…no bo jeśli obyczaj dobry, po cóż go porzucać?

Wspomniałem ostatnio o kwestii rewolucyjnej, więc dzisiaj o tym. Bo kwestia jest paląca i gorąca.

No bo jak to jest? Gilbert wielokrotnie dawał wyrazy poparcia dla rewolucji XVIII i XIX wieku, zwłaszcza (rzecz jasna) dla Wielkiej Rewolucji 1789 i włoskiego Risorgimento, nadmieniając, że swoistym politycznym „grzechem pierworodnym” Anglii jest właśnie brak czegoś podobnego („Najważniejszym wydarzeniem w historii Anglii jest to, które się nigdy nie wydarzyło – Wielka Rewolucja Angielska”); z drugiej strony, gdy przyszedł czas rewolucji bolszewickich robił ogromnie dużo – na ile mógł coś zrobić – aby wygaszać wśród angielskich robotników probolszewickie nastroje. No to jak to? I tu rewolucja, i tu rewolucja – miałby wreszcie swoją „Wielką Rewolucję Angielską”; powinien się cieszyć. Czemu się nie cieszył? A może był po prostu głupi?

Z rewolucjami to jest tak, że możemy podejść do sprawy zasadniczo w dwojaki sposób. Po pierwsze zatem, możemy zaszyć się w pokoju, otworzyć dobre wino, siąść przy oknie z widokiem na ogród i zamyślić się (wieczyście) nad sensem tego słowa; po chwili podobnego namysłu możemy dojść do wniosku (na przykład), że każda rewolucja stanowi zasadniczo gest sprzeciwu wobec „naturalnego vel odwiecznego porządku rzeczy”, krystalizującego się wokół monarchii prawowitego władcy, oczywiście w sensie mistycznym. W takim wypadku okaże się, że wszystko zaczęło się już od Adama i grzechu pierwszych rodziców, który był aktem sprzeciwu wobec prawowitej monarchii Boga, i wszystkie rewolucje są – mimo wszelkich zewnętrznych pozorów – zasadniczo dokładnie tym samym, czyli w pewnym sensie kontynuacją aktu satanicznego wtajemniczenia, przez które utraciliśmy łaskę pierwotną. Potem będziemy mogli już bez przeszkód rozwijać tę metaforę, doszukując się najbardziej jawnych i najbardziej ukrytych podobieństw, snuć mistyczne analogie między najróżniejszymi wydarzeniami najróżniejszych czasów, doszukiwać się figury Stwórcy w biednym gilotynowanym Ludwiku czy zacietrzewionym Piusie IX, a w ludzie paryskim czy garibaldczykach – obrazu przedwiecznego smoka z Apokalipsy („hydra wielogłowa”! – przypadek?!), który chce pożreć Niewiastę i jej Dziecię. Znosząc historię, zaczniemy biegać po wszystkich wiekach jak po obłokach, napiszemy trzydzieści trzy książki i dobrze nam będzie.

Albo, po drugie, możemy uznać, że podobne mistyczne wizje, choć same w sobie zapewne nie bez wartości, z perspektywy historycznej są zupełnie bez sensu; i że jeśli chce się zrozumieć sens rewolucji, trzeba potraktować ją poniekąd jak kanapkę. Wiemy, że zasadniczo wszystkie kanapki to kanapki, i że nie jest to – wbrew pomysłom Ockhama – ledwie konwencjonalny konstrukt umysłu, który z jakichś nieznanych powodów („tajemnica natury”) może służyć nam do oznaczania wielu różnych rzeczy i jest sensowny, choć w sensie istotnym nie ma żadnego związku z rzeczywistością, bo wszystko, co istnieje, jest ściśle jednostkowe (jak to poetycko ujął kiedyś Herbert Wells: „wszystkie krzesła są zupełnie inne”); nie. Wiemy, że jak kanapki to kanapki, tak kanapka to kanapka, i że to pojęcie naprawdę coś oznacza. Ale wiemy również, jako ludzie rozsądni, że stosunkowo niewiele; i że jeśli chcemy poznać kanapki w sensie pełnym i w pełni rozumnym, należy zejść z wysokich nieb abstrakcji i pobrudzić się sadzą konkretu (Stanisław Barańczak dixit). I że jeśli się wygryźć (pun intended) w temat, kanapka okazuje się frapująco nieoczywista. Bywają bowiem kanapki na słono, słodko i ostro, kanapki z nabiałem, mięsem i warzywami, oraz z różnymi elementami tego i owego, kanapki z chleba białego i ciemnego, a nawet z bułki, bo choć w mowie potocznej tak to nie funkcjonuje, to fachowo jak najbardziej, i tak dalej, i tak dalej…

No i, taka mała konkluzja na koniec, przez niektórych uważana za najbardziej prymitywnego i oczywistego pod słońcem: że niektóre kanapki są dobre, a niektóre złe. Słowem: kanapka kanapce nierówna.

