Ja w każdym razie zgadzam się w całej rozciągłości; a nie tylko ja, ale i Chesterton. To znaczy: na pewno by się zgodził, przynajmniej z jego książek sądząc. Ale do rzeczy.

Napisałem już kiedyś, że GKC był patriotą; to, delikatnie rzecz ujmując, mało powiedziane. Gilbert był patriotą gorącym, namiętnym, obłędnym wręcz — a nie tylko że był patriotą, to jeszcze problematyka patriotyczna stanowiła jeden z zasadniczych elementów jego twórczości; właściwie trzeba powiedzieć, że element centralny. Gilbert rozpoczął (w sensie faktycznym) karierę dziennikarza od artykułów pisanych w czasie II wojny burskiej, a poświęconych dokładnie kwestii tego, jak rozumieć miłość Ojczyzny i jak ją praktycznie urzeczywistniać; a wiele lat później zanotował w „Co widziałem w Ameryce”, niby mimochodem, taką rzecz: że właściwie jedyne, co chciał w życiu zrobić, to „coś dla Anglii”. U Chestertona wszystko ma łączność z tematem Ojczyzny i każde słowo jej w jakiś sposób służy; nie ma „ziemi niczyjej”, „sztuki dla sztuki”, „królestwa ducha” bez narodowości. Rzecz jasna, czasem łączność ta jest bardzo pośrednia i nieoczywista; nie chodzi o to, by widzieć Anglię wszędzie, niebezpiecznie ją „mistycyzować”, czy udawać, że jest wewnętrznym życiem Boga. Niemniej, centralne znaczenie tej kwestii u GKC jest faktem niezaprzeczalnym; i niewątpliwie można określić tego autora jako pisarza patriotycznego.

Z myślą patriotyczną Gilberta łączy się pewna trudność natury terminologicznej, mianowicie: on sam używał na określenie swoich poglądów dwóch pojęć: „patriotyzm” i „nacjonalizm”. Stosował je wymiennie, ale ich nie utożsamiał, uważając „patriotyzm” za określenie bardziej ogólne, „nacjonalizm” zaś — bardziej precyzyjne.

Obecnie, nawet bardzo poważni uczeni odmawiają mu miana „nacjonalisty”. Może to dziwić. Trzeba wszakże pamiętać, że nie chodzi tu o tylko o czystą logikę — i faktycznie, spore znaczenie odgrywa jeszcze magia skojarzeń, która może wepchnąć „GKC-nacjonalistę” w nie jego buty. To kwestia pewnego wyczucia, obyczaju, tego, co jak się nade słowo utarło używać — krótko mówiąc, tego wszystkiego, co służy społeczeństwu do szufladkowania. I choć wątpliwość owa to ledwie unik taktyczny, to istotnie, niepozbawiony podstaw; bo GKC, choć sam określał się jako nacjonalista, różnił się zasadniczo od nacjonalistycznego „mainstreamu” swoich czasów, i należy to mocno podkreślić.

Podstawową chyba różnicę zaś, stanowił jego zaciekły antyimperializm.

Rzecz jasna, temat niniejszy to temat rzeka, i trudno mu oddać tutaj choćby namiastkę sprawiedliwości. Można wszakże zwrócić uwagę na pewien interesujący fakt. Jako się rzekło, dla GKC „nacjonalizm” i „imperializm” stanowiły antytezę; Roman Dmowski, w „Myślach nowoczesnego Polaka” (tylko w umiarkowanych ilościach), pisał: „nacjonalizm brytyjski (tam określany mianem imperializmu)”.

Krótko mówiąc: dokładnie o to chodzi.

W każdym razie, właśnie to połączenie płomiennego patriotyzmu z równie płomiennym odrzuceniem roszczeń mocarstwowych, wydaje mi się u GKC szczególnie wartościowe. Kochać Ojczyznę z jej dobrem i pięknem, zwłaszcza siłą, tym, co w niej wielkie i godne podziwu, to rzecz stosunkowo łatwa i zdarzyło się to już wielu ludziom; kochać ją wszakże taką, jaką jest, z jej dobrem, ale i złem, z siłą, ale i słabościami, to już nieco trudniejsze; i udało się tylko bardzo niewielu. Sformułowanie, jak można się domyśleć, nie jest przypadkowe. GKC, a jest to jedna z jego najgenialniejszych obserwacji, zawsze utrzymywał, że imperializm, o ile nie stanowi drugiego imienia kosmopolityzmu, może być co najwyżej patriotyzmem kalekim; patriotyzmem półślepym. Ślepota owa — rzecz jasna — jest właśnie ślepotą na niedostatki Ojczyzny, polega na wyparciu ze świadomości tego, co w niej słabe i chore; i reakcją kompensacyjną jest tutaj zawsze swoisty „wyrzut na zewnątrz”, wylew narodu poza siebie, budowa własnej siły kosztem innych, pragnienie władzy i dominacji.

