W sumie obiecałem sobie, że koniec z nadprodukcją blogową, ale skoro Opatrzność sama takie perełki podsuwa, to cóż – grzechem byłoby nie skorzystać…

O co chodzi? Pewien znany polski publicysta, z którym się w wielu kwestiach fundamentalnie nie zgadzam, ale którego bardzo szanuję, popełnił był niedawno wpis na temat różnorakich wad ludu polskiego tudzież skądinąd ciekawego stanu rzeczy, że na prawicy polskiej nie wolno tych-że krytykować, bo człowiek zostaje natychmiast wyrzucony w ciemności zewnętrzne i oskarżony o przynależność salonową. Swe trafne obserwacje konkluduje następująco: „Z badania Panelu Ariadna dla serwisu Ciekawe Liczby z października 2017 roku wynika, że wśród osób z wykształceniem podstawowym aż 36 proc. nie wie, skąd się biorą fundusze na sztandarowy program rządu PiS. Ta ekonomiczna nieświadomość ma swoje polityczne skutki, których chyba tłumaczyć nie trzeba. Rytualna obrona ‚ludu prostego’ nic tu nie pomoże. ‚Lud prosty’ pewnych rzeczy nie pojmie – i tyle. Dlatego zagłosuje na tego, kto powie, że da, a tym bardziej na tego, kto da faktycznie, nie rozumiejąc, że aby dać, trzeba skądś wziąć”.

I cóż? Dwie rzeczy (właściwie trzy). Zero: był już taki jeden, który o tym pisał, i to z pozycji znacznie bardziej populistycznej (nie chwaląc się, broń Boże). Jeden: tak, to czysta prawda i to prawda niedająca powodów do radości. Dwa: brakuje bardzo ważnego uściślenia, które mogłoby usytuować cały wywód w zupełnie innym kontekście i, jak mniemam, wnieść do niego pierwiastki nieco bardziej konstruktywne. Bo, mówiąc najprościej jak to możliwe, nie zawsze tak to wyglądało. Uważne studium dzieł z epoki modernizacji (mam na myśli koniec XIX i początek XX wieku) – i to pisanych zarówno z pozycji pro- jak i anty-modernistycznych – niezbicie dowodzi, że znaczną większość reform socjalnych (typu ubezpieczenia społeczne i zdrowotne, zasiłki i tym podobne) wprowadzano wbrew woli społecznej, na każdym kroku musząc mierzyć się z twardym oporem „ciemnego” względnie „prostego” (w zależności od opcji) ludu, który furią reagował na jakiekolwiek próby roztoczenia nad nim parasola administracyjnej kontroli i inwigilacji, jakie nieodłącznie towarzyszą wszelkim tego typu urządzeniom. Nie jest przypadkiem, że największym poparciem prostych Anglików, robociarzy tak rolnych jak przemysłowych, długo cieszyli się liberałowie (a konkretniej ich frakcja „radykalna”, najkonsekwentniej wyznająca, choć dziś może ciężko w to uwierzyć, doktrynę wolnego handlu). Nie jest przypadkiem, że we Francji próba wprowadzenia powszechnego systemu ubezpieczeń społecznych o mało co (ulubiony to zresztą przykład Gilberta i pana B.) nie doprowadziła do regularnych zamieszek, w związku z czym spełzła na niczym. I nie jest przypadkiem, że wszystkie wczesne próby socjalistyczne (ochrzczone przez Marksa mianem „utopijnych”) w żaden zgoła (a jeśli, to absolutnie śladowy) sposób nie uwzględniały w swoich projektach aktywnej i regulacyjnej roli państwa, skupiając się właściwie wyłącznie, nawet jeśli postulowały „uspołecznienie” ziemi i kapitału, na samoorganizacji mas pracujących. Doskonałe studium tego stanu rzeczy daje choćby Arthur J. Penty w swym naprawdę niezwykłym Post-industrailizmie, nad niedocenieniem którego nigdy nie przestanę wylewać co wieczór obfitych potoków łez. Oczywiście, można powiedzieć, że lud był w swoich pragnieniach niekonsekwentny; że nieracjonalny; że kierowały nim sprzeczne odczucia i nie rozumiał specyfiki akcji politycznej. Wszystko to można zasadnie powiedzieć i istotnie, rzeczony Penty nie pozostawia co do tej wewnętrznej „aporetyczności” czartyzmu angielskiego żadnych wątpliwości. Natomiast nie o tym teraz rozmawiamy. Rozmawiamy wyłącznie o tym, że lud pracujący, gdy wobec postępującego wyzysku zaczął upominać się o swoje prawa, upominał się właściwie tylko o dwie rzeczy: wolność polityczną i wolność dysponowania własnością (choćby była to własność co do istoty wspólna).

