to właśnie powód, dla którego obecny Mundial jest tak fascynujący, i tak obfituje w niespodzianki.

No i krótko: jaką mentalność sportową zaprezentowali nasi piłkarze i sztab? Po pierwsze: zagrali w miliardach reklam; po drugie: pocykali sobie fotografie z zaproszonymi z niewiadomych względów na treningi (czy tam tylko do „obozu”) „żonami i partnerkami” (a. aha, bo żona to już nie partnerka, b. to się ponoć mówi „WAGs”; CO TO JEST WAG?!) i polatali helikopterem; po trzecie: założyli, że po Senegalu przejedziemy się, nie wymawiając, jak traktorem po polu. Panowie zdecydowali się zagrać mecz na stojąco, zapewne oszczędzając siły; no i słusznie – bo przecież trzeba zachować maksimum sprawności na za miesiąc, jak już dojdziemy do finału.

No i jako się rzekło; jest to nasze życie narodowe, oczywiście ta zła jego strona, w pigułce. Niechęć do ciężkiej pracy, kompletnie irracjonalne poczucie własnej ważności i lekceważenie wszystkich dookoła (a przynajmniej wszystkich, którzy nie są z kółka), używanie życia bez myślenia o przyszłości, i latanie za drobnymi, byle tylko już teraz jak najmniejszym wysiłkiem jak najwięcej zarobić, jeśli trzeba to i na lewo. Małe cwaniactwo, arogancja, nieżyczliwość – oto, niestety, oto (również) Polska właśnie. Oczywiście, metoda analizy jest skądinąd znana; nie chodzi o to, że tacy są wszyscy; nawet nie 70%; nawet nie większość; nawet nie jakaś liczna mniejszość. Natomiast istotnie, odsetek ludzi folgujących sobie w tych przywarach – w mniejszym i większym stopniu, i w różnych konfiguracjach – jest na tyle wysoki, że odciska trwałe piętno na życiu społecznym. Co widać na załączonym obrazku, a nawet i osiemnastu; bo mecz z Kolumbią dostarczył kolejnych środków weryfikacji empirycznej.

Oczywiście, nie oznacza to teraz, że trzeba się załamać, i zawiesić na czas trwania mistrzostw polskie obywatelstwo, czy złośliwie się z tych porażek naśmiewać, jak robią niektórzy, nawet jeśli istotnie odczuwa człowiek, zmęczony i po tylu nieprzyjemnych doświadczeniach osobistych, jakiś rodzaj skisłej satysfakcji. Wiadomo, że nasza drużyna jest nasza, i każdy życzy jej dobrze; co więcej, od niedawna wiadomo, że poziom się podniósł, i ma nawet pewien potencjał; natomiast ma również problem mentalnościowy, z którym nie łatwo będzie sobie poradzić. Dlatego też trzeba zakasać rękawy i brać się do pracy, której mamy masę do zrobienia. Napisałem na wstępie o dwóch rodzajach patriotyzmu; jeden polega zasadniczo na wybielaniu Ojczyzny, a przynajmniej miłosiernym przemilczaniu jej wad. Drugi polega na tym, że się nie przemilcza jej wad. Jako w miarę pilny (jak mam nadzieję) uczeń ze szkoły Gilberta, który poświęcił tej sprawie niezliczone ilości artykułów, kilka książek, i ile było trzeba, tyle po głowie dostał, twardo obstaję przy patriotyzmie w wersji drugiej. Gdy widzę, że jest problem, to nie mogę milczeć – nie dlatego, że nie jestem patriotą, ale dlatego właśnie, że jestem patriotą. I nie chodzi tu bynajmniej o jakieś dramatyzowanie, unoszenie się, ojczyźniany emocjonalizm; to też można, ale podobne uniesienia szybko się wypalają. Natomiast sprawa jest prosta, i nawet trochę banalna; dobra na tani moralitet. Bo bez skromności, pracy i koncentracji po prostu nie wygrywa się meczów.

A teraz czekamy na Japonię; jak to się mówiło w moim domu: „rany bąbele”…