Czytanie amerykańskich profesorów ubogaca; i tak, niedawno, rozwijając się dystrybucjonistycznie na modłę, wyczytałem u pewnego takiego, że dystrybucjonizm — według „ojców założycieli” — „rozkwitł w średniowieczu, epoce monarchii i arystokracji, a potem przetrwał nawet w demokracjach”.

Słucham pana? Którędy na Grunwald?

No bo — ? Po pierwsze: na pewno nikt nie mówił, że coś tam kwitło, co zresztą GKC et consortes wielokrotnie zaznaczali. Na tym właśnie (może ktoś pamięta) opiera się cała argumentacja z „Nowego Jeruzalem”; średniowiecze było dobrym początkiem, właściwą drogą, a może ledwie skrętem na właściwą drogę. To i tak sporo, wiadomo, ale — ?

Po drugie: tyle, ile GKC i Belloc napisali o demokracji i „dogmacie” (jaśnie panów własne słowa) równości ludzkiej, to szkoda nawet gadać; więc znowu coś nie zagrało.

Po trzecie: Belloc i GKC mogli zgodzić się na ustrój monarchistyczny (Belloc to nawet chętnie, zwłaszcza w późniejszym okresie działalności), ale na pewno nie na arystokrację (czego takie Irlandzkie impresje dowodzą aż nadto dobrze); więc znowu nie wiem, o co i skąd…

No, po prostu jakoś dziwnie; czyli Gilbert biedny może sobie pisać ile wlezie, a profesorstwo i tak swoje. Chyba, że to jakieś czary; może więc wyczarował? No ale z czego? I tutaj otwiera się pole do śmiałej hipotezy — bo ja mniemam, że wiem, a chociaż że podejrzewam.

Poniedziałek — ja.

Wtorek — ja.

Środa — ja.

Czwartek — ja.

Piątek — ja.

Sobota — … No, GKC (w ostateczności).

Takimi zaklęciami da się wyczarować tyle — i jeszcze znacznie, znacznie więcej. Szczęść Boże.

 

A tu: „Trzy akry i krowa” według samego zainteresowanego (czyli nie-ja):