…i tak: tytuł jest (oczywiście) zrzynką z Kołakowskiego.

Znaczy, dzieje się teraz wokół tego ciągle (choć termin minął przecież bodaj jakoś tydzień temu), i końca dyskusji nie widać, więc co szkodzi spróbować dać tutaj przynajmniej zarys, że tak powiem, „chestertonowskiego” spojrzenia na problem?

Więc tak – czy Karol Marks zasługuje na całe to wielkie „halo”, jakie uskuteczniają wokół niego (z przyczyn bliżej nieustalonych) europejskie elity?

No oczywiście, że nie; Marks był dość ewidentnie człowiekiem wrażliwym i bystrym, i poczynił sporo dobrych obserwacji na temat charakteru ówczesnej sytuacji społecznej, i pod tym względem jego wkładu nie da się przecenić. Opisy nędzy robotników londyńskich, czy przewidywania co do skutków nieregulowanych praktyk kredytowych i niekontrolowanego umaszynowienia produkcji – to wszystko niewątpliwie rzeczy bardzo wartościowe, stanowiące świadectwo pewnych czasów, i tylko skończony ideolog mógłby je ignorować, iść w zaparte, i utrzymywać, że wszystkie ruchy reformistyczne XIX wieku wzięły się z niczego, lub z osobistej paranoi kilku idealistów. Natomiast prócz tego, był Marks – po prostu – niemieckim filozofem, doktrynerem, który nie potrafił nawet konsekwentnie stosować przyjętej metody (czego casus postulatu czynnej walki z religią dowodzi, według błyskotliwej obserwacji Gilberta, aż nadto dobitnie), i którego dzieło sprowadzało się zasadniczo do zastąpienia projektem ścisłego kolektywizmu i uniformizacji najdojrzalszego ideału łacińskiego ducha, jakim jest – wypracowana w bólach i nie bez udziału tego, co Jacques Maritain nazywał „zaczynem ewangelicznym” kultury Zachodu – koncepcja wspólnoty obywatelskiej (co tylko potwierdza, że – wbrew propagandzie tak z jednej, jak z drugiej strony – rewolucja rewolucji nie równa, co zresztą łatwo ustalić, i o czym może się gdzieś mimochodem napomknie). To jest problem; i tutaj stanowisko powinno być jasne.

Natomiast czy zasługuje również na ten szturm, jaki podejmuje się na niego z „prawej” strony, oskarżając o całe zło świata, łącznie z nazizmem, że wychodzi z niego taki diabeł-kozieł z rogami, i naczelny destruktor kultury?

Również nie; głównie ze względu na to, że marksizm wcale nie był jedynym destruktywnym pierwiastkiem cywilizacyjnym tamtych czasów, i podobna jednostronność po prostu może skutkować tym, że się o tym zapomni; o ile wprost nie jest na to specjalnie obliczona. Jeśli chce się zrozumieć, dlaczego historia XX wieku potoczyła się tak, jak się potoczyła, nie można mówić tylko o komunizmie, ale trzeba pamiętać, na przykład, także o teorii rasowej, pozytywizmie, militaryzmie (oczywiście pruskim), imperializmie, nietzscheanizmie, tzw. „darwinizmie” (czyli tak naprawdę filozofii Spencera ilustrowanej przykładami z „O pochodzeniu gatunków”, żeby było „naukowo”, ach ten Huxley spryciula…) i wszystkich innych emanacjach arystokratycznego, a właściwie plutokratycznego ducha, jaki rządził wtedy państwami „Świętego Przymierza”, nawet dla własnych założycieli będącego – znów według słów Gilberta – zasadniczo po prostu kpiną. Nie da się zaprzeczyć, że idea „depopulacji” nadwyżek na rynku pracy, usuwania „niezdolnych” i „nieprzystosowanych”, przymusowej sterylizacji niepełnosprawnych, odgórnego doboru małżeństw według „naukowego” klucza celem hodowli nowej rasy panów czy pomysł, że wszystkie postulaty z dobra samego w sobie to resentyment słabych przeciw silnym nie wyszły spod piór komunistów, i nie budowały ustroju komunistycznego; i to nie komunizm wpędził Europę w piekielną gorączkę zysku, przez którą – według trafnej diagnozy Pentyego – nie dało się już wygasić jednego pieca hutniczego nie prokurując przy tym narodowej katastrofy (w związku z czym zaczęto uciekać się do nieco innych środków).

A – że tak powiem – wręcz przeciwnie; co jest właśnie przyczyną dla której tak głucho milczą o tym ci wszyscy, którzy wmawiają nam, że optymalnym rozwiązaniem dla Polski są oficjalne (bo nieoficjalne już nadeszły) rządy milionerów.

Szczerze powiedziawszy nie wiem, co jest gorsze z chrześcijańskiego punktu widzenia; i nie sądzę, żeby trzeba to było rozstrzygać. Zwłaszcza że – jako się rzekło już tutaj nie raz, i jeszcze rzeknie – skutki obydwu wzlotów myśli „cywilizacji przemysłowej” są zatrważająco podobne. Grunt, aby umieć o sprawie na poważnie myśleć i mówić, i oceniać ją z perspektywy przynajmniej względnie racjonalnej, i historycznej. Walka na stereotypy (choć czasem nawet stereotypy, jak się nieraz przekonałem, są prawdziwe) niewiele tu wniesie, przynajmniej moim zdaniem, bo jak ktoś tak lubi, to oczywiście nie śmiem krytykować (każdy ma swoje rozrywki). Ja jednak wolę inaczej; szczególnie, że fortunnym zbiegiem okoliczności moje podejście pozwala mi w tym wypadku zrobić to, co lubię najbardziej.

Atakować wszystkich; PAX.