Człowiek przemierza sobie spokojnie życie i co i rusz dowiaduje się, że jest pacanem. Tak na przykład, uzupełniając lektury istotne z punktu widzenia interpretacji dorobku GKC odkryłem, z niemałym zachwytem, że Belloc to świetny historyk. Przeczytałem jedną książkę; potem drugą; potem trzecią. Każda była niezmiernie interesująca, odważna, oparta na faktach. I co? No i właśnie — jakiś czas później dowiedziałem się, że jeśli tak, to nie jestem inteligentny.
 
Oczywiście, powiedział mi to wszystko głos z przeszłości — bo głos z teraźniejszości raczej rzadko w ogóle o Bellocu wspomina, a jeśli, to po to, by przywołać kilka jego zabawnych wierszy nonsensownych (znakomitych, nawiasem). Otóż szukając możliwości zakupu jego pięciotomowej „Historii Anglii” (nie udało się) natrafiłem na recenzje tego dzieła, które odmawiały mu wszelkiej wartości jako dziejopisarstwu; i oskarżały autora o ideologiczne odchylenie, zaćmiewające obiektywizm. Poszukałem jeszcze trochę, i znów to samo — przy prawie każdej możliwej okazji; zawsze ideologizacja, zawsze fanatyzm, zawsze brak obiektywizmu. Po krótkim czasie dałem sobie spokój; niemniej, kwestia mnie ruszyła. I trochę nad nią podumałem.
 
Ja tutaj oczywiście nie poruszę nawet z jednej pięćdziesiątej tego, co by można; ale że akurat zachodzi potrzeba ruszenia, to dam jeden przykład, pozornie bardzo odległy od problemów współczesności, ale dla mnie akurat niezmiernie wymowny.
 
I tak właśnie, dosyć częstym jak się zdaje oskarżeniem wobec Belloca było to, że miał manię na punkcie starożytnego Rzymu, w związku z czym na siłę próbował wszędzie wcisnąć jakieś rzymskie wpływy — i kontrfaktycznie niekiedy, a na pewno zawsze nachalnie, wtłaczał swoim czytelnikom do głowy przekonanie o znakomitości tej cywilizacji. Tak się składa, że czytałem jedną książkę poświęconą między innymi temu problemowi, i jakoś tego fanatyzmu i zaciekłości nie zauważyłem. Jedyne, co zauważyłem, to że Belloc miał raczej odważną wizję upadku Imperium, cokolwiek inną od tej, którą się do dzisiaj powszechnie przyjmuje. Bo podkreślał raczej ciągłość, niż rozłam. W największym możliwym skrócie: twierdził, że upadek ten nie był nagłym kataklizmem — krótkim dziejowym wstrząsem, podczas którego cała cywilizacja rzymskiego zachodu runęła w gruzy pod butem wędrujących na zachód plemion barbarzyńców — ale powolnym i długim procesem, wynikającym z mnóstwa czynników, ale przede wszystkim z tego, że centrum polityczne Cesarstwa przeniosło się na wschód; i stopniowo — bardzo stopniowo — szczególnie wobec niepokojów wewnętrznych i zewnętrznych, cesarze przestali się zachodem właściwie interesować, pozostawiając sprawy własnemu biegowi (cesarze „właściwi”, bo wykazuje też Belloc, że status cesarza zachodniego nie był przesadnie cesarski).
 
Brak silnej władzy centralnej, stanowiącej jedyne spoiwo łączące zbiorowisko obcych i odległych od siebie plemion, w naturalny sposób „uśmiercił” (by tak rzec) ostatnie związki między nimi; i odpłynęły one od siebie, formując pomalutku nowe państwa, tworząc nowe prawa i budując własną tożsamość. Fakt, że inwazja obcych ludów również odegrała tu pewną rolę, szczególnie wzmacniając pozycję armii i jej dowódców, od których wywodziła się znaczna część nowych dynastii; nie ma czasu wchodzić w tej chwili w szczegóły czy materiał dowodowy; ale najważniejsza jest tutaj teza zasadnicza — że wszystkie te nowe państwa budowano jak gdyby „na” rzymskich pozostałościach; że, zatem, Europa Zachodnia budowała w ciągłości. Jedno upadło, drugie powstało, ale wykorzystując — choć niewątpliwie zdegenerowane i „zbarbaryzowane” — dokonania Rzymian (i nie trzeba wspominać tutaj chyba o takim małym, dodatkowym szczególiku, jakim jest Kościół).
 
