… przepraszam, ale i niczego nie żałuję.

Mnożą się ostatnio przeróżne utyskiwania na nowy, „nadchodzący” kodeks pracy; że coś tam – a to, że przeregulowany, że rady pracownicze, że zniechęca do prowadzenia biznesu, że pisze go „małpa z brzytwą” (typowy, „wyższościowy” rejestr pewnego środowiska), że rozpieszcza ludzi, że rozbestwia pospólstwo, a czasem poważniej: że koszta pracy będą za wysokie, że wzrosną ceny, że obroni się tylko wielki kapitał, i tak dalej, i tak dalej… Zarzuty można mnożyć, i każdy może się z nimi zapoznać we własnym zakresie. Już pomijam ich wartość (bądź bezwartościowość) merytoryczną, pomijam nastrój moralny, który przebija przez te oskarżenia, obrzydliwe niekiedy nuty pogardy dla słabych czy tępego i służalczego uwielbienia dla silnych – powiem tak: owszem, te regulacje wyglądają dziwnie; trochę zamordystycznie; a trochę śmiesznie nawet. Są bardzo problematyczne, i każde z przyjętych w nich kryteriów można podważyć, na pewno każde obśmiać, prawie każde obejść; no, w porządku. Dlatego, że poruszamy się po kwestiach bardzo nieścisłych. I faktycznie, lepiej by było obejść się bez podobnej dłubaniny. Niemniej, zauważmy przy okazji jedną rzecz:

Że gdyby nie istniał tak wyraźny podział na pracodawców i pracowników, innymi słowy: gdyby nie istniała ogromna, osobna i jasno określona klasa ludzi, którzy wyłącznie pracują u kogoś, a nie u siebie, problem by w ogóle nie istniał. Ot i cała tajemnica. Człowiek pracujący u siebie odpowiada sam przed sobą, i nie trzeba się mu w nic mieszać; natomiast człowiek, który nie pracuje, a u którego pracuje masa innych osób – o, to już inna historia; i niestety, praktyka życia pokazuje, że tutaj musi zajść jakaś interwencja, bo inaczej dochodzi do strasznych nadużyć; i nie jest to doświadczenie nowe. Pojęcie „tyrana” pojawia się w naszej kulturze od dosyć dawna. A czy tylko urzędnik państwowy może być tyranem?

Innymi słowy: problem w całym układzie gospodarczym, w którym żyjemy, a który wcale nie jest tak oczywisty, jak nam się wydaje. Nieprawda? Pozwolę sobie uciec się do cytatu:

„Niemniej, rzeczywiste doświadczenie posiadania, i skutek, jaki doświadczenie owo wywiera na ludzki charakter oraz pogląd na państwo, to zupełnie inna rzecz. Pamięć obecnego pokolenia obejmuje czasy, w których ilość autentycznych właścicieli (drobnych rolników, majstrów i tak dalej) była na tyle duża, by sprawiać na mentalności ogółu bardzo duże wrażenie. Co więcej, istniała żywa tradycja, głoszona ustami tych, którzy wciąż mogli dawać żywe świadectwo o reliktach lepszych czasów. Gdy byłem chłopcem, sam miałem okazję rozmawiać ze starymi robotnikami z okolic Oksfordu, którzy w latach młodości ryzykowali głową protestując przeciwko ogrodzeniu pewnych gruntów wspólnych, i – rzecz jasna – zostali w nagrodę za swe męstwo skazani przez jakiegoś bogatego sędziego na karę więzienia; rozmawiałem w Lancashire z grupą staruszków, którzy potrafili dokładnie opisać mi – albo, z własnego doświadczenia, ostatnie podrygi systemu drobnego kapitału w branży tekstylnej – albo, na podstawie opowieści swych ojców, czasy, w których zdrowy podział własności krosien domowych był czymś zupełnie normalnym”.

