Niedawno wyczytałem u jednego z polskich dziennikarzy, bardzo dobrego zresztą, że za użycie zwrotu „przerwać milczenie” „praktykanci wylatywali u niego na kopach”.
 
No, oczywiście, zrobiłem co człowiek zmaltretowany już solidnie przez różnych „mistrzów polszczyzny” (MAGISTER, wicie rozumicie) zrobić powinien; wklepałem w wyszukiwarce adres Narodowego korpusu języka polskiego, poszukałem i co?
 
„Przerywa milczenie”: 21 akapitów; „przerwać milczenie”: 52, w tym jeden ze Sławomira Mrożka. Causa finita.
 
I to jest właśnie to, co różni republikę od księstewek udzielnych, rozum od bezrozumu i pokolenie nowe od pokolenia sekretarza Gierka. W republice, zgodnie z genialną obserwacją GKC z „What’s Wrong with the World”, rządzi autorytet bezosobowy; prawo, instytucje, statusy; czy… słowniki. W księstewkach udzielnych rządzi ON SAM. Albo i ONA (piękna i straszna jak wojsko do boju uszykowane).
 
Miło mówi się o monarchii (jeszcze specyficznie rozumianej, bo — uprzedzając potencjalne wątpliwości — od razu mówię, że antymonarchistą nie jestem, podobnie zresztą jak Gilbert nim nie był), autorytecie starszych, „oświeconych despotach” itp. — dopóki na własnym karku nie poczuje człowiek tej przyciężkiej i pomarszczonej dłoni.
 
No, oczywiście, problem taki, że nowożytna (bo są i „starożytne”) tradycja republikańska za nami (o katolikach mówię) za bardzo nie przepada; no i trudno. Zawsze można ją ochrzcić — szczególnie, że wyrzekłszy się Boga, od stu pięćdziesięciu lat (jak nie więcej) beztrosko gnije. A jak zgnije i upadnie, to tym łatwiej będzie zrobić z nią coś sensownego; i miłośnicy GKC będą dysponowali tutaj zbiorem najlepszych możliwych wytycznych.
 
Wyżej: narodziny republiki. Irlandzkiej.