Strasznie, STRASZNIE ważnych i trudnych, jak mi się wydaje; szczerze powiedziawszy, trochę mi głupio, że muszę w ogóle o tym pisać, ale skoro tak to już wychodzi, to do dzieła. Odchoruję w swoim czasie.

Ostatnie wydarzenia pokazują, że istotnie, choć mówimy po polsku, to zdecydowanie nie w tym samym języku (zresztą jak to powiedział Goethe? że komunikacja jest w warunkach ludzkich cudem nadprzyrodzonym?), i widać, że niektórzy – jak prąd ich wędrówki przez życie wyrzuci ich trafem akurat tutaj – mają co do różnych rzeczy błędne pojęcia. Dlatego też krótko: czego nie robić, żeby to wszystko miało względny sens.

  1. Nie przypisywać mi (ależ, pięknie proszę) gęby środowiskowej. Zgłaszałem już tutaj zresztą małe desinteressement  w tej sprawie, i com napisał, napisałem: nie należę do żadnego środowiska i nie reprezentuję żadnej grupy. Zapewne bliżej mi do jednych, a dalej do drugich; zapewne niektórzy trochę pomagają, inni nie bardzo, jeszcze inni znając życie (jak to w polskiej małpiarni) się ze mnie śmieją (czy raczej starają się ze mnie śmiać). Miło mi, jeśli ktoś uzna, że proponowane tutaj treści są w jakiś tam sposób ciekawe czy mogą się przydać, i gdzieś się nimi podzieli. Natomiast jest to relacja czysto zewnętrzna. Wewnętrznie (tzn. jeśli chodzi o mnie samego, moje pomysły i moje badania) gram solo i będę grał solo, z tej prostej przyczyny, że mi się tak podoba. A jak to się z kolei komuś natomiast nie podoba, może sobie iść, a nawet zaproszony jest iść sobie: iść sobie w cholerę, i zostawić mnie w spokoju, bo nie mam czasu na głupie przepychanki, i cholernie nie lubię być ideologicznie „dyscyplinowanym” (naprawdę muszę tłumaczyć czemu?).
  2. Ano właśnie; treści PROPONOWANE. Słowo, jak to zwykle, użyte celowo. Nie jest to bowiem również (bo może ktoś nie zauważył) relacja sprzedawca-klient. Niczego nie sprzedaję, i nikt ode mnie nic nie kupuje, czego nieomylnym znakiem jest (uwaga) to, że nie mam z tego zysku (bo dotacje dobrowolne, choć jestem za nie wdzięczny, trudno póki co nazwać zyskiem, zresztą one są za tłumaczenia, a nie – na Boga – za blog). Z podobnego powodu, nie jest to relacja petenta z patronem. Raz może jeszcze napiszę: strona NIE JEST DLA MNIE ŻADNYM ŹRÓDŁEM DOCHODU.  W związku z  tym, traktowanie mnie jak akwizytora jest po prostu – nie, że niemoralne, głupie, czy denerwujące nawet, ale po prostu intelektualnie bez sensu. Jak wiemy skądinąd, ludzie inteligentni, a przynajmniej cywilizowani, nie przepadają za rzeczami, które są bez sensu, i mnie to osobiście makabrycznie nudzi.
  3. Nie jest to wreszcie, na koniec, relacja mnie z Autorytetem. Rozumiem, że samo czytanie jest w Polsce sensacją, i jak ktoś (wedle wiecznotrwałej frazy, która zgodnie z intencjami autora miała mnie ustawić do kąta) „przeczyta kiedyś z parę książek”, i wyciągnie z nich bezkonsteksutalnie daleko idące wnioski, to już ma poczucie, że jest Wielkim Znawcą i ma prawo Oceniać. Niestety, śpieszę uświadomić, że tak to nie wygląda, i jeśli ktoś ma prawo ubierać się w szaty autorytetu i głosić z wysokości, to (umówmy się) ja, o czym świadczy choćby mój tytuł zawodowy, praca magisterska, której go zawdzięczam, tłumaczenia, które przygotowałem i całkiem sympatyczny dorobek naukowy, który już mam – a także ten, który mieć będę. Tak by to mogło wyglądać, gdybym bardzo chciał, i miałoby istotnie w sobie iskrę sensu – a jednak, tak to nie wygląda, bo – jak pisałem – to nie jest relacja autorytetu, ale relacja równości. Tylko że równość obywatelska, którą się podobno w tym smutnym zaścianku wszyscy cieszymy, nie jest bynajmniej (jak sobie to przeróżni dziwni ludzie wyobrażają) prawem dżungli, ale suponuje pewien poziom i typ kultury, w którym funkcjonuje zasada, no i to różnie można napisać, niektórzy mówią, że przyjaźni społecznej, inni że tylko szacunku społecznego; zwał jak zwał, skutki praktyczne zostają niezmienione. I znów: jeśli się komuś to nie podoba, albo jeśli ktoś tego nie rozumie, może sobie iść, ja na pewno płakać nie będę; a jak ktoś zostaje i czyta, to niech będzie uprzejmy trzymać jakiś poziom.
  4.  Aha, no i poza końcem: mowa wykrzyknikowa, spotykana i u zwierząt, typu „lollollollollol, hi hi hi” i emotikonki, to nie jest objaw trzymania poziomu.

