„Chesterton domagał się także, aby w święta drobne sklepy mogły prowadzić handel, duże zaś były przymusowo zamknięte. Tak też się w Wielkiej Brytanii stało – dzięki ustawie o handlu w niedzielę. Drobne sklepy mogły działać, duże zaś – nie. W późnych latach 80 wielkie sieci handlowe uznały to prawo za przesadne ograniczenie wolności, i zaczęły je otwarcie łamać. Miast konsekwentnie egzekwować przestrzeganie ustawy, konserwatywny rząd zdecydował się przeprowadzić nowelizację (pod pretekstem ‚rosnącej niepopularności rozporządzenia’) i nowa ustawa o handlu w niedzielę z 1991 roku stanowiła ostatni gwóźdź do trumny drobnego sklepikarza”.

Te słowa napisał niejaki pan Russell Sparkes, w eseju „Chesterton jako ekonomista”, wydanym w książce „The Hound of Distributism” (2015).

Cytując klasyka: „any kwestchins”?

Sprawa z regulacją handlu niedzielnego jest nieprawdopodobnie, niewiarygodnie, nieopisanie prosta, i przemawia za tym rozwiązaniem mnóstwo różnych argumentów, z których pozwolę sobie wyszczególnić kilka tych, które akurat przychodzą mi do głowy. Chodzi zatem, na przykład, o:

  • wzmocnienie drobnego sklepikarza w pojedynku z wielką siecią (patrz: wyżej)
  • przesunięcie pewnej puli pieniędzy do sektora kultury (co ludzie wydaliby w galeriach, zaczną wydawać w galeriach [he he], w teatrach, kinach itd.)
  • delikatne wspomożenie fizycznego i mentalnego rozwoju dzieci (istnieje ogromna szansa, właściwie pewność, że pozbawieni łatwej alternatywy rodzice zaczną inwestować w zajęcia rozwijające, jak wizyta w planetarium czy choćby wyjazd na basen czy do parku)…
  • …a zatem i pośrednie wzmocnienie relacji rodzinnych
  • zmianę sposobu myślenia o roli społecznej pracowników i pracodawców (alias humanizację, może i drobniutką póki co, ale realną, relacji zatrudnieniowych)
  • zmianę społecznego sposobu rozumienia tego, czy jest czas wolny (a kto czytał Józefa Piepera, wie, co to znaczy)
  • zmniejszenie roli handlu w życiu społecznym i gospodarczym (co w społeczeństwie podobno chrześcijańskim nie jest bez znaczenia – kto ma oczy do słuchania itd.)

I tak dalej, i tak dalej; tak sobie można te przykłady mnożyć, bo wszystkie się jakoś łączą, i wszystkie ostatecznie wypływają z jednego źródła. Na koniec: czy pada tutaj jakikolwiek argument stricte religijny?

Odpowiedź wydaje mi się jasna: nie; nawet argument ze specyfiki chrześcijańskiego ustroju społecznego (w którym handel zawsze był sprawą drugorzędną) ma charakter kulturowy, nie teologiczny. To po prostu garść zdroworozsądkowych obserwacji, które może poczynić każdy – i które, jak wierzę, każdy poczyni, o ile poświęci sprawie pięć minut bezinteresownego namysłu. To jest tak proste, że aż głupio tłumaczyć.

Natomiast, istotnie, występuje tutaj jedna poważna przeszkoda, która w naszej neokapitalistycznej ekonomii natychmiast wszystkich blokuje i cały naród zaczyna drżeć z przerażenia; bo istotnie, w skali kraju będziemy zarabiać trochę mniej. Ale znów, każdy, kto się nad tym trochę zastanowił, nie może nie zgodzić się ze sławną frazą Ruskina: „Najistotniejszym pytaniem, jakie może zadać sobie tak jednostka, jak naród, jest nie ile zarabia, ale w jakim celu wydaje zarobione pieniądze”. Znów zatem wracamy do punktu wyjścia; i abstrahując już od takich zagadnień jak czy kraj jest naprawdę jedyną kategorią ekonomiczną, którą można sobie wyobrazić (szczególnie kraj tak stosunkowo rozległy, jak Polska), i czy naprawdę istnieje coś takiego jak słynna kapitalistyczna „lokomotywa”, wystarczy zapytać samego siebie, co ma większą wartość, powiedzmy, społeczną: 10 zł, które zostanie na moim osiedlu, czy 100 zł, które migiem wyleci do Anglii czy Francji – czy nawet do Warszawy (rzecz jasna niewesołą skądinąd supozycją jest tutaj to, że mieszkam w Sosnowcu; tych, którzy się wystraszyli, przepraszam, ale każdy pisze z siebie)?

