GKC zawsze powtarzał, że dystrybucjonizm to nie pogląd, a zdrowy rozsądek; i ja również, na podstawie osobistych obserwacji, doszedłem do uznania (co chyba nie dziwne) tej istotnej tezy. Każdy jest dystrybucjonistą, tylko nie każdy zdaje sobie z tego sprawę. I tak niedawno natrafiłem na pewne dzieło, które – istotnie – równie dobrze mogłoby powstać w Ditchling w roku 1926 (powiedzmy), gdy ruch dystrybucjonistyczny przeżywał szczytowy moment rozwoju; a jednak powstało w Polsce, około roku 1939, a wydane zostało w 1946 przez PAX.

O co chodzi? O powieść Hanny Malewskiej (1911-83) „Kamienie wołać będą”.

Hanna Malewska była powieściopisarką katolicką, z wykształcenia historykiem, i długoletnią współpracownicą PAX-u, a także długoletnią redaktor naczelną miesięcznika „Znak”. Z wykształcenia zaś historykiem. Napisała kilka znaczniejszych dzieł, w tym piękną powieść o Norwidzie „Żniwo na sierpie”, dzieło „Przemija postać świata”, czy „Sir Tomasz More odmawia”. „Kamienie wołać będą”, książka wydana w roku 1946, to jej najdojrzalsza prawdopodobnie powieść o tematyce średniowiecznej. Osadzona w XIII wieku, opowiada historię wielkiego projektu budowy gotyckiej katedry we francuskim mieście Beauvais, która to historia stanowi rdzeń fabuły, a „wokół” której rozwija się mnóstwo innych, przeplatających się wątków: dzieje Mateusza, mistrza ciesielskiego, i jego żony Jagnieszki, historia brata Hilarego, franciszkanina, losy Szymka rybałta, a przede wszystkim zapis życia świętego króla Ludwika IX, ostatniego krzyżowca, próbującego odbić Grób Pana z rąk Saracenów. Lecz to nie fabuła, choć bezsprzecznie interesująca, stanowi o wartości tej książki; bo „Kamienie…” to przede wszystkim dzieło, powiedzmy, „polityczno-kulturowe”, stawiające pytanie o to, dlaczego właśnie w wieku trzynastym, u szczytu swego rozwoju, cywilizacja średniowieczna nagle się załamała, i w ledwie wiek później obróciła niemal w kompletną ruinę. Malewska stara się jak najdokładniej, na ile to w powieści możliwe, oddać zatem unikalny charakter trzynastowiecznego świata; i tak zapoznać się możemy zarówno ze sposobem funkcjonowania cechów, i ideałami średniowiecznego korporacjonizmu, ze specyficzną, wielką emancypacją trzynastowiecznych miast, z unikalną mentalnością prawdziwie chrześcijańskiego społeczeństwa, z duchem ówczesnych francuskich praw, ze strukturą ruchu pielgrzymkowego, ze społeczeństwem i gospodarką, w których element normalny stanowią dzieła miłosierdzia, ze szlachetnością ówczesnego rycerstwa, z rewolucyjną wprost polityką Ludwika, osobiście dbającego o poprawę stanu życia chłopów, z niesamowitą atmosferą ówczesnych uniwersytetów (pojawia się nawet, przelotem, pewien dominikanin, niejaki brat Tomasz…) i z niezwykłą energią zakonów żebraczych. Natomiast, i to bardzo ważny punkt, autorka nie jest bynajmniej w swoich pochwałach wieków średnich bezkrytyczna, i dostrzega, że oprócz tych wszystkich obiecujących elementów, istniały w społeczeństwie tamtego czasu elementy niepokojące, stanowiące w dużej mierze pozostałości czasów wcześniejszych, które również portretuje z wielką biegłością; pokazując brutalność i prymitywizm powoli i opornie emancypującej (i chrystianizującej) się wsi; samowolę szlachty; twardość i lekceważenie wobec kobiet; ruchy niemal neopogańskie; zawziętość i zachowawczość części hierarchii kościelnej; a także – i to niezmiernie wymowne – nabierający rozpędu ruch lichwiarski i ruch na rzecz, jak powiedzielibyśmy dziś, „wolnego handlu”, gardzący ustaleniami cechowymi i pojęciem ceny sprawiedliwej. Co ważne, unika się tutaj aż zbyt zapewne kuszących dla pisarza uproszczeń; i średniowieczna Francja Malewskiej to nie dwa wzajemnie zwalczające się światy, prosty kontrast światła i ciemności, ale właśnie jeden świat, mistrzowski światłocień, w którym przeciwstawne wartości i czynniki istnieją obok siebie i przeplatają się ze sobą, często nawet w sercu jednego człowieka, tak że często trudno je przy pierwszym wejrzeniu rozróżnić; i czytelnik nieraz zastanawia się, czy da się usunąć zło bez niszczenia dobra; i nieraz bardzo chciałby zapomnieć przypowieść o pszenicy i kąkolu.

