Publikowałem ostatnio Belloca — i muszę przyznać, że jakoś mnie to porwało. Może to tylko złudzenie, jakaś przesadna emocjonalność lektury, ale wydaje mi się, że widać w tych tekstach wyraźnie jego osobowość; i bardzo mi się ona podoba.
 
Może to kwestia podobieństwa osobistego; Belloc był, według wszelkich świadectw, furiatem; nie przebierał w słowach, atakował, wygarniał — każdy się pewnie będzie oburzać (o czym za chwilę, bo już zaczyna we mnie wrzeć), że jak to? Że jak — tak do ludzi? Ta agresja? Po co? Przecież to nie wypada! Istotnie, generowało to sytuacje dosyć dramatyczne, jak wtedy, gdy panu Hilaremu zmarła ukochana Małżonka i kilku kolegów po piórze po prostu nie przyszło na pogrzeb; znajomi Belloca zawsze przyjmowali jego konfliktowość ze smutkiem. Ale ja też jestem furiatem (rodzinne), więc go aż za dobrze rozumiem.
 
A jednak, jest w tym też coś głębszego, niż kwestie temperamentalne. Arystoteles zauważył przecież (w „Retoryce”, żeby było śmieszniej), że przyczyną gniewu jest zawsze lekceważenie, czyli świadome umniejszanie czyjejś ważności; z czego z kolei ktoś inny mógłby wyciągnąć wniosek (jakąś metodą zwrotnej gry paradoksów), że zatem lepiej się na ludzi gniewać, niż ich lekceważyć. Ja w każdym razie uważam, że tak jest niewątpliwie: i znacznie lepiej traktować ludzi poważnie i się na nich wściekać, walczyć z nimi, spierać, niż być do wszystkich oh-oh tiu-tiu-tiu-tiu, a proszę pana, a tego, a jak pan to, hi hi hi, a jaką piękną książkę pan napisał, a traktować ich w skrytości ducha jak półdebili (no, pardon). Takich ludzi wywiózłbym od razu na kupę gnoju (w zgodzie z dawnym obyczajem).
 
Dlatego cenię Belloca; bo jego gniew i furiackość świadczą właśnie o tym — że traktował innych poważnie.
 
Bo ma to także drugą stronę. Jeśli traktuje się innych poważnie, to wypadałoby traktować poważnie także ich poglądy; i jeśli przypadkiem ich poglądy są biegunowo sprzeczne z moimi poglądami — co zrobić? Obecnie modne są takie gadaniny o „dialogu”, „wspólnocie”, „otwartości” (o, to zwłaszcza, że „nie można się zamykać”). Osobiście tego nie trawię; nie znoszę; krew się we mnie gotuje, jak słyszę te komunały. Zgoda i pokój to ładne rzeczy — nawet bardzo, dlatego też Bóg zapowiada u Izajasza królestwo pokoju, w którym lew nie będzie zżerał jagniątka. Ale przecież dokładnie o to tutaj chodzi — że to są rzeczy bardzo rzadkie; że się ich prawie w życiu nie uświadczy; że królestwo, w którym miecze przekuwa się na lemiesze, to albo metafora życia wiecznego — albo kompletny nonsens. Na ile pozwalają mi to stwierdzić moje skromne doświadczenia, osią życia jest zawsze konflikt i spór (no, ktoś tam powiedział, że bojowaniem jest życie człowieka); nie stanowią wartości samej w sobie (czyli nie po nietzscheańsku, że „dobra wojna uświęca każdą sprawę”), ale jednak takie są fakty; i mniemam, że trochę niedobrze udawać, że jednak inne.
 
Tak też, gdy pan Belloc bronił świętości życia ludzkiego, a pan Shaw opowiadał się za ustawodawstwem eugenicznym, to panowie trwali w konflikcie — i już. I o żadnym kompromisie nie mogło być mowy. Bo co? Wprowadzić pół ustawy? Albo trzy czwarte? Albo ustawę z jednej strony eugeniczną, a z drugiej antyeugeniczną? Przecież to jakieś żarty.
 
Teraz może się narodzić słuszne pytanie — ale co dalej? Jak to rozwiązać? Odpowiedź jest prosta: nie rozwiązywać. To jest jedna z najciekawszych rzeczy, jakie wyczytałem u tego fascynującego środowiska; a powiedział mi to nie kto inny, tylko GKC. Bo on również, co trochę jakby przeczy utartym stereotypom, do „dialogistów” i typów sentymentalnych nie należał. To, że nie łączył (i to jest naprawdę jakieś osobliwe błogosławieństwo) konfliktów ideowych z osobistymi, to jedno; ale że uznawał konflikt, a nawet za nim w pewien sposób przepadał (bo skąd się wzięła ta fascynacja rewolucją? a stwierdzenie ze „Św. Franciszka”, że kochać ludzi i walczyć z nimi to wcale nie sprzeczność?), to drugie — i to cokolwiek ważne drugie. Konflikty się zdarzają — i nic się nie poradzi; i jedyne, co pozostaje ludziom rozsądnym, to czekać na rezultat. Albo, i chyba nawet lepiej — bić się do skutku. Tak też Belloc w „Rewolucji Francuskiej” uznawał racje tak jakobinów, jak i Ludwika XVI, i tego, czego najbardziej nie mógł przeboleć, to to, że król stchórzył i nie zaczął porządnej wojny domowej (choć miał lojalne sobie oddziały), tylko chciał uciekać do Niemców.
 
Dziwne, prawda? Im dłużej o tym myślę — tym dziwniejsze; bo bardzo mądre…
 
W każdym razie tyle chciałem powiedzieć i z siebie wyrzucić; i wyrazić tutaj niniejszym nadzieję bez nadziei, że z czasem w naszym życiu publicznym, a zwłaszcza kulturalnym, będzie trochę mniej komunałów, bajań, słodzeń i opowieści o powszechnym „wesołym oberku”, i bełkotu jak to konflikty są tylko ze strachu, z ignorancji, z dziecinności — i nieco więcej rozumu i powagi, bo póki co, to jest jedna wielka, gigantyczna wprost PUPA. Szczęść Boże.
Powyżej: „Bitwa pod Poitiers” pędzla pana Karola de Steubena — dobry przykład, że dialog czasem może być słowem nieprzyzwoitym.