Wszyscy zapewne znają sprawę; a jeśli ktoś nie zna – niech się zapozna. Nie pożałuje; chociaż, po namyśle, to może nie to sformułowanie…

No cóż; wszyscy nagle oburzeni. I przerażeni. Ale jak to, jak to? Ozywają się zewsząd wątłe z przerażenia głosy. To ogólnoświatowe nagrody literackie bywają niemerytoryczne?! Przebóg! – gdzie to się skończy?! To może inne nagrody i celebracje również stanowią ledwie rozdawnictwo wpływów i pieniędzy? Może zaszczyty i sława wcale nie są zasłużone? Może oficjalni geniusze kultury wcale nie są genialni? Może oficjalnie piękne wcale nie jest piękne, może oficjalnie prawdziwe wcale nie jest prawdziwe, może oficjalnie dobre wcale nie jest dobre, może — ach, Boże!…

Może…

Może MILIONERZY NIE WZBOGACILI SIĘ CIĘŻKĄ I UCZCIWĄ PRACĄ?

Gdzie to się skończy?

No, można się nabijać, ale ja wiem, czy to ma sens? Nabijać i tak najprzyjemniej jest się w zakresie prywatnym; natomiast zasadniczo wszystko ma związek ze wszystkim, i warto poczynić tutaj jedną obserwację – że jeśli się czegoś chce, to trzeba się liczyć z konsekwencjami. Świat współczesny, choć mieniący się tak głęboko demokratycznym, jest zasadniczo światem przywilejów; światem zakochanym w ludziach z pozycją, i w całym blichtrze, wszystkich tych ceremoniach, paradach, spektaklach władzy i fortuny, które stanowią nieodzowny element tego ustroju. Bombardowani sprytną propagandą od około dwóch wieków, z nadejściem telewizji (broni śmiercionośnej), ludzie w końcu ulegli – i naprawdę wierzą, choć niekoniecznie świadomie (i może – oby – nie całymi sobą), że jedynym sensem życia jest stać się jak jedna z ich ulubionych aktorek, jak jeden z ich ulubionych pajaców od jakiegoś-tam głupiego programu o samochodzikach, zbić fortunę, rozdawać karty i mieszkać w trzydziestu trzech willach z basenem. Jeszcze nigdy chyba „zwykłość” nie była tak bardzo pogardzana.

(Co ciekawe, nigdy też faktyczna „niezwykłość” nie była tak bardzo pogardzana, zresztą – jak zwracało na to uwagę już kilka mądrych osób – to się łączy. Ktoś, kto nienawidzi siebie, może kochać wyłącznie wielkość pozornie osiągalną, inaczej by zwariował. Nie każdy może być wielkim filozofem; lecz nawet największy głupek mógłby być milionerem.)

Zresztą, nawiasem, trudno im się może dziwić. Bo trzeba przyznać, że ta hydra faktycznie uczy się na błędach, i wciąż zapewnia znacznej części swych poddanych (oczywiście nie mówimy o Trzecim Świecie, o którym ostatnio w ogóle jakoś niewiele się mówi, ciekawości czemu) spory zakres swobody i dobrobytu.

Zwłaszcza niskiej swobody, rzecz jasna, i zwłaszcza dobrobytu na kredyt; niemniej…

I cóż; „idee mają konsekwencje” – co każdy powtarza, ale co chyba nie każdy rozumie. „Istnieją tylko dwa typu ustrojów”, pisał Gilbert w What’s Wrong with the World, „rządy osoby i rządy bezosobowe. Preferowanie rządów osoby, z całą ich etykietą i elastycznością, nazywa się rojalizmem. Preferowanie rządów bezosobowych, z ich dogmatami i definicjami, nazywa się republikanizmem”. Tyle; i nigdy się z tego prostego dylematu (który można by ująć, rzecz jasna, w nieco inne terminy, ale Gilbert nie pisywał rozpraw naukowych) nie uwolnimy.

Jaki to ma związek? Wielki, i to pod każdym względem; tyle powiem.

Być może to prawda, że marzenie o lepszym świecie, w którym na serio wierzy się w pewne sprawy, w którym praktyka społeczna zna szczerość i imponderabilia, w którym naprawdę nie ma względu na osoby, w którym pragnie się prawdy, poszukuje głębi, i który nie jest cały wielką grą pozorów, to mrzonka; być może, że wszelkie próby zmiany tego, co jest, muszą skończyć się katastrofą. Nie wiem, nie rozstrzygam. Niemniej jeśli wyznajemy pewne pryncypia, spróbujmy przynajmniej zdać sobie sprawę z ich konsekwencji; i dla wyjątku nie wmawiać wszystkim, że właśnie że jest inaczej.