To, oczywiście, niezastąpiony Belloc z „Państwa niewolniczego”. Człowiek, który zmarł ledwie w 1953 roku, dwadzieścia lat po tym, jak urodził się mój dziadek; on  jeszcze znał ludzi pamiętających zupełnie inny układ gospodarczy, niż my (w Anglii, kraju, w którym rozkład tego systemu postępował najszybciej na świecie!). Każdy, kto przeczytał tę książkę wie, jak odnosił się jej autor do kwestii regulacji państwowych. Belloc ich nie cierpiał, żeby było śmieszniej: z podobnych powodów, co niektórzy nasi kapitaliści; uważał, że odbierają one odpowiedzialność, że niszczą wolność, że robią z ludzi maszyny i powodują destrukcję zdrowych instynktów politycznych – niemniej, i to jest punkt kluczowy, wiedział, że jedyną alternatywę stanowi model, w którym własność prywatna jest nie tyle obecna, co powszechna w życiu społecznym. Bo nasi kapitaliści mają bardzo małe ambicje. Wystarczy im, że autentycznie ma coś około 5% społeczeństwa; że tylko te 5% coś może – i tylko te 5% coś robi. Reszta „sobie nie radzi”, głupi motłoch, naczynia przygotowane na zagładę, niech pracują za minimalną – albo ich piekło pochłonie, jeśli trzeba, bezwartościową hołotę, ciemny tłum, nieprzystosowanych, głupich, prymitywnych, strasznych – przyjdą imigranci, kraj się zaludni; i fabryki będą pracować pełną parą. Przesadzam? „Uważnie i uczciwie” – tyle wymagam od mojego czytelnika.

Innymi słowy: my nawet nie wiemy, jak dobrze może być; nie znamy takiego życia. Pisał chyba o tym Adam Doboszyński, prawie sto lat temu, a wciąż jest to aktualne. Człowiek współczesny nie wie, jak to jest żyć i pracować na swoim, mieć dach nad głową i narzędzia pracy, móc się utrzymać własnym wysiłkiem – choćby i na niższej stopie życiowej, niż gdyby pracowało się u kogoś, ale przynajmniej z poczuciem sensu, spełnienia i samostanowienia o sobie. Nie wiemy, a ja na pewno nie, jak to jest być panem samego siebie, i faktycznie decydować o swoim losie. Jules Michelet wspomina rzemieślników, którzy woleli umrzeć z głodu, niż iść pracować do fabryki; istotnie, bo tępiono ich głodem, ogniem i żelazem ponad sto lat. I teraz co? Teraz ideologiczni spadkobiercy tych, którzy ich tępili podnoszą wielki wrzask, i atakują tych, którzy usiłują posprzątać po tej katastrofie. Ot, świat współczesny w pigułce.

Tak też mam taki apel; że jeśli ktoś naprawdę nie chce mieć państwa wciskającego się wszędzie i regulującego wszystko, ingerującego w każdą umowę i nadzorującego każdą transakcję – niech idzie z nami; niech stanie się dystrybucjonistą, niech zacznie to promować, niech nam pomoże i zorganizuje naszą Ligę, czy choćby jedno maleńkie kółko dyskusyjne. Wtedy mu uwierzę; wtedy nie będę się z niego podkpiwał, i zacznę traktować poważnie. Inaczej to po prostu zwykła hipokryzja, do tego skazana na porażkę; bo leseferyzm jest najzwyczajniej w świecie mniej opłacalny, niż bezpieczna i stabilna socjaldemokracja.

I kocham Bożą ironię tego stanu rzeczy.

W każdym razie, to, co zniszczyło godność prostego człowieka, skazało go na wieczne wygnanie i rozdarło jego życie, skazując na pracę bez celu i bez poczucia sensu, już przegrało; teraz idzie nowe, inne, nie wiem czy gorsze, ale pod wieloma względami bardziej upiorne. Jak już pisałem: jeśli ludziom w tym lepiej, ja to szanuję; niemniej są piękniejsze w życiu ideały. I być może dojdziemy jeszcze do przekonania, że czasem lepiej zarobić nieco mniej, ale w nieco lepszy sposób; i rozwijać się nie tylko jako maszynka, ale jako człowiek. To jest właśnie wielkie dystrybucjonistyczne marzenie – i dla wielu wielka dystrybucjonistyczna utopia. Jeśli to utopia, przepraszam, że to napisałem; przepraszam, że tutaj jojczę, i przepraszam że żyję, bo nie umiem żyć bez niej. Niemniej – jedna kwestia.

Bo może to jednak wcale nie utopia?

Taką mam przynajmniej nadzieję na te przyszłe czasy; na moje życie, i życie moich dzieci, jeśli mnie Pan Bóg nimi kiedyś pobłogosławi. Ale to już inna historia.