Bellokiady ciąg dalszy, niniejszym.
 
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych aspektów diagnoz społecznych GKC, i to już od samego zarania, jest — oczywiście — kwestia niewolnictwa; to znaczy: słynna teza, że niewolnictwo wraca. Ileż to się ludzie nie nawyśmiewali z tego stwierdzenia, że przesada, że histeria, że GKC sobie odleciał, że go porwała mania antysemicka (tak, nawet wtedy tak to wyglądało) — i to dzisiaj to nastawienie ogólnie się utrzymuje; sprawiając, że w kwestii komentarza politycznego GKC traktuje się średnio poważnie.
 
Tego typu obiekcje opierają się na bardzo ciekawych przedzałożeniach. Można to skrócić jak następuje: po pierwsze, niewolnictwo nie wraca,bo większość społeczna nie zauważa, żeby wracało. Milczącym przedzałożeniem jest zatem tutaj to, że niewolnictwo stanowi dla naszej kultury rzecz wyjątkową, i gdyby wróciło, wszyscy natychmiast zwróciliby na to uwagę, a nawet byli zszokowani. Po drugie: niewolnictwo nie wraca, bo pracownikom żyje się coraz lepiej, a nie coraz gorzej. Milczące przedzałożenie: życie w niewolnictwie jest straszne, nie do zniesienia, że generalnie brud, syf, kiła i mogiła.
 
Akurat temat niewolnictwa jest tym, w którym mityczny częstokroć wpływ Belloca na GKC jest faktem. To Belloc zajmował się tym tematem, opracowywał go, i nadał mu ramy teoretyczne. I niezmiernie interesujące wprost, niezmiernie interesujące, jest to, że jeśli zajrzy się do oryginalnych tekstów pana B. na temat, znajdzie się tam dwie podstawowe tezy, bez zrozumienia których — jak twierdzi — nie da się racjonalnie dyskutować o problemie. Po pierwsze: że niewolnictwo jest dla kultury europejskiej czymś absolutnie normalnym; po drugie: że życie niewolnika było pod wieloma względami znacznie lepsze, niż życie robotnika w kapitalizmie.
 
Nie będę streszczał tutaj świetnych argumentów historycznych Belloca w całości; pochodzą one z „pewnej książki”, która jest w fazie przygotowawczej, a niektórych rzeczy (a może zresztą wszystkich?) nie należy sprzedawać za łatwo. Ale fakt faktem, że jeśli spojrzeć na historię Europy, czas bez instytucji niewolnictwa, czas, w którym tej instytucji po prostu nie było, w żadnej formie, to jest w porównaniu do epok czysto niewolniczych maleńka drobinka. Na niewolnictwie opierała się cała gospodarka antyku; i cała gospodarka wieków ciemnych. I, co więcej, cała gospodarka np. kolonii hiszpańskich w Ameryce Południowej. I teraz, jeśli ktoś uważa, że co było to było i przecież to „nic nie zmienia”, niech się zastanowi, dlaczego właśnie choćby hiszpańscy arystokraci przywrócili instytucję niewolnika tak szybko, jak tylko mogli? A czy ktokolwiek protestował, poza papiestwem czy, ogólniej, Kościołem („Sublimis Deus” Pawła III czy Bartłomiej de Las Casas OP), podobno wszechmocnym, a przecież jednoznacznie wtedy zignorowanym?
 
Odpowiedź sama się nasuwa. Cywilizacja, historia, przekaz dziejowy pewnych rzeczy, to straszliwie skomplikowana sprawa, i śmiem twierdzić, że wiemy o nim jeszcze mniej, niż o funkcjonowaniu świata przyrody. I czy tłumaczyć to tak, czy inaczej, czy w ogóle nie tłumaczyć — tak to właśnie wygląda.
 
