No i dobrze; praca poważna zakończona, więc choć jak zwykle pusto też jakoś człowiekowi, i tęskno, to można sobie odpocząć; a także – poświęcić pracy mniej poważnej. Niniejszym zatem, blogujemy, a efektów zasadniczych (które wydźwigną nas być może na nowy poziom propagandyzmu) oczekiwać należy w swoim czasie.

A w sumie napisało się to i owo, i nie za obszernie, więc i wypada wyjaśnić.

Było o populizmie; i rzeczywiście, choć GKC się definicjom zasadniczo wymyka, „populista” to określenie jak rzadko trafione. Większość chestertonologów wydaje się nie mieć co do tego wątpliwości, zresztą wystarczy choćby jedną książkę Gilberta poczytać z otwartymi oczami, żeby złapać, o co chodzi.

Natomiast, rzecz jasna, wszystko jest kwestią definicji, i warto uprzedzić pewne problemy zanim się pojawią.

A zatem; GKC nie był populistą w tym sensie (współcześnie najbardziej rozpowszechnionym), że się ludowi przypochlebiał czy nawet, że miał poparcie większości. Zresztą, taka definicja nie powinna istnieć. Gdyby bowiem obowiązywała, każdy, kto wygra raz wybory, musiałby zostać ogłoszony populistą, co w większości wypadków oznaczałoby że „populizm” może obejmować dwie sprzeczne tezy naraz, albo że się nieustannie zmienia. Oczywiście, współcześni „myśliciele polityczni” lawirują jak mogą, i populiści zamiast wybory wygrywać zazwyczaj je przegrywają; co implikuje tyle, że „lud” nie stanowi większości; nie wspominając, że „populista” to jest obecnie inwektywa – czyli lud zawsze się myli, kieruje niskimi pobudkami, jest wstrętny i szkodliwy itd. Ciekawe, bo podobna Rewolucja Francuska zwyciężyła i w ogóle straszy wszędzie.

To jednak wszystko ledwie dygresja, i niezwłocznie wracamy do tematu. GKC, zatem, populistą wg bezsensownej definicji współczesnej nie był. Był nim natomiast w tym sensie, że:

1. Kochał masy,

2. Czynnie ich bronił i

3. Chciał zapewnić im realny wpływ na politykę.

Kiedyś były inne czasy, więc tłumaczono to inaczej, dzisiaj są inne, więc jest jak jest (czyli głupio).

Dzisiaj mówi się zazwyczaj o podziale na „radykałów” i tzw. „normalsów”. Już bez sensu (tragedia). Kiedyś mówiło się o „interesie partykularnym” i „interesie ogólnym”, przy czym wiązał się z tym pewien interesujący niuans. Wszyscy demagodzy świata (łącznie z tym „strasznym” panem od Narodu, wspomnianym ostatnio) zawsze odwoływali się do mas, czy do ubogich; zazwyczaj (a stwierdzam to już z pozycji pewnego doświadczenia) mówi się o tym, że było to „nielogiczne” bądź „cyniczne”, w zależności od podejścia i upodobań badacza; niemniej, nie było to tak nielogicznie, czy cyniczne, jak się zazwyczaj sądzi.

Interes ogólny to interes całej wspólnoty; to interes każdego jej członka – na ile do niej należy; a zatem: każdego członka wspólnoty, odliczając zależności specjalne. I tak na przykład, gdyby przełożyć tę sprawę na język polski, trzeba by powiedzieć, że chodzi o interes każdego Polaka jako Polaka, bez tego, co wiąże się z jakąś specjalną pozycją społeczną (że jest przedsiębiorcą, duchownym itd.), przynależnością grupową (że należy do tej lub innej partii, związku zawodowego, klubu piłkarskiego itd.) czy jego osobistymi upodobaniami (że jest filatelistą, czy zbiera motyle itd.). No i teraz: któż jest bliżej podobnego ideału, niż właśnie ubodzy?

Ubodzy nie należą do żadnej specjalnej klasy (są poza strukturą społeczną, de facto), żadnej specjalnej grupy, nie mają żadnych specjalnych upodobań (bo ich nie stać). Są zatem najbliżej interesu ogólnego.

Stąd też ubogich trzeba cenić, trzeba ich bronić, trzeba dążyć do ich realnego wpływu na władzę. Bo tylko w takich warunkach, interes ogólny będzie realizowany.

GKC, jako adept francuskiej myśli republikańskiej, tak właśnie tę sprawę rozumiał. I nie sądzę, żeby ktokolwiek, kto czytał wspaniały opis ruchu krzyżowego z XII wieku czy wizję amerykańskiego Środkowego Zachodu strasznego i wściekłego niczym biblijny Lewiatan nie zauważył, że to doskonałe „definicje opisowe” woli powszechnej (mniej więcej to samo, subtelności zbyć).

No dobrze, zapyta ktoś; ale jak on to łączył, do diabła z katolicyzmem (czy angielskim, czy rzymskim)?

Na to odpowiem tyle, że pytanie z równym powodzeniem można odwrócić: jak można łączyć z katolicyzmem arystokratyzm i mizantropię, i tezy, że nad ludźmi musi stać kat, żeby żyli po Bożemu?

Fakt, często się to łączyło; ale raczej nie ma tutaj konieczności logicznej.

Tak czy inaczej, w tym wypadku się nie łączy; i naprawdę, trudno nie uważać GKC za proroka czasów przyszłych. „Czerwona czapka i czerwony krzyż”, miłość człowieka i miłość Boga; królestwo ziemskie i Królestwo Niebieskie. Na swoim miejscu, z własnymi wymaganiami, z własnymi metodami, z własną swoistością.

A to, że takie podejście niekoniecznie też musi wiązać się z nowocześnie rozumianym „liberalizmem”, pogardą dla przeszłości, odrzuceniem przekazu tradycji. GKC przecież zawsze (i słusznie) zauważał, że głównym przekaźnikiem tradycji jest właśnie lud; i w imię tego ludu, tradycji należy bronić na śmierć i życie.

Co tym bardziej pokazuje, jak bardzo złożony to problem, i jak bardzo zaskakujące mogą być tutaj rezultaty. Ważne jednak, by rozumieć to wszystko w odpowiedni sposób; i nie wciskać Gilberta na siłę w jakieś z góry przygotowane szufladki, bo ani to mu chwały nie przysporzy, ani nam nie pomoże, a tylko wszystko zamiesza. Ze szkodą dla wszystkich.

Powyżej: Piotr Pustelnik wzywa lud do pierwszej krucjaty. On też był populistą.