Wyczytałem dawno temu taką rzecz: kanonizacja GKC jest możliwa, ale sprawia Kościołowi spory problem; bo gdyby do niej doszło, wywróciłoby to do góry nogami nasze rozumienie świętości.
 
I to powiedział ksiądz (o ile pamiętam, ale pamięć miewam dobrą).
 
Nieraz myślę nad tą kwestią i powiem tak: trudno się z facetem nie zgodzić.
 
Być może dla wielu będzie to zaskoczenie (być może dla wielu nie), ale Gilbert przesadnie „religijny”, tak, jak rozumie się to pojęcie potocznie, nie był. Sprawy zaszły tak daleko, że niektórzy z jego biografów, zupełnie poważnych ludzi, spekulowali, że przed nawróceniem na katolicyzm w ogóle nie bywał w kościele. Nie jest to prawda; zachowało się sporo danych pozwalających sądzić, że GKC dosyć regularnie pojawiał się na liturgii wspólnoty anglikańskiej; niemniej, jeśli ten sąd nieco osłabić i poniuansować, to wszystko się zgadza. I od „chodzenia do kościoła” była raczej Frances; Gilbert, jeśli gdzieś chodził, to własnymi ścieżkami.
 
Po konwersji faktycznie zaczęło to wyglądać nieco lepiej, ale i tak nie bardzo szczególnie. GKC nie wyróżniał się zapałem z ogółu ówczesnych świeckich. Msza co tydzień, spowiedź i komunia raz do roku, brak przynależności do jakiejkolwiek „grupy duszpasterskiej”… Trzeba przyznać, że z perspektywy czasów obecnych nie powala.
 
Jak już wcześniej napomknąłem zresztą, GKC sam o tym otwarcie mówił; i zawsze podkreślał, że z Kościołem jako z instytucją nie chce mieć wspólnego tyle, ile by pewnie mógł. Był po prostu porządnym katolikiem, gorącym patriotą, dobrym człowiekiem, mężem jednej żony, świetnym pisarzem, który pomagał wielu młodszym kolegom po piórze (w G.K.’s Weekly debiutował np. niejaki pan Orwell, może ktoś o nim słyszał), polemistą, który niestrudzenie bronił swojej wiary publicznie — wtedy, w postwiktoriańskiej Anglii! — i nigdy nie bił na odlew, jak go ktoś obraził, chociaż chłopem był sporym i umiał to robić.
 
A obrażano go wcale często, i bardzo z tego powodu cierpiał. „Hejt” nie jest wcale zjawiskiem współczesnym.
 
No i tak właśnie żył, żył, żył, aż umarł; gdy leżał nieprzytomny w łóżku, o. Wincenty McNabb OP udzielił mu ostatniego namaszczenia i odśpiewał nad nim „Salve Regina”; nim oddał ducha, na chwilę odzyskał zmysły i spojrzał na żonę. Jego ostatnie słowa brzmiały: „Witaj, kochanie”.
 
No i cóż? Święty? Nieświęty? Każdy zapewne osądzi to sobie na własną rękę, szczególnie jeśli zapozna się z bardziej szczegółowymi opisami jego życia. To kwestia mnóstwa niuansów, subtelności, ledwo dostrzegalnych szczegółów tego lub innego zdarzenia, których nie da się oddać w krótkim wpisie blogowym; natomiast co do zasady ogólnej, wszystko się zgadza. No i trzeba przyznać: jeśli sądzić wyłącznie z zasad ogólnych, GKC świętym nie zostanie. Praktycznie na pewno.
 
Trapi mnie tutaj wszakże jedna rzecz. Nie lubię odwoływać się do — że tak powiem — „Źródła źródeł” (i nigdy nie rozumiałem współczesnego zwyczaju „okładania się” cytatami z niego, jak gdyby była to książka kucharska; wydaje mi się, że czymś podobnym byłoby rzucanie Eucharystią po pokoju), ale jest gdzieś-tam chyba fragment mówiący, że nie każdy, kto mówi „Panie, Panie” wejdzie do królestwa; i że nawet wyrzucający złe duchy, uzdrawiający i dokonujący cudów mogą usłyszeć „Idźcie precz, nie znam was”.
 
Czemu? „Bo byłem głodny, a nie daliście mi jeść. Byłem spragniony, a nie daliście mi pić. Byłem nagi, a nie przyodzialiście mnie”.
 
Byłem człowiekiem, a nie dostrzegliście we mnie człowieka. Chesterton w każdy widział człowieka.
 
Wydaje mi się to wielkim tematem do przemyślenia — i wielkim zadaniem dla współczesnego Kościoła (którym jesteśmy my wszyscy, niekoniecznie wcale, że tak powiem, pouczam teraz papieża). Na ile bowiem patrzymy na rzeczy zewnętrzne i spektakularne, a na ile na wnętrze, treść, zasadę istotę? Czy mamy, jak powiedział ktoś mądry, „światłe oczy serca”, żeby widzieć te wszystkie rzeczy? To pytanie może zadać sobie, jak mniemam, spokojnie każdy katolik — a przecież nie tylko w życiu osobistym. Ilu jest bowiem takich — na przykład (taki przypadkowy przykład) — którzy dają się złapać jakiemuś nowemu „katechonowi” tylko dlatego, że wyzłocił kopułę cerkwi, czy żegnał się nabożnie w dymie kadzidła? To czy tamto zdelegalizował czy rozpędził?
 
To jest naprawdę poważna sprawa; i daleka droga przed każdym.
 
No i w sumie trudno powiedzieć cokolwiek więcej; poza tym, że strach. I zawsze, gdy o tym rozmyślam, to się autentycznie boję. No, ale jak to powiedział niejaki pan Herbert Wells: jeśli kiedykolwiek wejdę do nieba, to tylko dzięki Gilbertowi.
 
A więc jest jakaś nadzieja; a nadzieja, podobno zawieść nie może.
 
Powyżej: „Sąd Ostateczny” pana Stefana Lochnera. Żeby się zrobiło jeszcze straszniej, niż jest.