Napisało się jedno i kontrowersyjne, więc wypada napisać drugie; żeby w pewnych kwestiach była pełna jasność.

No więc dobrze; GKC – jako populista – głosił konieczność „emancypacji” (choć sam zapewne by tego słowa nie użył) mas, ich aktywizacji politycznej, rozpoznania doniosłej roli społecznej jako „matecznika” interesu ogólnego; zbliżał się w ten sposób zasadniczo do najważniejszych idei Rewolucji Francuskiej, do Robespierre’a (zresztą, charakterystyczne dla niego próby obrony jakobinów nie wzięły się z niczego), również (ale w znacznie mniejszym stopniu, głównie dlatego, że tutaj mamy do czynienia poniekąd z szaleńcem) do Babeufa, czy do Marata, do Cournanda…

No dobrze, powie ktoś; znaczy się, że palant. Bo przecież masy „emancypowano” już podczas Rewolucji Francuskiej; a także później, gdy nadano im prawa wyborcze. Nieodmiennie prowadziło to do chaosu, czasem nawet rzezi, zawsze do spraw ogólnie przykrych. To co – nie widział tego? Nie chciał? Wypierał?

Nie wypierał, nie wypierał. GKC zdawał sobie z tych wypadków sprawę aż nadto dobrze. I zrządzeniem Opatrzności odnalazł na swojej drodze człowieka, który dołożył brakujący element układanki i napisał w pewnej książce (maluczko jeszcze) te wymowne słowa: „niezbędnym warunkiem wolności politycznej jest wolność gospodarcza”; przy czym „wolność gospodarczą” należy tutaj rozumieć jednoznacznie, w dwóch komplementarnych sensach; negatywnie: jako możliwość odmowy pracy; i pozytywnie: jako udział w środkach produkcji.

Człowiekiem tym, rzecz jasna, był Hilary Belloc. Dzięki niemu, młody wtedy jeszcze demokrata przestał miotać się pośród zamiennych odchyłów społecznej „choroby bipolarnej” swojego wieku, między następującymi po sobie eksplozjami jałowego materializmu i równie jałowego idealizmu, i wszedł na drogę, którą podążać miał już całe swoje życia. Tak właśnie, nawiasem mówiąc, wyglądała sprawa GKC z Bellokiem; to piękna opowieść.

Jest to niniejszym inspiracja rewolucyjna po wieku doświadczeń, i zasadniczo przepracowana.

Dlatego też na przykład, w dużym skrócie mówiąc, Gilbert od tamtego czasu niezmiennie nieufnie odnosił do pomysłów rozszerzania cenzusu wyborczego (choćby na kobiety), czy bardzo krytycznie oceniał „demokratyzujące” reformy przeszłości. Nie dlatego, że nie lubił kobiet (bo je bardzo lubił), nie dlatego, że nie szanował robotników (bo bardzo ich szanował), nie dlatego nawet, że nie uznawał instytucji wyborów powszechnych (bo uznawał i to jak!), ale dlatego, że wszelkie tego typu instytucje polityczne bez podstawy gospodarczej to – by użyć tu jednego z jego ulubionych określeń – „zamki na chmurach”; dach bez fundamentu; albo też, wprost mówiąc, czysty absurd.

I to, należy dodać, absurd bardzo ponury; bo nie chodzi o to tylko, że wolność polityczna bez wolności gospodarczej po prostu nie działa; ale że może stać się – jak każdy piękny pozór – w rękach ludzi nieżyczliwych narzędziem zniewolenia. I istotnie, Gilbert był absolutnym mistrzem analizy sposobów, w jakie owe piękne pozory demokracji i reprezentacji stawały się w Anglii fasadą kastowej oligarchii, masy wywłaszczonego ludu zaś, bez realnego wpływu na nic, bez nawyków wytworzonych przez tradycję własności, bez godności i pragnienia godności, traciły swój narodowy charakter, charakter „ogółu” w pełnym tego słowa znaczeniu, społeczności względnie wolnych i względnie równych, determinanty społecznej i kulturowej, prawdziwej duszy kraju, a zamieniały się po prostu w kolejną grupę specjalną, żebrzącą o parę groszy i chwilę wytchnienia u zawodowych polityków, podatną na przekupstwo i manipulację.

Innymi słowy: pozory wolności politycznej bez gospodarczej dopełniają po prostu dzieła arystokratyzmu i interes ogólny nie umie się już wyrazić. Społeczeństwo przemienia się w agregat partykularyzmów.

Dlatego też, nawiasem, wszystkie nasze prawa, konstytucje, obyczaje czy „oficjalny” sposób myślenia o państwie i społeczeństwie stają się, po prostu, czczą fikcją. Między teorią a praktyką nie zachodzi żaden związek; całe życie społeczne dotyka chaos i marazm, brak orientacji, nierzeczywistość; i tym, który cierpi, jest zawsze w ostatecznym rozrachunku człowiek; istota przecież polityczna z samej swej natury.

Tak to właśnie z tym Chestertonem i jego „politologią” wygląda (oczywiście, to jest analiza bardziej wstępna niż jakikolwiek wstęp). Nie wydaje mi się, aby gdziekolwiek indziej dało się znaleźć coś podobnego, i istotnie, przecież nieraz pisma polityczne GKC wyśmiewa się jako pocieszną egzotykę. No i oczywiście, bo jakżeby inaczej. Ciekawe prawda?

Pan pysznym się sprzeciwia; mniemam, że sąd dziejów wykazał wystarczająco dobitnie, kto był tutaj głupi.

W każdym razie, warto – wydaje mi się – zapamiętać to przesłanie i podjąć je na nowo; w Polsce sytuacja wygląda znacznie lepiej, niż w Anglii początku wieku XX; niemniej – czy naprawdę nie można dostrzec już tu i ówdzie symptomów tej strasznej choroby, epidemii cząstkowości, niszczącej realną polityczność społeczeństwa?

Więcej nawet – niszczącą samą instytucję narodu, najwyższy stopień rozwoju życia społecznego?

Może tak, może nie; kto ma oczy do patrzenia, niech patrzy; i niech sobie odpowiada. Natomiast jeśli komuś wyjdzie przypadkowo, że jednak problem istnieje, i że należy tutaj podjąć pewne kroki, już wie, gdzie szukać. I niech nie zwleka, nie wątpi, nie nie dowierza, nie wstydzi się własnego sądu; i niech stanie, się, po prostu, dystrybucjonistą.

Bo blisko jest, blisko; we drzwiach.

Wyżej: obraz pana Meuniera, malarza belgijskiego; warto pamiętać. Nic, co dobre, nie „musi” przeminąć. „What men once did, men can do again! „