Oczywiście, że uprzedzę typowo polską wątpliwość, to nie oznacza, że „odmawiam” komukolwiek prawa głosu, że wszyscy się muszą ze mną w sprawie GKC zgadzać, czy bić pokłony, jak cokolwiek przeczytają, i tak dalej; oczywiście, że „można” się nie zgadzać; ale trzeba to robić w odpowiedni sposób, tzn. nie z góry. Nie wiem, być może to tutaj obcy język; być może faktycznie w Polsce albo się innym czapkuje, albo wyciera sobie nimi buty. W każdym razie, po pierwsze: tak nie jest; oddychaj pełną piersią, bracie, żyj siostro – możemy się szanować nie czołgając się w błocie (ciesz się, raduj córko Syjonu!); po drugie: tylko że z tymi „różnicami zdań” to również nie jest aż tak kolorowo, o czym piszę tutaj właściwie od samego początku, i co znalazło niedawno kolejne potwierdzenie empiryczne: oto bowiem na przykład, wyjaśni mi to ktoś?, że Gilbert bronił rdzennie brytyjskiej instytucji pubu, to się zauważa, i ludzie się tym przejmują, do tego stopnia, że uważają, iż w związku z tym broniłby i dziś, sto lat później, w kompletnie innych warunkach i kulturze, patologicznej i lumpiarskiej piwiarni osiedlowej rodem z PRL (której niedobitki przetrwały i do lat 90, stąd je pamiętam – karkołomna to teza, biorąc pod uwagę, że pub był zasadniczo gospodą przydrożną), niemalże nikt jednak zdaje się nie dostrzegać, że tenże Gilbert był zapalonym frankofilem. Niewątpliwie, nawet „na oko” jedno jest nieco, powiedzmy, istotniejsze od drugiego. Skąd zatem taka struktura recepcji? Wydaje mi się, że odpowiedzieć na to pytanie można dwojako. Po pierwsze: wynikać może to z motywów ideologicznych. Dostrzeżenie Chestertonowskiej miłości do Francji i jej kultury pociągnęłoby za sobą niechybnie różne straszne rzeczy; trzeba by zacząć zwracać baczniejszą uwagę na to, co pisał o Rewolucji Francuskiej, jakobinach czy Napoleonie; trzeba by zacząć zwracać uwagę na jego poglądy polityczne, w których być może zaczęłoby się dostrzegać motywy russowskie, robespierre’owskie czy praktycznie cytaty z de Lamennais’go; a przecież nie wiadomo, gdzie taka podróż mogłaby się zakończyć – i kto wie, może by nawet trzeba coś na jej skutek zmienić? Ta perspektywa zaś, najwstrętniejsza jest zgoła polskiej duszy.

