No i tak; z nadprodukcją koniec, ale jeden wpis na tydzień to nie nadprodukcja. A temat ciekawy i mi na sercu leżący, więc coś powiem.

Bo tak: mówiąc krótko, pojawiło się ostatnio na „mocnej” (alias „post-korwinistycznej”) prawicy utyskiwanie, jakoby obecni rządzący „odgrzewali sentymenty za PRL” (czy jakoś tak).

No dobrze; może i rzeczywiście. Ale też nasuwa mi się takie pytanie: i co z tego? Bo chyba wypadałoby to jakoś rozwinąć; czy jak rozumiem to już sam w sobie jest zarzut?

Jak zwykle, mamy dwie możliwości podejścia do sprawy; jedną, oligarchiczną, sprowadzającą się do stwierdzenia, że lud prosty to banda debili i na niczym się nie zna, w związku z czym analiza jego zachowań nie ma sensu – trzeba przechodzić nad nimi do porządku dziennego i iść swoją, słuszną drogą ludzi wykształconych i oświeconych; i drugą, demokratyczną, polegającą na przyjęciu, że lud nie jest bandą debili, ale po prostu ludem: czyli nie intelektualistą, ale jednak bytem jakoś-tam racjonalnym, oczywiście do tych granic, które jego intelekt jego potrafi objąć (jest to zresztą stary problem zasięgu tzw. rozumu powszechnego, na który powoływali się filozofie oświeceniowi, rozumiejąc go zresztą bardzo różnie). W związku z czym, co logiczne, wypada poświęcić jego zapatrywaniom i emocjom przynajmniej minutę namysłu. A więc – jeśli lud prosty naprawdę tęskni, przynajmniej w pewnym sensie, za PRL, wypada się zastanowić dlaczego. A jeśli człowiek się zastanowi – czy naprawdę tak trudno jest znaleźć odpowiedź?

Prawda jest taka, że jakkolwiek na pewno kochamy wszyscy II RP, to nie była ona państwem bez wad; a jedną z jego wad naczelnych było nie co innego, jak trzymanie się starego arystokratyzmu, skupionego na utrzymaniu resztek zastarzałych relacji feudalnych. Mówiąc krótko: pan był panem i tworzył; a chłop był chłopem i miał robić. Wieś polską cechowało makabryczne zapóźnienie; szalały w niej choroby, analfabetyzm i nieraz głód; nie miała dróg, wodociągów, wystarczającego zaopatrzenia w surowce. Reforma rolna (ludzie święci, w XX wieku!) tak naprawdę nigdy się nie dokonała. Podczas strajków chłopskich strzelano do ludzi jak do kaczek. Teraz czytamy narodowo „Przedwiośnie” Żeromskiego. Czy Żeromski miał coś wspólnego z socjalizmem? A jak się ta książka kończy i jaki morał płynie z tego zakończenia?

Komuniści, nawet biorąc poprawkę na PGRy i tym podobne sprawy, dali wsi pełne uwłaszczenie, spokój, względny dobrobyt, kontrolowaną modernizację, infrastrukturę, a młodzieży chłopskiej otworzyli możliwości rozwoju i edukacji; miastom zaś przemysł, produkcję, mieszkania i gruntowną przebudowę. Jestem, tak się składa, z Sosnowca z dziada pradziada, ale pradziad właśnie przeprowadził się na chwilę do Strzemieszyc (takie losu koleje), w związku z czym mój dziadek dorastał jako typowe chłopskie dziecko. Ludzie kochani, jemu nawet garnitur na maturę partia kupiła. Bez nowych urządzeń ustrojowych nie miałby najmniejszych szans na cokolwiek poza oraniem pola prymitywnym pługiem i być może szybką śmierć z chorób i wyziębienia (średnia wykształcenia w tej czarnej dziurze dziejów to była 3-4 klasa podstawówki). A tak został lekarzem. W moim mieście takich historii znajdzie się na tysiące, o ile nie więcej. I naprawdę, to nie jest oznaka „debilizmu” czy czegokolwiek innego, że dekomunizacja ronda Gierka po prostu nie wchodzi w grę.