Drugi punkt jest, na pozór przynajmniej, bardziej kontrowersyjny. Ale jednak, nawet w mniej poprawnych politycznie historyków USA czytałem takie przebąkiwania, że niewolnikom murzyńskim żyło się znacznie lepiej na plantacjach, niż potem, w realiach wczesnokapitalistycznych. Zresztą, to właśnie stanowiło jeden z głównych argumentów zwolenników utrzymania niewolnictwa rasy czarnej na Południu: że właściciel lepiej dba o swoją własność, niż pracodawca o pracownika. W interesie pana jest utrzymanie niewolnika w dobrej formie; dlatego dostarcza mu mieszkań, jedzenia, ubioru, a nawet pewnych możliwości rozrywki. Oczywiście — chodzi tylko o pewne minimum. Ale były takie czasy w dziejach Zachodu, że ludzie pracujący nie mieli nawet tego minimum…
 
Jest świetny fragment na temat w „Zbrodniach Anglii” GKC. Że przecież niewolnicy w USA mieli np. banjo; mieli miejsca do tańczenia i kilka innych rzeczy. I co? Sami to sobie zrobili? Sami kupili? Chyba nie?
 
I teraz, klucz do rzeczy. Powiedziawszy to wszystko, trzeba zaznaczyć: Belloc nie twierdzi, że niewolnictwo jest dobrym ustrojem. Twierdzi, że niewolnictwo jest złym ustrojem. Jako z krwi i kości demokrata, nie godzi się na możliwość tak radykalnego, statusowego rozróżnienia dwóch grup w ramach jednej wspólnoty politycznej, i tak radykalnego wypchnięcia większości społecznej poza margines życia politycznego. Ale to właśnie ON się na to nie zgadza; natomiast — i przed tym nas przestrzega — różnorakie uwarunkowania historyczne sprawiają, że wcale niekoniecznie MY się na to nie zgadzamy. Zazwyczaj potępienie ustroju niewolniczego dotyczy takiego wymyślonego czegoś, co opisałem nieco wyżej. Natomiast gdy przychodzi co do czego, to się zaczyna: „No ale przecież ci ludzie mają się teraz lepiej, ale przecież po co im ta niezależność, po co im ta ochrona danych, po co im ten wpływ na politykę, przecież większość i tak się tym nie interesuje…” (albo moje ulubione: „Całuj po rękach SWEGO PRACODAWCĘ!”). Itd. itd.
 
Najgorzej, że częstokroć chodzi o samych zainteresowanych…
 
Warto na ten temat nieco podumać i porozglądać się nieco wokół. Żyjemy w czasach nominalnie demokratycznych (w tym sensie, że są wybory, no naprawdę do popłakania się z radości, a „jak prawdziwy chłop płacze, to musi być święto”), natomiast faktycznie wygląda to tak, jak wygląda; że ministrami zostają prezesi spółek, dyrektorzy banków, przewodniczący fundacji, a prezesami spółek, dyrektorami banków i przewodniczącymi fundacji zostają ministrowie. Elity krążą, o tak, i to jakże one krążą, ale horyzontalnie; a szara masa niech się trzyma z daleka, bo przecież i tak nie wiedziałaby, co zrobić z tymi miliardami dolarów. Bo przede wszystkim, krąży pieniądz (przez co, rzecz jasna, „wszystkim żyje się lepiej”).
 
Można zatem należeć do jednej z dwóch grup. Można się z GKC i Belloca wyższościowo śmiać, prychać na nich, ironicznie uśmiechać się pod nosem charakterystycznie odsłaniając górne zęby i bełkotać poprzekręcane cytaty z różnych „mądrych” i „poważnych” książek, które są „mądre i poważne” tylko dlatego, że ktoś inny tak powiedział. A można inaczej; można czytać te teksty, zacząć je rozumieć — i zacząć coś działać, przynajmniej na własną rękę, i stosownie do własnych skromnych raczej możliwości (no bo, na przykład, kim ja jestem? ledwie obywatelem Rzeczypospolitej Polskiej). Bo świat z gronami, ale bez gniewu, to nie tylko sprawa etycznie wątpliwa; to katastrofa estetyczna.
 
Powyżej:”Targ niewolników” pana Gustawa Boulangera, malarza francuskiego (jak sama nazwa wskazuje); coby sobie człowiek przypomniał, skąd pochodzimy — i dokąd możemy zmierzać…