Skąd ta różnica? Osobiście nie widzę żadnej opcji, poza jedną: z tego, że lud wieku XIX wciąż albo był społecznością gospodarzy albo przynajmniej pamiętał jeszcze czasy, gdy nią był; w związku z czym żył i działał zgodnie z nawykami, które taki stan wytwarza w człowieku i, pewnie nie zawsze najroztropniej, lecz konsekwentnie, próbował je zachować. W miarę, jak systematycznie go wywłaszczano, a pamięć o starej strukturze społecznej (w rozczulająco Bellokowski sposób streszczonej w obrazie „dobrego podziału własności krosien domowych”) zacierała się coraz bardziej w tzw. „wspólnej świadomości”, sytuacja uległa zmianie, aż dotarliśmy ostatecznie do stanu obecnego.

Wnioski? Pierwszy jest bardzo prosty i sprowadza się do stwierdzenia, że na „kwestię ludową” patrzeć należy nie tylko, ze tak powiem, deskryptywnie, ale i konstruktywnie; nie chodzi o to, aby zdiagnozować, jaki ten lud jest, ale i jaki był, czemu (jeśli się zmienił) się zmienił i w jaki sposób mogą zmienić go proponowane przez nas rozwiązania polityczno-gospodarcze. Nie jest to wiele – ale skutki dla charakteru publicystki społecznej miałoby ze wszech miar ogromne. Drugi – że jeśli nie godzimy się na stan obecny i zależy nam, by go zmienić, historia nie dostarcza nam wiadomości o żadnym innym środku poza upowszechnieniem własności prywatnej, szczególnie własności środków produkcji. Tyle. Jeśli lud pracujący ma nie głosować na socjaldemokratów, nie domagać się zapomóg, nie chcieć kontroli urzędniczej i nie godzić się na interwencję państwową w jego życie prywatne, musi na nowo poczuć co to znaczy być „gospodarzem”, człowiekiem niezależnym, który pracuje przede wszystkim „u” siebie, a „u” kogoś wyłącznie dlatego, że tak chce, a nie że musi, który ma coś, w co realnie, mówiąc językiem Maritaina, „przelewa serce” i kształtuje poniekąd na własny obraz, który czuje i pojmuje duchową dumę, jaka z tego pochodzi i dla zachowania jej gotów ponieść spore ofiary, również finansowe. Musi, innymi słowy, stać się na nowo społecznością braterską, obywatelską, która wyrosła z żyznej gleby rolniczych wspólnot krajów łacińskich i którą – na swoje nieszczęście – filozofowie oświecenia brali za oczywistość. Doświadczenie jednego wieku wystarczyło, by wykazać im błąd. Niemniej ta jedna rzecz, ta podstawowa prawda, pozostaje w mocy. Stąd zresztą brał się, ni mniej ni więcej, uderzający poniekąd optymizm Gilberta, który uważał, że proces uwłaszczenia, o ile wytrzyma się pierwszą falę trudności i prób powrotu do stanu poprzedniego, jakie z konieczności wywołają, sam, że tak powiem, zatroszczy się o siebie – stąd też wcale nie trzeba go uprzednio szczegółowo planować; że wystarczy, by ludzie na moment zakosztowali życia autentycznie wolnego i poznali wewnętrzną godność i radość, którą tętni wspólnota rzeczywiście wolnych ludzi, a problem socjalizmu sam się rozwiąże; że ludzie sami znajdą najlepsze dla siebie rozwiązania, by zabezpieczyć ten stan rzeczy, jeśli oczywiście zostawi im się odpowiednie możliwości (stąd konieczność daleko posuniętej decentralizacji, czy też – na tamte warunki mówiąc – zatrzymania centralizacji państwa celem utrzymania tradycyjnych swobód dla wspólnot lokalnych). Można zasadnie uważać, że to cokolwiek uproszczony pogląd na sprawę; można uważać, że proces uwłaszczenia można i trzeba zaplanować; można uważać, że nie da się go zaplanować ani przeprowadzić, bo społeczeństwo osiągnęło już zbyt wysoki stopień skomplikowania. Znów: wszystko można, tylko trzeba być konsekwentnym; i trzeba pamiętać, że skoro to nie jest droga, to nie ma żadnej innej – i jesteśmy na pewną „miękką” przynajmniej formę socjalizmu po prostu skazani, ponieważ „kapitalizm wysoki”, w swej formie osiemnasto- i dziewiętnastowiecznej, nie może, co niezbicie wykazuje doświadczenie historyczne, się utrzymać; i gdyby sam nie zaczął się „socjalizować”, skończyłby się niczym innym, jak tylko rewolucją, która nawet w pokojowej (czy raczej spacyfikowanej) Anglii po I wojnie światowej była naprawdę blisko. Marks się pomylił, owszem; lecz jednak nie do końca.

No dobrze, tylko pytanie – ilu jest w Polsce publicystów antysocjalistycznych, którzy słysząc podobne słowa nie wyszydziliby mnie i nie zbyli kpiną (tudzież rzecz jasna błyskotliwą obserwacją, że jestem młodszy, niż oni), a czytając Outline czy Post-industrializm nie parskaliby śmiechem co dwie-trzy strony? I z tym pytaniem siebie i Państwa dzisiaj, zdrów i wesół, zostawię.