Ja to formułuję „psychologicznie” (powiedzmy), ale można inaczej, i sprawa jest naprawdę prosta; i tak, przecież wiele imperiów wywoływało nowe wojny tylko po to, aby nie zbankrutować. Cała istota myśli patriotycznej Gilberta leży w tym, by ustrzec się podobnych rozwiązań, i pójść drogą znacznie trudniejszą — ale drogą prawdy; zwrócić się do wewnątrz, popatrzeć w siebie, dojść do przyczyn i je usunąć. Czasami takie oczyszczenie może być bardzo bolesne; wymagać wiele wysiłku; wymagać pójścia wbrew wiekowym tradycjom własnego narodu, rewizji mitów historycznych, przyznania się do zła i błędów. Ale prawdziwy patriotyzm wymaga takiego poświęcenia. Imperializm jest po prostu iluzją, i opiera się na iluzji; głosi moc, czci siłę, ale buduje kolosa na glinianych nogach, który musi runąć. Imperializm jest owocem słabości i przedśpiewem klęski.

Myśl niniejsza, w swoich czasach niszowa i wyśmiewana, dzisiaj, z perspektywy dziejów, jawi się niemal jako prorocka; i może dać współczesnemu światu niezmiernie dużo, Polsce w szczególności. To przecież nasz prezydent (i mniemam, że to część większego dziedzictwa, niezależnego od sporów partyjnych, które są zawsze złem; może i koniecznym, ale złem), prezydent państwa średniego, średnio rozwiniętego i militarnie słabego, miał odwagę powiedzieć, w rocznicę wybuchu II Wojny Światowej — wojny imperiów — wobec wielkich tego świata, że „imperializmowi nie wolno ustępować”. To mądre stwierdzenie — i każdy chyba rozumie, że naprawdę wymagało wielkiej odwagi. Niemniej, należy je nieco doprecyzować: bo nie chodzi tylko o imperializm obcy, ale przede wszystkim własny. Pokusa mocarstwowości wisi nieodmiennie nad każdym narodem, i widać przecież (i to jest sytuacja z rodzaju „kto ma oczy do patrzenia”), że przeróżne siły ciężko pracują obecnie, aby wepchnąć Polaków — szczególnie młodych (młodszych ode mnie) i podatnych na sugestie — w pułapkę snów o potędze, rojeń o zamierzchłych tryumfach, kultu siły i ekspansji, odbudowy „starożytnego dziedzictwa” itd. Sprytne. Bo to dla Polski prosta droga ku przepaści.

Otóż śmiem twierdzić, że jako naród możemy — nie, musimy — pójść inną drogą. I realizować program zawarty w tej starej, ale jakże mądrej myśli: program patriotyzmu szczerego, prawdziwego i systematycznego. Skupić się na rzeczach najprostszych i najpiękniejszych; na języku, który otrzymaliśmy od Ojczyzny i w którym nauczyliśmy się myśleć; na charakterze tej ziemi, która syciła nasze dusze na długo, zanim zyskaliśmy umiejętność opisu i analizy własnych przeżyć; na duchu i obyczajach jej ludu, w których wzrośliśmy i które naprawdę dają nam miejsce w historii. I wierzę, że w imię tego dobra, tego niesłychanego zupełnie dobra, podejmiemy trudny wysiłek, by co dzień dla niej żyć i pracować, leczyć ją, doskonalić, dopomagać, by piękniała i zachowywała z siebie to, co najwartościowsze. W innych narodach zaś, widzieć przede wszystkim nie rywali, wrogów, konkurentów, których należy ograć w grze o potęgę — ale braci; z których każdy czuje do swojego kraju to, co my do naszego. I kto wie? Ale mogą ziścić się wtedy bardzo różne rzeczy. I może zobaczymy jeszcze kiedyś to, co dla samego Gilberta stanowiło niedościgły ideał, jedno z najpiękniejszych i najwspanialszych marzeń: Europę mocną, silną i prawdziwie zjednoczoną — nie imperialistyczną utopię, ale konfederację równych; abyśmy wreszcie, względnie szczęśliwi i względnie spokojni, czerpali radość ze swej pracy i własny chleb jedli.

Jesteśmy coś winni Polsce.

 

Powyżej: obraz jednego z naszych najlepszych narodowych malarzy, Jacka Malczewskiego; ku pamięci — ku pamięci żywej.