Dziś może słówko wyjaśnienia – kolejne, ale w tej kwestii wyjaśnień nigdy dość. Ad rem.

Od pewnego czasu, jak może ktoś życzliwy zauważył, dzielę się tutaj wstępnymi wynikami mojego nowego odkrycia, nie powiem: naukowego, dotyczącego roli wpływów nowożytnej tradycji liberalnej (zwłaszcza francuskiej – co do angielskiej, to muszę się dokształcić, i to też zamierzam robić przez najbliższy rok, bo to jest dopiero ważna rzecz do ustalenia) w myśleniu Chestertona (Belloca zresztą też). Widzę, że czytelników raczej na tym tracę, niż zyskuję, i że z jakiegoś powodu uważa się to za rzecz straszną, niemniej będę się upierał; i cóż – nic nikt na to nie poradzi (MOJE POLE), więc po prostu tyle. Informuję.

Ale czemu, spyta ktoś, to jest takie ważne? Czemu nie dać sobie z tym spokoju, nie popłynąć z prądem, nie napisać kolejnego tekstu na temat Chestertonowskiego tomizmu, i nie rąbać w świat współczesny nośnymi cytatami jak pałką? Odpowiedzi można by mnożyć; póki co – trzy powody.

Po pierwsze: bo to jest, delikatnie rzecz ujmując, nienaukowe, czy po prostu nierozumne. Rozum szuka prawdy, nią się żywi, i tylko w niej znajduje nasycenie. Badania nie są po to, aby zapewniać nam bezpieczeństwo, tożsamość grupową czy poczucie przynależności, tylko po to, aby zrozumieć, jak się rzeczy mają. Co się potem z tym zrobi, to inna sprawa; można to, można tamto, a można i owamto (jak ktoś ma dobry humor). Ale skoro chcę pokazywać Gilberta takim, jakim był, i wiem, że był taki, jaki był, bo czytał Rousseau, Robespierre’a, Dantona, Macaulaya, Foxa i Gladstone’a, to nie mogę tego z czystym sumieniem zamieść pod dywan i iść spać. Chodzi o to, żeby wiedzieć; i nie trzeba tu żadnych usprawiedliwień. To jest Europa, to jest nasza kultura, oto jest właśnie duch, z którego wyrośliśmy. Znaczy nie wiem: ja to w każdym razie zawsze tak widziałem, odkąd tylko pamiętam, że zacząłem względnie świadomie myśleć. Może jestem głupi; istotnie, im dłużej obserwuję polską kulturę i nasz system pisania (także faktycznie naukowego), tym mocniej nabieram przekonania, że albo ja – albo nie wiem, wszyscy, cały, cały świat, więc siłą rzeczy zaczynam mieć wątpliwości. Póki co jednak – trwam. A póki trwam, to będzie tak właśnie.

No dobrze; tylko że to nie jest blog naukowy, tylko popularyzatorsko-propagandowy. Może więc można by sobie odpuścić, wykazać się zdrowym sprytem, licząc, że ziarno samo wyda owoc?

Dobre pytanie; odpowiedź – przecząca. To jest moje „po drugie”. Oczywiście, popularyzować ideę można z wielu punktów widzenia; można akcentować w niej to albo tamto, albo wręcz wprost to zostawić, a tamto odrzucić. Natomiast, i tak to już jest z ideami, zwłaszcza politycznymi, nie zawsze będzie to skuteczne. Jacques Maritain, mój mistrz (i jak ufam patron) pisał o czymś takim, jak konkretny „klimat historyczny”, wyrastający z charakteru i energii epoki; pewien powszechny sposób myślenia i system wartości, który sprawia, że pewne rzeczy da się społecznie przeprowadzić, innych zaś nie. Jeśli chcemy promować dorobek Gilberta skutecznie, jeśli – jak mi się marzy (ach! jak się marzy…) – chcemy przynajmniej dopomóc w tym, aby zaczął on być traktowany w Polsce jako myśliciel poważny i interesujący także dla głównego nurtu debaty publicznej, musimy robić to dokładnie w zgodzie z klimatem czasu, w którym przyszło nam żyć. Jeśli zaś istnieje jakikolwiek ideał, który spaja nasz podzielony świat, to jest nim ideał Wolności; dzisiaj właściwie każdy jest liberałem – tylko nie każdy to tak samo pojmuje. Unaocznić ludziom jak bardzo Gilbert rozumiał to pragnienie europejskiej duszy, jak dobrze znał tę tradycję, i jak twórczo ją podejmował – cóż; nie wiadomo jak będzie, ale to jest bezsprzecznie przynajmniej szansa.

