Cóż; obiecałem kilka słów na tematy interesujące, ale że sprawa się uspokoiła, to nie uznałem za stosowne tego międlić. Teraz jednak wszystko wraca, więc pozwolę sobie na maleńki wtręt.

Oczywiście NIE związany z tematem; bo gdzieżbym ja śmiał tak Wielki Temat psuć swym nieudolnym piórem?

Tak też, jak już gdzieś wspomniałem, poprawiam obecnie „Nowe Jeruzalem” Gilberta (sporo roboty, ale nie tyle, ile się spodziewałem, co cieszy), moją ulubiona książkę z całego jego dorobku. Moją ulubioną – ale ogólnie chyba nie bardzo ulubioną, bo środowiska chestertonologiczne raczej o niej taktownie milczą, a jeśli mówią, to cokolwiek oszczędnie; i nietrudno się domyśleć czemu. Każda epoka ma swój unikalny charakter i reaguje na pewne rzeczy, obce temu charakterowi, no: powiedzmy, że niechętnie – tak też nie ma sensu pchać do debaty publicznej tych treści, które zostaną w niej uznane za „niezazbytnie”, a przynajmniej „kontrowersyjne”, i odwrócą uwagę od treści innych, które mogłyby się okazać dla „człowieka współczesnego” nawet interesujące (a jak wiadomo, najważniejszym zadaniem historii jest właśnie interesowanie „człowieka współczesnego”). Niemniej, książka poza pewnymi sądami ogólnymi obfituje również w zupełnie apolityczne anegdoty, z których jedną chciałem tutaj przywołać.

Tak też pewnego dnia podczas pobytu Gilberta nad Jerozolimą rozpętała się burza śniegowa, i w krótkim czasie miasto zostało zupełnie sparaliżowane. W tamtym czasie znajdowały się w nim trzy grupy ludzkie dość liczne, aby mogły podjąć akcję masową: brytyjski garnizon, Arabowie i Żydzi. Brytyjczycy zatem, uczynne chłopaki, biegali po ulicach z łopatami i odśnieżali; Arabowie po prostu zamarli – bezradni wobec tej nieznanej im katastrofy i całkowicie pogodzeni z losem; Żydzi natomiast, po bardzo długich negocjacjach zgodzili się pomóc przy odśnieżaniu własnych osiedli, potem zaś – zażądali za to od administracji królewskiej sporej rekompensaty w gotówce.

Fin.

Czemu o tym piszę? Nie wiem; ot tak, po prostu. I trochę dla reklamy. Na pewno nie należy z tego w każdym razie wyciągać żadnych, ale to żadnych wniosków – bo Chesterton sam przecież za tą niecną i niezdrową praktyką nie przepadał, i nigdy nie zepsułby podobnie niewinnej i rozkosznej opowiastki jakimś ciemnym podtekstem, a więc i nie ma nawet co kombinować. Wszystkim życzę niniejszym dobrej niedzieli, a także (i przede wszystkim) spokojnej niewinności myśli i brania świata tak, jak się go brać powinno, żeby nigdy nie zaburzyć sobie równowagi humorów ciała: bez cienia refleksji.Wtedy tylko jeszcze dobra dieta, i sto lat w zdrowiu murowane. PAX.