Pardon za kalambur, no ale…

No bo co tutaj gadać? Wszystkie takie protesty nowego typu, jakieś tam „manify” czy inne wrzaskliwe spędy, stanowiące – podobno – żywotną emanację kobiecej duszy właściwie nie wymagają komentarza, bo jaki koń jest każdy widzi; i jeśli ja widzę, dla przykładu, tłumy „feministek” w imię walki z seksizmem wchodzących jak w masło we wszystkie możliwe seksistowskie stereotypy całego świata (emocjonalizm graniczący z histerią, infantylizm, brak logiki wywodu, szantaże emocjonalne zamiast debaty, specyficzny kobiecy „bonding” itp.), to cóż… Ino pożartować sobie zostaje. Natomiast akurat jeden nowy element, jaki udało mi się mimochodem wychwycić (dziękuję wam, media społecznościowe) przy okazji tej całej pożałowania godnej draki bardzo dobrze pasuje do tego, co pisałem tutaj wcześniej, i znakomicie ilustruje tę prawidłowość, którą starałem się zarysować, czyli – innymi słowy – że ja mam rację, a inni się mylą.

Oto bowiem w „narracji” (brrrr…) nowej lewicy nastąpił nieoczekiwany a oczekiwany przecież zwrot (dialektyka poziom mistrzowski) – i nagle okazuje się, że skoro społeczeństwo polskie wbrew przewidywaniom dzieci transformacji mimo trzydziestu lat systematycznego propagowania kultu siły i „człowieków sukcesu” jednak gdy słyszy, że aborcja powinna być legalna, żeby „na świecie nie było kalek, słabych, bękartów, potworków”, to nie tryska entuzjazmem, a jakby wręcz przeciwnie, to można mu bez żenady wciskać kit, że tak powiem, odwrotnej natury; i utrzymywać, jak gdyby nic się nie stało, że „możesz być za aborcją i walczyć o prawa osób niepełnosprawnych”, bo aborcja to „wybór nie konieczność”, brekekeks, brekekeks, finito.

No i tak, ten fragment całej tej populistycznej gadki zrobił na mnie szczególne wrażenie  – bo istotnie jest szczególny; lub, inaczej mówiąc, jako jedyny w oczywisty sposób fałszywy. Nowi ideologowie dzieciobójstwa nie omieszkali odwoływać się do rzeczy mniej intelektualnych, i np. okazało się, że można „być za aborcją i być kochającą matką” (czemu nie ojcem?), co już jakby przełknąć nieco łatwiej – bo emocje faktycznie nie zawsze zestrajają się z rozumem, i bywa że głoszący najbardziej patologiczne poglądy czy publicznie kompletnie nie do zniesienia (przykładem taki Bismarck) okazują się w życiu prywatnym zupełnie ciepłymi i porządnymi ludźmi. Ot, tajemnica serca, i istoty żyjącej samej sobie na sprzeczność. Niemniej kiedy mowa o prawach, sytuacja się zmienia; i niestety, trzeba przestać sentymentalizować, słodzić i siać na lewo i prawo różową watą cukrową, a zacząć myśleć – i tutaj, najwyraźniej, zaczynają się problemy.

Ludzie w Polsce filozofii raczej nie czytają, ani nawet nie mają (tak naprawdę) żadnych zajęć z logiki, więc trochę się gubią, i nie wiedzą – zazwyczaj – że w świecie idei występuje hierarchia, i że jedne, mniej istotne, wynikają z drugich, względnie je suponują, na podobnej zasadzie, na jakiej pojęcie stworzenia suponuje pojęcie stwórcy, pojęcie „lepszy” pojęcie „dobry”, czy pojęcie kłamstwa pojęcie prawdy; nie wiedzą, więc wygadują sobie beztrosko najprzeróżniejsze rzeczy. „Świat został stworzony, ale nie przez Boga, tylko stworzył się sam”, „najlepszym światem jest świat bez obiektywnego rozróżnienia dobra i zła”, „prawdy nie ma, ale Trump kłamie” – to wszystko można powiedzieć, jeśli ktoś ma ochotę, i istotnie, ja to wszystko już jakoś słyszałem, natomiast każdy obdarzony minimum inteligencji widzi przecież, że to czysty bełkot, i poziom co najwyżej czysto fizycznych voces, jak z Roscelina, przypominających poniekąd mowę wykrzyknikową zwierząt – no bo niewątpliwie to też coś komunikuje (i być może tutaj teoria „znaku przyjemnościowego” Rolanda Barthesa i cała reszta poststrukturalistycznego śmiecia rzeczywiście znajduje jakieś zastosowanie); na pewno jednak nie komunikuje to niczego, czy prawie niczego, w sensie intelektualnym – i ostatecznie jedyne, co zostaje, to jakaś wielka fundamentalna negacja, którą usiłuje się za wszelką cenę ukryć.

