No właśnie; Opatrzność czasem się uśmiecha. Dopiero co pisałem o antyklerykalizmie, i pewnym dystansie w stosunku do hierarchii, która nie zawsze rozumie wolę polityczną swojego ludu – i proszę uprzejmie, niemal natychmiast mogłem sprawdzić swoje przekonania w praktyce. A jak mi poszło, i czy temu wyzwaniu sprostałem, czy jednak nie sprostałem, opowieść niniejsza pokaże.

Krótko mówiąc, odprawiający Mszę ojciec na kazaniu postanowił przekonać nas wszystkich, że Polska nie jest krajem katolickim, bo nie przyjmuje uchodźców.

Na ten temat zatem, dwa słowa.

Po pierwsze: szczerze powiedziawszy, sam wybór tematu mnie trochę zdziwił, bo wydawało mi się, że kwestia jest zamknięta. Już pomijam, że ojcu wyszło w pewnym momencie (logicznie rzecz biorąc), że uchodźcy giną na Bałtyku, ale po prostu – no; causa finitaPrimo dlatego, że dyktat nielegalnego „mechanizmu relokacyjnego” zakończył się fiaskiem, i przestano o tym prawie zupełnie mówić. Secundo – no, jakby to powiedzieć; bo do Polski nie chcą przyjeżdżać żadni uchodźcy, zwłaszcza z Bliskiego Wschodu. Po prostu; tyle. Gdyby chcieli, moglibyśmy rozmawiać i zastanawiać się, jak zareagować. Ale skoro nie chcą, na zdrowy rozum, problemu nie ma.

To mniej więcej tak, jak gdyby powiedzieć, że prawdziwy chrześcijanin musi naprawiać lodówki – a jeśli przypadkowo nie ma żadnej lodówki, którą mógłby naprawić, musi ją sobie kupić, zepsuć, i brać się do roboty. Byłoby to trochę  dziwne, prawda?

No, jak widać, nie takie dziwne. „Kosmopolityzm, czyli imperializm”, pisał Gilbert, i – jak zwykle – pisał słusznie. Kultura (czy cywilizacja, zwał to jak zwał) nie rodzi się w niebie, tylko rośnie z ziemi, jak wszystkie ludzkie sprawy; i stanowi w znacznej mierze konkretną odpowiedź na konkretne problemy, przeżywane przez konkretnych ludzi. I wszelka próba stworzenia „powszechnej kultury ludzkości”, w znaczeniu ściśle dosłownym (bo każdy chyba rozumie, że w pewnym sensie wszystkie kultury są własnością całej ludzkości) zawsze kończy się mniej więcej właśnie tak: że nagle pewien konkretny problem konkretnego narodu, zachodzący w konkretnym miejscu, okazuje się problemem wszystkich. Ot tak, po prostu; no bo przecież każdy „przyzwoity” człowiek to rozumie. A jak nie rozumie, to nie jest przyzwoity, i mu tę jego nieprzyzwoitość wykazywać będą zarówno ci, którym bardzo zależy, żeby zrozumiał, że ich problemy to PRZECIEŻ także jego problemy – oraz (ciekawsze zjawisko), krajowi wolontariusze, którzy z jakiegoś powodu nie lubią własnych problemów, i – najwyraźniej – bardzo chcieliby mieć cudze, oczywiście te właśnie, dzięki przeżywaniu i rozwiązywaniu których człowiek może obwołać się dumnie częścią ludzkości.

Przepraszam, staram się to powiedzieć najjaśniej jak mogę bez popadania w szaleństwo, ale sądzę, że każdy rozumie o co chodzi. Bo udawanie, że problemy państw kolonialnych są również problemami państw niekolonialnych, że problemy byłych okupantów są również problemami byłych krajów podbitych, a problemy obecnych podmiotów handlu międzynarodowego problemami obecnych przedmiotów handlu międzynarodowego, to zwykła groteska; i fakt, że można dziś nawet z ambony usłyszeć, że Polska będzie „spełniać testament Pana Jezusa” wyłącznie jeśli wyrzeknie się możliwości kształtowania polityki imigracyjnej (czyli de facto suwerenności państwowej), wydaje mi się przynajmniej nieco niepokojący.

