Nieraz rozmyślam sobie nad tą sprawą; więc zanim wrócę do „różańcowego” (czyli „sznureczkowego”) toku wpisów blogowych, pomyślałem, że ją nieco odświeżę.
 
No i oczywiście — chodzi o rewolucję.
 
GKC był wielkim chrześcijaninem i wielkim rewolucjonistą; dla wielu ludzi to paradoks (a WRĘCZ oksymoron). Pytanie: słusznie? Nie słusznie?
 
Osobiście nie jestem pewien. Przecież chrześcijaństwo stanowiło w stosunku do świata starożytnego rewolucję totalną, wywracającą do góry nogami cały obraz świata i sposób bycia (zastanawiam się, swoją drogą, czy dzisiaj jest tak bardzo inaczej). Z nadejściem „chrystusowych” wszystko się w antyku zmieniło; no i trudno nie mieć wrażenia (jest to zresztą jeden z ulubionych motywów dziejowych samego GKC), że to paradoksalnie właśnie dzięki temu ocalili oni ostatnie zręby tego dziedzictwa od kompletnego zniszczenia. Kto ciekawy, niech poczyta „Europe and the Faith” pana H. Belloca, z której coś się może kiedyś tutaj rzuci; tłumaczę go nieco ostatnio, bo naprawdę bardzo doceniam: facetowi zdarzało się pisać w sposób męczący, ale jednak jest to jakość i świeżość, której bardzo potrzeba współczesnemu światu.
 
Reasumując wszakże. W antyku wyglądało to tak; potem jednak — nieco inaczej. I fuzja religii chrześcijańskiej z tym, co zostało po Cesarstwie Zachodnim tudzież z pewną domieszką wkładów obcych (Chestertonowskich „barbarzyńców z Północy”) wydało z siebie unikalną cywilizację średniowiecza, stanowiącą nową jakość — spójną cywilizację Zachodu; i jak ktoś nie wierzy Bellocowi, niech zajrzy choćby do (średnio chrześcijańskiego przecież) Tatarkiewicza, bo i u niego da się znaleźć podobne aluzje (co jest nader ciekawe).
 
Oczywiście, losy tej cywilizacji toczyły się własnym torem; popękała, zmarniała, straciła siły, dręczona konfliktami wewnętrznymi, kryzysem Kościoła wieku XIV, schizmą protestancką, niebywałym okrucieństwem wojny trzydziestoletniej. Niemniej, Kościół wciąż stanowił integralny składnik jej praw, administracji, sądownictwa, samej istoty państwowości. Jeśli zna się nieco słabość ludzkiej natury, trudno się dziwić, że jego ziemscy zwierzchnicy nie chcieli przywitać „nowego otwarcia” w naszej kulturze z otwartymi ramionami, ale zdecydowali się stawić mu czoła. Jak to było, opowiadał Belloc w „Rewolucji i Kościele Katolickim”, więc ja tego streszczać nie będę.
 
W każdym razie, jeśli popatrzeć na rzecz z tej perspektywy, chrześcijańska skłonność do pozycji konserwatywnych motywowana jest historycznie; wynika z przywiązania do resztek (czy raczej pozorów) tego, co niegdyś było chrześcijańskim porządkiem cywilizacyjnym. Nie ma w tym wszakże, zgodnie z diagnozami pana B., ani krzty konieczności — i zresztą kiedyś sprawy wyglądały zupełnie inaczej.
 
A jednak, mam wrażenie, że sięga to nieco głębiej.
 
Obserwację tę uzasadnię, zgodnie z logiką podobnie niezobowiązujących form wyrazu, doświadczeniem osobistym. Otóż jakiś już czas temu rozmawiałem z pewnym znajomym o kilku sprawach, no i jak to ja, sporo sobie ponarzekałem (już nie pamiętam na co konkretnie, ale pewnie na wszystko). Na co znajomy mój, człowiek zresztą rozsądny i prawy, zaczął pół-żartem pół-serio ironizować „no tak, widać dobry Pan się pomylił; nie ma dla mnie miejsca w Jego świecie” (czy jakoś tak, „reportaż syntetyczny” Wańkowicza wiecznie żywy). Przyznam, że dało mi to sporo do myślenia; i pozwoliło zrozumieć nieco lepiej zarówno naszych krytyków, jak i samego GKC z jego podejściem do sprawy.
 
