(Artykuł niniejszy miał ukazać się na stronie internetowej superhistoria.pl; niestety, z nieznanych względów tak się nie stało. Dodaję go zatem tutaj, bo w sumie szkoda, żeby leżał bez sensu na dysku.)

Nieraz spotkać się można z twierdzeniem, jakoby Gilbert Keith Chesterton był „księciem paradoksów”; jak większość tego typu etykietek, ta również tak naprawdę niewiele mówi i niewiele wnosi, skupiając uwagę czytelników na sprawach czysto powierzchownych i blokując dostęp do głębszych treści (z jakiegoś powodu, nawiasem, sam zainteresowany też za nią nie przepadał). Tym bardziej może zatem interesujący jest wypadek, w którym etykietka owa rzeczywiście ma całkiem spójny sens.

„Zbrodnie Anglii”, dzieło, które ukazało się w 1915 roku, wywołując w opinii publicznej niemałą burzę (warto dodać, że np. polski krytyk i znawca Chestertonowskiego pisarstwa z okresu międzywojennego, Wacław Borowy, stwierdził, że brak represji prawnych wobec autora świadczy o wielkiej kulturze politycznej narodu angielskiego; warto przypominać podobne słowa, bo to niezwykle wymowne świadectwo różnic dziejowych między epokami). Jako taka, jest ona po prostu diagnozą błędów i niemoralności (tytułowych „zbrodni”) polityki angielskiej od czasów Fryderyka Wilhelma Wielkiego do Pierwszej Wojny Światowej; diagnozą, trzeba dodać, niezwykle surową. Chesterton analizuje szereg wydarzeń, takich jak choćby wojna siedmioletnia, Rewolucja Francuska, Rewolucja Irlandzka 1798, czy wojna duńska 1864, za każdym razem wskazując na te same bolączki, które w zależności od wypadku albo nie pozwały Anglii zadziałać z większą stanowczością, albo przeciwnie: pchnęły ją do działań zbyt stanowczych, niepotrzebnych, a czasem wprost niegodziwych. Największe gromy spadają, rzecz jasna, na merkantylizację polityki i uzależnienie jej od interesów handlowych; inną wszakże na przykład interesującą kwestią, poruszaną przez Chestertona, jest choćby to, co on sam postrzega jako małoduszność w kontaktach z Francją, niepozwalającą Anglikom nawiązać z „sąsiadem” zza Kanału normalnych stosunków i pchającą ich przez niemal cały wiek XIX do sojuszu z Prusami, a potem z Cesarstwem Niemieckim. I to właśnie „zbrodnia” zasadnicza; bo każda z osobno opisanych „zbrodni” łączy się jakoś w oczach Chestertona z progermanizmem.

To zasadnicza oś narracji; sama w sobie niezwykle ciekawa, choć – trzeba uprzedzić – dla polskiego czytelnika poniekąd trudna w odbiorze. Książeczka jest bardzo krótka (w polskim wydaniu raptem 130 stron), w związku z czym zakłada sporą wiedzę ogólną odbiorców (zresztą jednym z głównych zarzutów formułowanych wobec niej w pierwszych recenzjach było to właśnie, że jest zbyt krótka i zbyt pośpieszna). Warto chyba wszakże zmierzyć się z tym wyzwaniem, i przebić się jednak przez mrowie Chestertonowskich aluzji (w miarę możliwości wyjaśnianych w przypisach), ponieważ treści najbardziej oczywiste, czyli narracja historyczna, są tylko jakby „szatą wierzchnią” treści głębinowych, czyli narracji, którą nazwać można historiozoficzną. I tak naprawdę, dopiero w jej wypadku, to małe dziełko ujawnia swoją prawdziwą wartość.

Chesterton postrzega historię Europy, Europy nowożytnej i współczesnej, którą się zajmuje, jako wypadkową dwóch zasadniczych mocy dziejowych: republikańskiej i religijnej. Po pierwsze zatem, wszystko, co stało się od wieku XVIII do Pierwszej Wojny Światowej, kręci się dla niego wokół osi konfliktu między ideałami Rewolucji Francuskiej, a konserwatywną reakcją, czy też, według jego własnych słów, między obywatelem a barbarzyńcą. Chesterton ukazuje się jako prawdziwy piewca doktryny wolnościowej, godny tradycji samego Micheleta (aczkolwiek pozbawiony jego jednostronności); wychwala Rewolucję Francuską, powstańców irlandzkich, bonapartyzm i Giuseppe Garibaldiego, zawsze określając się za charakterystyczną dla „pierwszej fali” nacjonalizmu, „solidarnościowo” pojętą zasadą samostanowienia narodów – i zawsze przeciwko porządkowi Kongresu Wiedeńskiego i absolutystycznemu imperializmowi. Tak też „rycerz ortodoksji” okazuje się w tym wypadku „rycerzem obywatelstwa”, wyczekującym europejskiego tryumfu demokracji.

Z drugiej strony wszakże, jest również oś religijna; i istotnie, choć wielu może się to wydać poniekąd osobliwe, Chesterton jest w stanie postrzegać kwestię europejskiej jedności wyłącznie w kategoriach porządku Christianitas. Tak na przykład, pomoc, z jaką pośpieszył Giuseppe Garibaldi, republikanin i antyklerykał przecież, Napoleonowi III w roku 1870, była dokładnie pomocą jednego chrześcijańskiego narodu dla drugiego chrześcijańskiego narodu; świadectwem tej zasadniczej jedności kulturowo-politycznej, jakąś Stary Kontynent zyskał przez wieki wyznawania jednej wiary; a broniące dostępu do Paryża oddziały Ententy – według słów z innej jeszcze książki – „ostatnią kolumną rycerstwa na świecie”. Nieprzypadkowo jednym z najważniejszych momentów dzieła jest wizja dwóch świętych rycerz-patronów Francji i Anglii, św. Dionizego i św. Jerzego, jadących obok siebie do bitwy przeciw hordom „cesarstwa krwi i żelaza”.

Jeśli chcielibyśmy rozmawiać o Chestertonowskich paradoksach w sposób sensowny, trudno o lepszą okoliczność; bo jeśli to nie jest paradoksem, nic nie jest paradoksem. Oczywiście, „metoda paradoksalna” w historiozofii, która sam Chesterton streścił gdzie indziej w słowach „czerwona czapka i czerwony krzyż”, niekoniecznie musi się podobać – można wszakże rozsądnie chyba domniemywać, że podobna nieszablonowość, i tak odważne pójście pod prąd utartych schematów dziejopisarstwa, to rzecz przynajmniej estetycznie, a chyba i intelektualnie odświeżająca. Szczególnie, zresztą, w warunkach polskich; Polska ma bowiem, jak się zdaje, szczególne predyspozycje dziejowe do połączenia w jakichś sposób tych dwóch wielkich tradycji, jakimi są dla Europy wiara i demokracja. A gdyby coś takiego stało się faktem, to cóż – oto ujrzałyby oczy świata to, czego nie ujrzały jeszcze nigdy dotąd; i co trudno nawet jakoś sensownie nazwać.

Nieprzypadkowo zresztą chyba pojawiają się w tekście liczne polonica, podobnie jak cała masa innych tematów pobocznych; no ale to już inna, nomen omen, historia.