No i, po trzecie, najmniej ważne (acz najprzyjemniejsze): tak się składa, że ten motyw pragmatyczny łączy się także z kwestią nieco bardziej osobistą; bo ja się po prostu tutaj z Gilbertem zgadzam. To on zresztą ma do siebie, i każdy jego badacz to przyzna. Przekonuje; otwiera horyzonty. Jak pisał Dale Ahlquist, jakiś czas już temu: „Spierałem się z Chestertonem o wiele rzeczy; w każdym wypadku, na moje szczęście, zostałem pokonany”. Poznałem całkiem nieźle inne potencjalne drogi rozwoju, czytałem sporo książek z nurtu Narodowej Demokracji, czytałem „Trzech reformatorów”, czyli mały manifest filozoficzny Akcji Francuskiej, chodziłem tu i tam, sporo przemyślałem – i nie mam wątpliwości: ostatecznie i tak zawsze wracamy, niektórzy świadomie, niektórzy nieświadomie, do kilku podstawowych pojęć, takich jak prawa człowieka, umowa społeczna czy wola narodowa, które odsłoniła przed nami wielka tradycja liberalizmu (i istotnie, droga Maritaina od „Trzech reformatorów” do „Człowieka i państwa” to doskonała przypowieść na temat). Ci ludzie popełniali dużo błędów; gadali mnóstwo bzdur, zwłaszcza na tematy teologiczne; bywali mali, niekiedy szaleni; ale ogólnie po prostu mieli rację. Nie wymyślili, a odkryli absolutne, realne fundamenty życia politycznego, i stosownie do tego odkrycia zaproponowali pewien plan działania. I uważam, że jeśli się go lepiej pozna, okaże się on nader rozsądny; czy może raczej po prostu – bezalternatywny. Bo świadomie znaczy w tym wypadku dobrze; a nieświadomie – źle.

Oczywiście, nie chodzi o to, żeby się teraz zachłysnąć, padać na kolana, biegać po Sosnowcu w peruce i stroić się w te śmieszne gacie, w których chodził Jefferson. Ale generalnie nie o to chodzi w życiu, zwłaszcza z polityką. Na wszystko trzeba patrzeć krytycznie, wszystko można korygować; można spierać się co do szczegółów definicji, i dokładnego zakresu pojęć. Gilbert to zresztą tego znakomity przykład. Niemniej, moim zdaniem przynajmniej, podstawowe intuicje są tutaj bezbłędne; i pozwalają zobaczyć wiele rzeczy w innym świetle. Zaprzestawszy je demonizować, zacząłem sporo rozumieć; zrozumiałem, jak ufam, Sobór Watykański II, koncepcję zjednoczonej, demokratycznej Europy, wielką – mimo wszystko – kulturę Zachodu i jej trudną historię; zwłaszcza Wielką (naprawdę Wielką) Rewolucję. Świat współczesny ma wiele wad, nieskończenie niemal wiele wad – ale jest wartością; zadaniem jest go nie zniszczyć, a przemienić; lecz bez rozmowy i zrozumienia, jakakolwiek przemiana była, jest i będzie niemożliwa.

Szczególnie, że – i tak; cicham, bo mi się miejsce kończy. Znaczy dodam coś, ale cytatem z Franklina. „A REPUBLIC… if you can keep it”.

No i co jeszcze powiem; tak mi się to widzi. A Gilbert z góry patrzy – i sądzę, że jakoś-tam sprzyja.