Usiłuje się, ale się nie da; i znów – gdybyśmy nieco więcej czytali, to byśmy pewnie to lepiej wiedzieli. „W każdym momencie filozoficznej refleksji zarówno filozof jak i jego doktryna kierowani są z góry przez pewną bezosobową konieczność. Na początku, filozofowie zawsze wybierają pewien zbiór pierwszych zasad – ale gdy się to już stanie, przestają myśleć tak jak chcą i zaczynają myśleć tak jak muszą. […] Jakakolwiek próba uniknięcia konsekwencji przyjętych założeń skazana jest na porażkę. Jeśli dany filozof sam czegoś nie powie, zrobią to za niego jego uczniowie, o ile takich ma; jeśli zaś nie ma, być może, że faktycznie słowo to pozostanie na wieczność niewypowiedziane – niemniej, to słowo jest, i każdy, kto wróci do tego akurat zbioru zasad, choćby i kilka wieków później, stanie przed koniecznością wyprowadzenia z nich dokładnie takich samych wniosków”to słynne zdanie z „Jedności doświadczenia filozoficznego” działa także w drugą stronę; i jeśli odrzuca się jakieś pierwsze zasady, to konsekwentnie należy odrzucić wnioski, które się na nich opierają. Otóż aby można było mówić o prawach człowieka, potrzebny jest człowiek, a żeby można mówić o człowieku, to człowiek ten musi żyć; to chyba jasne jak słońce. A jeśli to jasne jak słońce, niezbicie wynika stąd, że prawo do życia jest pierwszym i najbardziej podstawowym prawem człowieka, które suponują i z którego wynikają wszystkie inne. I wszystkie inne to właściwie nie osobne prawa, ale rozwinięcie tej jednej podstawowej zasady, stojącej u początku całej drogi; prawo do dążenia do szczęścia to po prostu prawo do czynienia własnego życia naprawdę własnym; prawo do wolności myśli to po prostu prawo do urzeczywistniania swojego życia w sposób prawdziwie ludzki, tzn. w „nadistnieniu” intelektu; prawo do wolności słowa to to samo prawo, tylko że przetransponowane w kontekst społeczny. I tak dalej i tak dalej; niewątpliwie, nikt nigdy jeszcze nie określił raz dla wszystkich, ile tych praw jest (bo słynna i piękna „Deklaracja UNESCO” chyba nikogo już niestety nie obchodzi), i tutaj można się spierać – ale żebyśmy mogli spierać się o kształt i skład praw człowieka, musimy uznać, że człowiek ma jakieś prawa – a jeśli nie ma prawa żyć, to w jaki sposób może mieć prawo (i rozumiej, człowiecze, co jest prawo) do czegokolwiek innego? Jeśli to odetniemy, wszystko inne straci grunt, i cała budowla runie pod własnym ciężarem. I istotnie, ci, którzy kuli te pojęcia filozoficznie zdawali sobie z tego sprawę bardzo dobrze. W „Deklaracji niepodległości” czytamy: „prawo do życia, wolność i dążenia do szczęścia”, i kolejność ta nie jest przypadkowa. „Jaki jest cel społeczeństwa? Chronić nienaruszalne prawa człowieka. Jakie jest pierwsze z tych praw? Prawo do życia.” – to z kolei Maksymilian Robespierre (1792). Co by o nich powiedzieć, i jak mocno krytykować, ci ludzie rozumieli to, co głoszą, i zdawali sobie sprawę z pewnych koniecznych zależności; wiedzieli, że nie da się zjeść ciastka i mieć ciastka. Lewica współczesna natomiast cała kręci się właśnie wokół przeświadczenia, że można zjeść ciastko i mieć ciastko, znieść prawa człowieka i mieć prawa człowieka; i tak też mówi niepełnosprawnym, ale nie tylko im (bo przecież aborcja ma być na żądanie): „Macie niezbywalne prawa i będziemy o nie dla was walczyć, o ile was wcześniej nie pomordujemy w imię korzyści społecznej; jeśli będziecie żyć, będziecie bezpieczni”.

I nikt jakoś nie widzi po tamtej stronie żadnego problemu, i wszyscy cieszą się, skaczą i tańczą; w imię równości, wolności i braterstwa, nie wiedząc, że sieją ziarna burzy, która i ich zmiecie, gdy tylko staną się słabi i niepotrzebni; i historia wepchnie im całą tę ich gadaninę o wyborze i „przydatności społecznej” na powrót do gardeł.

I co? Nie mówiłem, że to ja mam rację, a inni się mylą? Oczywiście nie ja jako ja, ale jako interpretator pewnej tradycji i myśli, którą rozgłosili na cały świat moi wielcy mistrzowie. Świat współczesny jest kompletnym pomieszaniem i zamętem, i trudno to wszystko rozplątać; ale jedno pozostaje pewne – że jeśli ktokolwiek w tym momencie realnie utrzymuje w mocy ideały oświecenia, czy to dosłownie, czy tylko pośrednio, realnie głosi wolność, równość i braterstwo, i realnie broni praw człowieka – to na pewno nie nowa lewica, dla której to po prostu kolejny element dialektycznej maskarady; a jednak, ludzie w jakiś tam sposób wciąż cenią demokrację, wolność i prawa człowieka. I tutaj otwiera się znakomite pole do ataku, z którego należy zrobić użytek; inaczej dalej będziemy zostawiać swobodę tej populistycznej gadce, która powoli spycha nas do getta. Nie mówię, że na pewno wygramy – ale przynajmniej damy sobie szansę.

Pomijając już o innym aspekcie całej sprawy, o którym na koniec, anegdotycznie. Mówiliśmy kiedyś o „Deklaracji niepodległości” na zajęciach na UŚ; otóż doktor, który je prowadził (straszny „krytyk polityczny”, ale przynajmniej kompetentny – i czytał Marksa, więc zachowywał względny kontakt z rzeczywistością) zaczął mówić, że „ludzie urodzili się z równymi prawami”, czy coś; na co wtrąciłem nieśmiało: „Przepraszam, ale ‚Deklaracja’ mówi o stworzeniu, nie o narodzinach”. Doktor popatrzył na mnie chwilę i sarknął gniewnie. Przeszliśmy do innych kwestii.

Ano właśnie; to-to.