A po drugie (i już bez bezpośredniego związku z dzisiejszymi wydarzeniami): nie podoba mi się to, po prostu, jako chrześcijaninowi. To trochę jak z paleniem. Dobrze jest nie palić, ale niedobrze się z tego powodu wywyższać, i wycierać sobie palaczami buty w przekonaniu, że się głosi Ewangelię. Tymczasem, cóż, przeciętni orędownicy Ewangelii „pomagania” odnoszą się do swoich braci i sióstr w wierze, faktycznie zazwyczaj nieco mniej wykształconych (co nie oznacza, że zawsze, tylko że ci ludzie tego nie wiedzą, i jak dostaną w zęby to zaczynają płakać) w sposób tak obrzydliwy, z taką pychą, zarozumiałością i dufnością we własną świętość, że – no przepraszam uprzejmie – rzygać się czasem chce od tego.

Oczywiście, to tylko uwaga ogólna, bo wygląda to różnie w różnych wypadkach, i niektórzy robią to w stopniu większym, a inni w mniejszym; no dobrze, czyli bywa bardziej źle, lub mniej źle. Ale zawsze źle.

No i cóż; moim zdaniem jak zawsze sprowadza się to wszystko ostatecznie do kompletnego niezrozumienia, dramatycznego i balansującego na granicy obłędu, jakie wykazują Polacy wobec teorii demokratycznej i kilku związanych z nią pojęć, choćby władzy ludu, czy powszechnej równości. Przeciętny polski inteligent zachowuje się w relacjach z ludem jak słoń w składzie porcelany; jest niezdarny, arogancki, nieoczytany, i najpierw wyobraża sobie nie wiadomo co (na przykład, że lud jest święty jak św. Franciszek), a potem, kiedy życie wykaże mu błąd, obraża się i zaczyna mówić, że mu w Polsce „śmierdzi”. A przecież każdy, to czytał cokolwiek na ten temat, rozumie, że nigdy teoria demokratyczna nie mówiła podobnych bzdur.

 

„Rewolucję Francuską atakowano dlatego, że była demokratyczna i broniono jej dlatego, że była demokratyczna; i Napoleona nie obawiano się jako ostatniego z żelaznych despotów, ale jako pierwszego z żelaznych demokratów. Co Francja chciała udowodnić, to i udowodniła; nie to, że zwykli ludzie wszyscy są aniołami, czy dyplomatami czy gentlemanami (jako iż te niedorzeczne, arystokratyczne iluzje nigdy nie stanowiły części teorii jakobińskiej), ale to, że wszyscy zwykli ludzie mogą stać się obywatelami i wszyscy oni mogą stać się żołnierzami; że zwykli ludzie potrafią walczyć i potrafią rządzić. Nie ma żadnej potrzeby mieszać tej sprawy z owymi wybrykami niezdarnego modernizmu, które zamieniły obywatelski zdrowy rozsądek w zwyczajny nonsens. Niektórzy ze zwolenników wolnego handlu wydają się pozbawiać ludzi jakiegokolwiek kraju, za który mogliby walczyć; niektórzy ze zwolenników wolnej miłości wydają się pozbawiać ich jakiegokolwiek domu, w którym mogliby rządzić. Niemniej, podobne pomysły nie zostały zrealizowane ani we Francji, ani gdziekolwiek indziej. To, co rzeczywiście udało się wywalczyć to nie wolny handel, ani wolna miłość – lecz Wolność; i nigdzie nie ma ona charakteru tak patriotycznego i tak rodzinnego, jak w kraju, z którego wzięła swój początek. Francuscy ubodzy nie kochali swojej ziemi mniej tylko z tego względu, że musieli się nią podzielić. Nawet patrycjusze są tam patriotami; i jeśli nawet niektórzy spośród uczciwych rojalistów czy arystokratów ciągle jeszcze powtarzają, że demokracja nigdzie nie umie się organizować i nikomu nie umie być posłuszna, oni sami są jednak przez ową demokrację organizowani i są jej posłuszni, czy to w szlachetnym życiu, czy w bohaterskiej śmierci, od Szwajcarii aż po ocean”.

Da się? No pewnie, że się da. Ale to już inna historia.