Istotnie bowiem, jest czasem w chrześcijanach jakaś bierna zgoda na zastany stan rzeczy, że niby „wszystko jest od Boga, więc wszystko jest dobre”. No, w porządku, niewątpliwie z metafizycznego punktu widzenia tak to wygląda– ale zawsze jest ciekawa metoda sprawdzenia pewnych tez przez próbę redukcji ich do absurdu. No a zastanówmy się, gdzie zawiodłoby nas podobne myślenie, gdyby je konsekwentnie realizować na takim poziomie zupełnie zdroworozsądkowym? Co z nieszczęściami, złym losem, chorobą, napaścią, problemami — przecież to wszystko też od Boga. To co? Nie leczyć? Nie walczyć? Nie bronić słabszych? Nie dbać o siebie? Wiadomo, że żaden człowiek przy zdrowych zmysłach nie powie czegoś takiego; ale z drugiej strony ludzie często pewnych rzeczy nie przemyśliwają do końca. I po prostu nie wiedzą, że mówią to, co mówią (już nie wspominając, że augustyńska zasada „cokolwiek jest dobre jest” nie ma ze sferą biernej zgody na zastane fakty najmniejszego związku — w sensie, że to kompletnie inna dziedzina myśli).
 
Tak też podejście niniejsze z punktu widzenia logiki nie ma wiele sensu– ale jest to i tak kwestia czegoś bardzo realnego; mianowicie: nastroju. I ja osobiście uważam, że nie jest to nastrój korzystny dla naszej religii. Tym bardziej zatem doceniam starania pana Gilberta, aby to wszystko postawić na głowie; i sprzęgnąć wiarę z kompletnie innym zestawem skojarzeń, emocji, spontanicznych reakcji, czy ogólnych, nienaukowych przekonań. Dla GKC najważniejszym społecznie (na przykład, ale przecież sfera społeczna zajmuje nas tutaj najbardziej) elementem chrześcijaństwa było właśnie to: „Oto wszystko czynię nowe”; fascynacja zmianą i aktywnością; nieustanne odświeżanie etosu rycerskiego (czy może lepiej powiedzieć: „kultury rycerskiej”? czy tylko „motywu rycerskiego”? Bardzo nie chciałby zakopać się tutaj w dyskusjach terminologicznych, więc upraszczam jak mogę). W tej optyce człowiek przemierzający świat w poszukiwaniu smoków nie jest wariatem, a bohaterem; logicznie: dlatego, że smoki mogą być wszędzie. I wszędzie można na nie trafić, a natrafiwszy — trzeba je skrócić o głowę. GKC widział kwestię zmian i rewolucji dokładnie w ten sposób; chodzi o nieustanną walkę ze złem; o nieustanny wysiłek zachowania pierwotnego dobra (z czego rolę smoka w kontekście politycznym przejmował tyran). Wszystko jest od Boga, tak — i właśnie dlatego ta walka ma sens; bo walcząc o dobro, nie walczy się samemu (oczywiście, ma to związek z prawdą o grzechu pierworodnym, o której Dale Ahlquist napisał kiedyś, że odgrywała w życiu GKC niebagatelną i dramatyczną rolę, ale nie chcę się tutaj nad tym rozwodzić).
 
To oczywiście również ledwie kwestia nastroju; mnie wszakże ten nastrój wydaje się znacznie bardziej spójny, niż ten zarysowany wcześniej — i na pewno mniej narażony na przeróżne pułapki, z których potem trudno byłoby się „wytłumaczyć” przed niewierzącymi (a jak wiadomo, wypadałoby to czasem robić). Dlatego też tym bardziej doceniam tę myśl i ten wysiłek, którego celem było pchnąć wiarę na inne, mniej znane wody — choć niewątpliwie wiążą się z nim pewne niebezpieczeństwa; ale z czym się nie wiążą?
 
Trzeba dodać (tytułem uprzedzenia pewnych wątpliwości), że GKC miał do konkretnych (czyli tu i teraz istniejących) struktur Kościoła stosunek nieco, powiedzmy, „luźny”; zawsze darzył je wielkim szacunkiem — ale, z drugiej strony, jako rodowity Anglik, nie omieszkiwał puszczać do nas oka i pisać o „tych przedziwnych gentlemanach, którzy są bardziej eklezjalni od eklezjastyków”. To ledwie pozornie lekki żart — bo zdaje się dotykać niezmiernie delikatnej i skomplikowanej materii, jaką jest osobliwa rola świeckiego katolika jako świeckiego katolika (a nie właśnie „wybrakowanego księdza”), ze wszystkimi trudnościami i właściwą specyfiką tego powołania, które — o ile wiem, przynajmniej — wciąż nie znalazło właściwej artykulacji. W tej optyce właśnie — i tylko w niej — jesteśmy w stanie zrozumieć, na przykład, dlaczego Belloc napisał o Rousseau to, co napisał.
 
Ale kończę, bo straszno; już widzę, jak wyzywają mnie co pobożniejsi od „przebrzydłego modernisty”. Przebrzydły — czemu nie, ale że modernista? Wypraszam sobie!
Powyżej: Nowe Jeruzalem jak w coś-tam strzelił; bo — „oto wszystko czynię nowe”!