Nie zajmuję się teraz kwestią tego, czy to prawda, czy nie. Zapewne można ukuć przeciwko tej wizji mnóstwo kontrargumentów; zapewne znalazłby się gdzieś ktoś mądry, kto polemizowałby z nią w sposób racjonalny, uporządkowany i taki, z którym trudno by się było nie zgodzić (jak to zresztą z większością rzeczy w życiu jest). No ale — to jest właśnie jeden warunek; żeby polemizować z nią w sposób racjonalny, uporządkowany i przekonujący — czyli na faktach — a nie walić jak cepem za „fanatyzm i ideologię”.
 
No i teraz można się zastanowić — skąd taka agresja i niechęć? I jeśli nie chodzi o fakty — to o co? No, pewnie można by powiedzieć, że o pieniądze — ale żeby mieć pieniądze, to trzeba mieć kilka innych rzeczy, np. władzę. A jak się uzasadnia władzę nad innymi? No, to też dosyć proste pytanie — właśnie historycznie. Trzeba po prostu pokazać, że w przeszłości wydarzyło się coś, co wyposaża nas w naturalne i niezbywalne prawo do podbojów, grabieży, dyskryminacji i kilku innych przyjemnych rozrywek. I tak np. Anglia uzasadniała swoją dominację nad Irlandią właśnie procesami dziejowymi — a właściwie tym, co z nich wynika, czyli — rzecz jasna — niewątpliwą wyższością rasy germańskiej nad celtycką.
 
Dowód? No a jakaż inna rasa, niż tylko wyższa-najwyższa, mogłaby zrównać z ziemią całe Imperium Rzymskie i zbudować od podstaw całkiem nowe państwa?
 
Jakże mały płomień, a jakże wielki las podpala — i naprawdę, wielka szkoda, że się nie mówi obecnie o podobnych rzeczach. Gdy tłumaczyłem choćby „Zbrodnie Anglii” GKC (niezmiernie bellokiańskie), natrafiłem na nazwisko Edwarda Augusta Freemana (1823-92), wymieniane z niemałym przekąsem. Przy pierwszym kontakcie z tematem kompletnie nie mogłem zrozumieć czemu; bo z „oficjalnych” notatek biograficznych wyłaniał się prawdziwy święty; a że liberał, a że o otwartym umyśle, a jakaż argumentacja, jakież horyzonty, jakiż materiał dowodowy, jakaż życzliwość w stosunku do ludzi, uczciwość, sprawiedliwość, dobroć wrodzona! Oto znalazłem postać ideału!
 
I długo jeszcze musiałem szukać, by w końcu wyszperać w jakiejś akademickiej książce, że facet był po prostu rasistą; i uznawał stały postęp cywilizacji, polegający na tym, że kolejne „rasy dominujące” podbijają się jedna po drugiej i wyrzynają, by przejąć pałeczkę dziejowej dyktatury. No i któż jest tym kresem, do którego to wszystko zmierza, tą strzelistą wysokością, do której wznieść się musi niedostający słowiańsko-celtycki plebs?
 
No a kto to w ogóle mógłby być, powiedźcie Państwo?
 
I najciekawsze jest to, że takie coś jest w historiografii Anglii początku XX wieku dosłownie wszędzie; gdzie się nie pójdzie, tam siedzi Teuton.
 
I jak zwykle pozwala to wyciągnąć pewne ciekawe wnioski na teraz.
 
Po pierwsze, że jeśli nawet Bellocowa wersja historii jest fałszywa (choć mnie akurat wydaje się znacznie bardziej prawdopodobna niż opowieści o geniuszu teutońskim, budującym wszystko od gołej ziemi), to facet wiedział, jak włożyć kij w mrowisko — i nie bał sie tego robić; co samo w sobie jest wielką zasługą dziejową.
 
Po drugie, że „kanon” bywa zdradliwy; i że niektóre książki są „mądre i poważne” a niektóre „głupie i śmieszne” tylko dlatego, że ktoś tak powiedział; a ktoś mówi tak czasem dlatego, że mu to potrzebne.
 
I po trzecie, coby pokazać, że się jest na czasie i ogólnie nadąża, że kto jak kto, ale nasi sąsiedzi z zachodu potrafią grać w tę grę jak nikt na świecie; i bez sentymentów. Więc jak człowiek zaśpi, to go ograją — Q.E.D.
 
Powyżej: „Karol Wielki przyjmuje hołd od Widukinda w Paderborn, 785” , Ary Scheffer (1795-1858), francusko-holenderski malarz romantyczny. Jak zwykle: ku pomyśleniu. Karol, niestety, bezgłowy („Nie wyrzucać — to może mieć jakieś znaczenie!”).