Po drugie: z powodów czysto warsztatowych; po prostu – występują pewne trudności w odbiorze. O GKC napisano niedużo książek, i jeszcze mniej naprawdę dobrych, niemniej „Chesterton: Man & Mask” ma przynajmniej tę wartość, że prof. Willis jako pierwszy łopatologicznie wytłumaczył wszystkim to, co powinno być oczywistością: że Chestertona również trzeba umieć czytać. A czytanie umiejętne, względnie hermeneutyka, zawsze wiąże się z dotarciem do tego, czego na pierwszy rzut oka nie widać. Znaczy, czy sympatii do Francji na pierwszy rzut oka nie widać, to nie wiem, niemniej na pewno pozostaje ona raczej w sferze aluzji i dopowiedzenia, która stanowi właściwą materią Chestertonowskiego pisarstwa. A pub widać; bo takie to śmieszne, miłe i sympatyczne. I ponieważ takie to miłe i sympatyczne, to można się nad tym pośmiać – i z niewiadomych przyczyn jak się z czegoś można pośmiać, to nie trzeba nad tym myśleć: w związku z czym mało kto myśli, i mało kto orientuje się (a naprawdę nie jest trudno się zorientować), że Gilbert nie bronił pubu dla pubu, ale używał go jako pewnego pars pro toto (jak z tą pogodą w „What’s Wrong with the World” choćby), pewnego „skrótu” starego systemu społecznego, który pragnął zachować – i na pewno, ponad wszelką wątpliwość i bezdyskusyjnie nie broniłby go, gdyby tego systemu społecznego zabrakło. Saloony amerykańskie, choć w sumie podobne, podobały mu się znacznie mniej, i relacja również jest zupełnie inna. Zresztą, to naprawdę jest absolutna oczywistość – która jednak, mocą jakiegoś przedziwnego prawa dziejowego, od początku generuje trudności. W 1938 Maurice Evans, który za swój esej antychestertonistyczny otrzymał prestiżową nagrodę La Bas, naśmiewał się na przykład z różnorakich konsekwencji, jakie wyprowadza nasz ulubiony autor ze skądinąd ciekawej obserwacji, że Amerykanie lubią patrzeć na obracające się kółka (kółka się obracają, więc wrócą w pewnym momencie do pozycji pierwotnej: Amerykanie są konserwatywni); „ależ, jak to?!” pyta z oburzeniem znamienity eseista, „przecież tu nie ma żadnej łączności logicznej!” Hugh Kenner, który to opisał, kwituje rzecz krótko: „Pan Maurice Evans nie zdaje sobie sprawy z faktu, że właśnie usłyszał przypowieść”. Możemy śmiać się z Maurice’a Evansa, niemniej mnóstwo admiratorów GKC robi dokładnie to samo. Przychodzi socjalista i pyta: „Naprawdę, naprawdę ten wasz Chesterton uważał, że kluczem do zachowania zdrowia narodu angielskiego było zostawienie mu pubów, i deregulacja zasad sprzedaży tytoniu?” „No tak, właśnie tak, hi hi” (pada odpowiedź), „on już taki był, taki wieloryb z sercem dziecka, trochę szalony, trochę niepoważny, ale rozkoszny”. Socjalista odchodzi niepocieszony, w poczuciu, że nie ma sensu czytać takich bzdur – i ja go za to nie winię; gdybym tak patrzył na Chestertona, sam bym go nie czytał.

A jednak go czytam; i po prostu wiem, że jest do tego człowieka sporo więcej, niż ta Willisowska „maska”, którą zarabiał na życie; każdy musi jakoś pisać. On pisał tak. Można tego nie lubić, niemniej na pewno to nie wyczerpuje kwestii. Niemniej warunek dotarcia do rzeczonych głębszych treści jest jeden: czytać z otwartym umysłem; i może z tą szczyptą historycznej pokory, której naszej cywilizacji „przebojowych indywidualistów”, z których każdy jest dokładnie taki sam, i robi za tubę jakieś grupy, zapewniającej mu poczucie bezpieczeństwa, zaczyna dramatycznie brakować, w związku z czym szuramy po dnie.

 

P.S.

Wpis odnosi się do wydarzeń na platformie facebook’owej rzecz jasna, więc do spraw mniej realnych, niż cokolwiek, co dzieje się tutaj, niemniej coś mi się chyba udało powiedzieć, więc i dobrze, żeby tu zawisło.