Pytanie otwarte, niech każdy zastanowi się we własnym zakresie.

Co do innych argumentów przeciw, tych z „wolności” oczywiście, to w ogóle nie warto się nimi zajmować. Mania znoszenia wszystkich ograniczeń to po prostu niepoważna zabawa, której końcem jest absurd; i ostatecznie – jeśli chcielibyśmy być konsekwentni – musielibyśmy dojść do likwidacji zebr na jezdniach i zasad gramatycznych, bo one też nam „pętają” wolność wyboru, i jeśli ktoś chce mówić: „ja lubić polska języka, wolna człowieka szczęśliwa człowieka”, to przecież ma prawo  i „kto będzie śmiał mu życie układać”? „Lewica” nieprawdopodobnie nadużywa ostatnio słowa „społeczny”, i może to irytować; „społeczne” projekty, „społeczna” polityka, „społeczny” biznes, „prospołeczne” myślenie i tak dalej. Ale znów, wszystko trzeba znać w kontekście – i jeśli ktoś chce wiedzieć, skąd się to wzięło, proszę: ma odpowiedź; i chyba nie jest szczytem geniuszu stwierdzić, że wolność na skalę ogólnospołeczną niemal na pewno nie polega na tym, by całe życie narodu obracało się wokół brzucha jakiegoś „prawicowego” dziennikarza, czy inkszego mistrza tej przedziwnej grupy. Oczywiście, niektóre ograniczenia legislacyjne taką wolność niszczą – ale nie wszystkie, czego poczciwa „zebra” dowodzi aż nadto dobitnie; i kluczem do rzeczy jest umieć określić jakie są jakie i dlaczego, a nie walić jak cepem niemalże na oślep, a potem na siłę próbować znaleźć miejsce dla kilku wyjątków, które z nieznanych bliżej przyczyn okazują się nagle „zupełnie inną sprawą”.

Trzeba jednak powiedzieć również, na koniec, że wszystkie te argumenty mają jedną podstawową wadę; tę, że w ogóle się ich nie słyszy. I istotnie, obrońcy projektu regulacji handlu niedzielnego zazwyczaj gadają na obronę swej sprawy takie bzdury, że szkoda to w ogóle komentować (o grubym nadużywaniu trzeciego przykazania taktownie zamilczę). Co en bloc prowadzi mnie do następującej konkluzji: po pierwsze, że – zgodnie z tym, co kiedyś napisałem, i co jest niepokojące a dziwne – dystrybucjonistom zazwyczaj bardziej ostatnio (i chyba nie tylko ostatnio) po drodze z socjaldemokratami, niż kapitalistami, choć nasze motywacje i programy różnią się niemal w każdym punkcie, i że – po drugie – że czasem nie zawsze najlepsze pomysły ma ten, kto potrafi je najlepiej uargumentować (co powinno skłonić do refleksji nad całym systemem „debaty” publicznej, skrojonej na inteligencję, której w Polsce nie ma od lat 40 XX wieku); no i może po trzecie: że jeśli w debacie publicznej ktoś brzmi na tle swoich adwersarzy względnie logicznie i przekonująco, często nie wynika to z rzeczywistych walorów jego intelektu i giętkości języka, ale po prostu tego, że cała debata jako taka stoi na żenująco niskim poziomie, i – cytując klasyka – „słuchać hadko”; a wtedy czasem lepiej po prostu nie słuchać, i sięgnąć po jakąś dobrą książkę.

A dobre książki to Chesterton pisał, na przykład, albo Belloc; lub, na naszym gruncie (bo i to się zdarzało, na ile się orientuję), choćby prymas Wyszyński.