No i tak samo, dokładnie tak samo, jest z rewolucjami.

Rewolucja w sensie potocznym i szerokim oznacza zasadniczo próbę obalenia jakiegoś stanu rzeczy i zastąpienia go nowym stanem rzeczy; i, na logikę, wszystko zależy od tego, o czym mówimy. Jaki jest stan rzeczy, który chcemy obalić, i czym chcemy go zastąpić; jakimi metodami chcemy to zrobić; w imię czego; w jakim kontekście; jak w ogóle rozumiemy słowa „obalać” i „zastępować – i; tak; dalej. Wszystko zależy od tego, jak będziemy w stanie odpowiedzieć sobie, w każdym wypadku, na kilka podobnych pytań. Tak, na przykład, samo rozumienie rewolucji jest problematyczne. Wielka Rewolucja Francuska (i to nie ja wymyśliłem, tylko bodaj pewien wybitny polski monarchista) nazywała się tak od łacińskiego czasownika revolvere, obracać się, zawracać; chodziło dokładnie, w zamyśle przynajmniej, o powrót do pewnego wcześniejszego stanu rzeczy (konkretnie do ideału republikańskiego), według zainteresowanych zniweczonego przez nową tyranię; że nie chodziło o to, żeby to zrobić dosłownie, to inna sprawa. Ale nawet biorąc poprawkę na ten fakt, pewnym zostaje, że rewolucjoniści francuscy kierowali się przekonaniem, że istnieją pewne obiektywne wartości i pewien obiektywny ideał, sprawdzony historycznie, który należy nieustannie na nowo „inkarnować” w dzieje. Argument był taki: zróbmy tak, bo to już było. W wypadku marksizmu natomiast, argument brzmiał zupełnie inaczej: zróbmy tak, bo tego jeszcze nie było; socjalizm realny obracał się dokładnie wokół przekonania, że ustrój porewolucyjny będzie czymś absolutnie dotąd ludzkości nieznanym, kompletnie nową jakością, która następnie „wyrewoluuje” (?) w jeszcze nową jakość, jaką będzie powszechna szczęśliwość ustroju komunistycznego, w którym to ustroju…

No, wiem; tutaj się urywa, i ja na pewno nie jestem od tego, żeby łatać tę dziurę; bo w ogóle nie o to teraz chodzi. Chodzi wyłącznie o to: że jeśli coś, co robi się w imię ideału historycznego i coś, co robi się w imię ideału niehistorycznego; coś, co robi się w imię pojęcia obywatela, wolności i własności, i coś, co robi się w imię człowieka kolektywnego, uniformizacji społecznej i zniesienia własności, to jest „to samo”, to albo mamy do czynienia z mistyką – albo ktoś się zwyczajnie pomylił. Tertium non datur.

I to jest, jak sądzę, najbardziej zwięzła odpowiedź na postawione na wstępie pytanie.

No i tak, owszem; wychodzi, że Rewolucja Francuska, w takim właśnie skądinąd niepoetyckim (niby-to), empirycznym sensie („Wielka Rewolucja historii”, że znów żartem rzucę) nie ma dziś zbyt wielu piewców i propagatorów (kto ma oczy do patrzenia itd. – istotnie, czy ktoś zwrócił uwagę, że moja niefrasobliwa „wizja mistyczna” z początku fascynuje i upaja skądinąd obydwie „twarde” strony sporu?); podobnie jak nie miała ich już w czasach Gilberta i Belloca. I ostatecznie, jej jedynymi chyba zwolennikami i obrońcami było w pewnym momencie w Anglii dwóch katolików. Dziwne? Pewnie, że dziwne. Ale kto powiedział, że ma być nie-dziwnie? A tak to przynajmniej jest ciekawie – i tutaj, moim zdaniem, jakieś miejsce na mistykę już się chyba znajdzie.