Ponieważ czas jest szczególny, powinna zapaść tutaj cisza – w dzień, w którym zamilkło samo Słowo Boga; i zapadnie, tylko jeszcze króciutkie słowo (dojmujące ludzkie) na okoliczność.

Taki dzień każdy przeżywa niezmiernie osobiście, i jestem ostatnią osobą, żeby komukolwiek w to z butami wchodzić; niemniej wydaje mi się, że dobrze byłoby pamiętać dzisiaj, w dzień Zbawczej Męki, cierpienia, które dzięki miłości odkupiło świat, o tych wszystkich ludziach, których przymuszono już w dziejach, aby Mu nieśli Krzyż: o cierpiących właśnie, o samotnych, bezsilnych, pogardzanych, chorych, małych, bez głosu, o ubogich, których tak bardzo kochał nasz Zbawiciel („Błogosławieni ubodzy” – według najprostszej, i dlatego tak wstrząsającej, wersji św. Łukasza), a których krew jest życiem naszej gospodarki („pieniądz jest krwią ubogich”), przynosząc nam naraz drogę zbawienia – i groźbę potępienia; o „Chrystusie społeczeństw” (per analogiam mówiąc), którego Bóg wybrał, aby to w jego domu urodzić się, żyć – i umrzeć.

Wydaje mi się to na dzisiejsze czasy, coraz bardziej nieczułe straszliwym optymizmem galerii handlowej, i coraz bardziej trawione jadem indywidualizmu (także duchowego), bardzo, ale to bardzo ważne.

Bolesław Piasecki, grając swa trudną grę z komunistami, pisał o zjawisku „katolika społecznie postępowego”; no, o tym nie wiem. Zapewne zależy od definicji postępu, i nie sądzę, abym się co do niej z Piaseckim zgodził. Na pewno jednak potrzebni są nam katolicy społecznie wrażliwi; i tutaj, jak sądzę, wątpliwości już nie ma. Oczywiście, nie chodzi o to, że istotę katolicyzmu stanowi przekształcanie społeczeństwa na lepsze – bo nie stanowi; istotę katolicyzmu stanowi wiara w Syna Bożego, który narodził się, umarł i zmartwychwstał, którą od wczoraj celebrujemy w wyjątkowy sposób. „Królestwo moje nie jest z tego świata”, i nie może być tutaj żadnej dyskusji. A jednak – „jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, wszystko jest na swoim miejscu”; i chodzi tylko o to, że dzięki temu właśnie, dzięki naszej religii, jako katolicy mamy najlepsze motywacje walki o sprawiedliwość i miłość społeczną (nie bójmy się tego sformułowania, bo czemu?), a także najlepsze możliwe narzędzia do prowadzenia tej walki.

Osobiście, zawsze postrzegałem dystrybucjonizm jako najbardziej systematycznie katolicką próbę sprostania temu wielkiemu zadaniu.

Teraz wszakże – cisza; jak powiedziałem: zero nacisku, i zero promocji siebie. Niniejszym życzę wszystkim czytelnikom światła z wysoka, aby pojęli, na ile człowiek to pojąć może, za jak wielką cenę – istotnie – nabyci zostali. Szczęść Boże.