Przy czym, to ważne, proszę mnie źle nie zrozumieć; nie jestem bynajmniej komunistą i nie marzy mi się powrót do starych czasów. Z wiadomych przyczyn oceniam okres „komuny” bardzo negatywnie i cieszę się, że nastąpiła zmiana, nawet jeśli dokonała się tak niedoskonale i w mechanizmie tak bardzo pokrętnym i niegodnym. Natomiast po prostu istnieje na świecie coś takiego jak fakty i jeśli chcemy racjonalnie dyskutować na pewne tematy, trzeba oddać historii co jej. Pewnych rzeczy przed komuną nie zrobiono; za komuny – tak. Można zatkać uszka, zamknąć oczy i jak pod urokiem powtarzać „Nie, nie, nie, nieprawda, głupi, ciemni, mali, jestem najlepszy”. Tylko że tak się nic nie osiągnie. I wydaje mi się, że racjonalny antykomunista, zamiast obrażać się na rzeczywistość i odwracać od rodaków, powinien raczej proponować coś w zamian, argumentując, że skoro tyle osiągnięto w warunkach ustroju narzuconego Polsce przez obce mocarstwo, policyjnego, opresyjnego i nienawistnego w stosunku do religii, która spajała lud polski przez wieki, to ile możemy osiągnąć teraz, gdy (podobno przynajmniej) okres satelicki w naszej historii szczęśliwie dobiegł końca? I czy, co być może jeszcze ważniejsze, faktycznie nie można było tego wszystkiego zrobić lepiej, w większym zestrojeniu z narodowym duchem? Natomiast pierwszy warunek tutaj stanowi właśnie uznanie, że to, co się stało, naprawdę się stało, z czym zresztą inteligentni antykomuniści nie mieli nigdy problemu; i nieprzypadkowo Adaś Doboszyński, zamordowany przecież przez bezpiekę pod fałszywymi zarzutami szpiegostwa na rzecz Amerykanów, pytał we „W pół drogi”: dlaczego, na Boga, dlaczego nie dało się wcześniej? Z perspektywy dystrybucjonistycznej, która najbardziej nas tutaj interesuje, pytanie powinno brzmieć następująco: ile było dystrybucjonizmu w Polsce Ludowej, a ile jest teraz? I czy mogło i może być inaczej, niż było i jest?

Nie znam odpowiedzi na te pytania i mam szczerą nadzieję, że naprawdę mogą okazać się one optymistyczne dla naszej obecnej sytuacji. Niemniej sam fakt, że ktoś zada te pytania, zamiast prosto potępiać i wyśmiewać, że „Ha, ha, ha, hołota tęskni za komunistami!”, to już jest zupełnie, zupełnie inny wszechświat.

I na koniec, to już tytułem zupełnej dygresji; z komuną trzeba uważać jeszcze w innym sensie. Bo choć sam cel jej obalenia był niewątpliwie słuszny, to jednak motywacje ludzkie takie być nie musiały (z samego faktu, że są zawsze złożone). Wielu walczyło z nią dlatego, że im było w Polsce za mało polsko; za mało patriotycznie, za mało niepodlegle, za mało katolicko i za mało tradycyjnie. Wielu zaś, i spotkałem sam jednego przynajmniej takiego osobnika, walczyło z PRL-em dokładnie dlatego, że było im w nim za mało lewicowo i ciemne chamstwo z PZPR uniemożliwiało przeprowadzenie rewolucji kulturalnej na wzór zachodni. Chesterton napisał kiedyś, że szaleństwo jutra nie leży w Moskwie, tylko na Manhattanie; mam problem z tym twierdzeniem. Niemniej patrząc na smutny obraz tego, co się dziś dzieje, zaczynam zastanawiać się, czy wielki Gilbert, choć wiedział o różnych sprawach sporo mniej niż my, przypadkiem znów nie miał więcej racji, niż można by przypuszczać na pierwszy rzut oka. Co mnie zostawia, jak zawsze, w szampańskim nastroju.

A nowy przekład – jeszcze w tym tygodniu. PAX.