…biblijny, czyli podstawowy. Bo cóż czytamy dzisiaj (tzn. w niedzielę Miłosierdzia Bożego A.D. 2018) w Kościele?

„Jeden duch i jedno serce ożywiały wszystkich wierzących. Żaden nie nazywał swoim tego, co posiadał, ale wszystko mieli wspólne. Apostołowie z wielką mocą świadczyli o zmartwychwstaniu Pana Jezusa, a wszyscy mieli wielką łaskę. Nikt z nich nie cierpiał niedostatku, bo właściciele pól albo domów sprzedawali je i przynosili pieniądze ze sprzedaży, i składali je u stóp apostołów. Każdemu też rozdzielano według potrzeby” (Dz, 4,32-35).

O czym to świadczy? No, interpretacji można ukuć sporo, z najbardziej oczywistą (a zatem i najprawdopodobniej kompletnie fałszywą) tezą o pierwotnym komunizmie chrześcijaństwa włącznie; natomiast bez względu już na te szczegółowe dyskusje, warto zauważyć jedną rzecz: że niezależnie, czy chodzi faktycznie o wspólnotę posiadania, czy tylko wspólnotę używania (co w scholastyce znalazło potem wyraz w rozróżnieniu na sferę factibilum agibilum), to na pewno warunek logiczny jest jeden; i żeby cokolwiek wrzucić do wspólnej „kasy ubezpieczeniowej”, pierwsi chrześcijanie musieli na początek coś faktycznie mieć. Czy to oszczędności, czy – prędzej chyba – jakąś własność nieruchomą lub ruchomą do spieniężenia. Tak też już tutaj zaznacza się to jedno podstawowe założenie chrześcijańskiego ustroju społecznego: że wyrośnie on tylko, że tak powiem, „na” społeczeństwie posiadaczy, którzy będą umieli dysponować swoim majątkiem w odpowiedni sposób, szczególnie po nawróceniu. Odgórne dyrektywy państwowe, czy „ofiarność” garstki bogaczy, rzucających od czasu do czasu jakimś „drobnym” na potrzeby gminu, raczej podobnego stylu akcji społecznej, czy ducha społecznego, nawet nie będą umiały sparodiować.

Co też prowadzi nas do kwestii drugiej, bardzo ważnej, bo też zmieniły się warunki działania. Pierwsi dystrybucjoniści działali w warunkach Anglii przemysłowej, które są dla nas średnio wyobrażalne, szczególnie we współczesnej Europie, i Polsce, gdzie elementy dystrybucjonistyczne (o które po drugiej wojnie światowej dbano z wielkim staraniem po obu stronach konfliktu) wciąż trzymają się mocno. Niemniej, gospodarka to w ostatecznym rozrachunku, jak pisał Gilbert w „Irlandzkich impresjach”, ledwie maszyneria sceniczna, narzędzie, mające zmniejszyć trud codzienności i zapewnić chwilę wytchnienia utrudzonym duszom. To, co liczy się najbardziej, to żeby był duch odpowiedni w narodzie, żeby faktycznie ożywiało nas jedno serce, żeby ludzie faktycznie współodczuwali ze sobą, współpracowali, rozumieli, że są towarzyszami na drogach świata; duch solidarności, którego tworzeniu powinniśmy się teraz jak najżywiej poświęcić („my”, czyli ci, którym bliska jest ta idea), przenosząc zmagania „ojców założycieli” przede wszystkim na pole kultury, wymiany opinii, dyskusji politycznej. Nie jest to zadanie łatwe, i niewątpliwie wymaga ogromnej pracy, bo nie chodzi tu tylko o czyny, ale i o tzw. „nastrój” – rzecz w życiu społecznym nie do przecenienia – o pewne określone, ogólne nastawienie wręcz (w znacznej mierze uczuciowe) do życia i człowieka, o swoisty dystans do spraw materialnych, o ostrożność wobec bogactwa, rozumienie bezinteresowności, naturalnej wielostanowości egzystencji zbiorowej, rozsądną równość, szacunek dla słabszych, przede wszystkim zaś – i to wyjątkowo trudne – o pewne, no nie wiem, jak to zwać, „umiłowanie” ubóstwa, bez wszakże bagatelizowania potencjalnie gigantycznej szkodliwości tego zjawiska. Oczywiście, nie ważę się w tym momencie mówić, jak osiągnąć coś podobnego (to lub owo napisze się jeszcze w swoim czasie); po prostu staram się ustalić pewne fakty. I uprzedzić ewentualnie tych, którzy tego jeszcze nie wiedzą, że czeka ich trudna droga.

Bo dekoncentrować kapitał to pikuś. Sztuką jest zmiękczyć ludzkie serca. A w czasach, gdy nawet w Kościele słyszy się przede wszystkim o tym, jak to katolicy „nie muszą być słabeuszami w biznesie”, a wręcz mają w nim nad niewierzącymi jakieś „przewagi” może się to wydać zadaniem ponad siły.

Istotnie, daleko odeszliśmy od tego jednego ducha, który ożywiał nas u początków naszego istnienia. Niektórzy zapewne będą się z tego cieszyć, inni – i mam nadzieję, że jednak większość – przynajmniej zacznie się niepokoić – no cóż; życie. Z mojej perspektywy wygląda to tak, że im szybciej się zacznie robotę, tym szybciej się ją skończy. PAX.