A jednak – i to niezmiernie interesujące – to wcale nie te wewnętrzne sprzeczności i paradoksy pokazane są w powieści jako przyczyny „śmierci” unikalnej kultury Christianitas.

Cóż zatem? To chyba największy walor tej książki, rzecz niezmiernie subtelna, którą ogromnie trudno oddać, szczególnie jeśli nie chce się zdradzać rozwoju fabuły, niemniej postaram się uczynić w tej kwestii tyle, ile będę mógł; otóż odpowiedź brzmi: nic. Czy też właściwie: nic konkretnego. Oczywiście, katastrofy przychodzą w dziele jedna za drugą; i czytelnik z bólem przygląda się, jak najszlachetniejsi i najzdolniejsi bohaterowie tej opowieści powoli przegrywają walkę czy to z czynnikami zewnętrznymi, czy to z samym sobą, jak niszczą ich choroby czy własna pycha, jak padają ofiarami ślepej nienawiści tych, którym jeszcze nie udało się pomóc, czy też sami zamieniają się w oszustów i bandytów, niemniej ostatecznie żadna z tych przyczyn, ani nawet ich suma, nie wystarczy do wytłumaczenia ostatecznej klęski. Symboliczną reprezentację tego przedziwnego procesu znajduje Malewska w dwóch obrazach: krucjaty podjętej przez Ludwika IX i wspomnianej już budowie katedry, mającej być najwspanialszym dziełem gotyku. Oba dzieła rozpoczynają się w atmosferze nieprawdopodobnego entuzjazmu; Francuzi szaleją z radości, błogosławią Boga, podejmują tytaniczny wysiłek fizyczny, moralny i finansowy – pracują wszyscy, a pracą ich kierują najzdolniejsi i najszlachetniejsi ludzie epoki; a jednak, krucjata kończy się całkowitym fiaskiem, a katedra nigdy nie zostaje ukończona. I naprawdę, nie da się tutaj ustalić konkretnych powodów. Po prostu: motywacje są czyste, a dzieło wspaniałe; ludzie wielcy, a środków pod dostatkiem; wszystko wskazuje na to, że musi się udać; a jednak się nie udaje.

I w tym momencie pojawia się najważniejsze moim zdaniem pytanie, które stawia nam ta smutna opowieść; czy wielka chrześcijańska cywilizacja jest w stanie unieść tę sytuację, i pogodzić się z losem? Przecież wierzy, że to wszystko przychodzi na nią z ręki Boga; czy zatem znajduje w sobie tę moc, aby pochylić głowę i przyjąć Jego wyrok? Odpowiedź – narzucająca się, choć przez Hannę Malewską ledwie zasugerowana – przygnębia i pobudza do refleksji, szczególnie, że jest prawdziwie niebanalna; i centralnym – w zasadzie dosłownie, bo usytuowanym niemal dokładnie w środku książki – obrazem wydaje mi się całkowita i przejmująca bezradność w obliczu wielkości, zdolnej wyrzec się wszystkiego, oraz wybaczyć i błogosławić wszystkim, nawet mordercom. Wielkości, wobec której człowieka ogarnia strach; wobec której nie mówi się nawet ani słowa; i przed którą ucieka się w coraz to bardziej szaleńczą pracę, gorączkę, a ostatecznie nawet w śmierć.

Niezwykłe dzieło; dzieło, które trzeba koniecznie przeczytać.

A czemu napisałem, że jest ono również dystrybucjonistyczne? Zapewne niektórzy już zdołali się domyśleć; i mniemam, że każdy, kto miał styczność z „Nowym Jeruzalem” Gilberta i uszy do słuchania, pojmuje. Chrześcijańskie dzieło społeczne nosi pierwiastek średniowieczny w samym swoim sercu; ale nikt poza kompletnym szaleńcem nie będzie utrzymywał, że wieki średnie stanowiły w jakimkolwiek sensie tego słowa ideał; bo nie stanowiły. „Stanowiły ledwie dobrą drogę, czy może nawet ledwie skręt na właściwą drogę”. Miały w sobie cudowną energię, i zapowiadały wiele – lecz przepowiednia ta nigdy się nigdy się nie ziściła. Był to piękny, zielony las, który właśnie zaczął — wtedy, w XIII wieku – pokrywać się kwieciem; i nagle wszystko ustało. „Mróz ściął je w samym środku wiosny”.

I te podobieństwa są zbyt oczywiste, aby dało się je zignorować; niemniej to już temat na osobną rozprawę. Na dziś wystarczy tyle: że mamy w Polsce coś niezwykłego. I na pewno warto po to coś sięgnąć – nie tylko dlatego, że jest niezwykłe, nie tylko dlatego, że mądrze i autentycznie katolickie, ale również dlatego, że jest polskie. PAX.